Sąd Okręgowy we Wrocławiu wydał postanowienie o zabezpieczeniu powództwa, które zakazuje dziennikarzom „Nowej Gazety Trzebnickiej” i „Gazety Wyborczej” publikowania krytycznych informacji o dwóch przełożonych pracownic trzebnickiego szpitala. Decyzja zapadła bez wysłuchania pozwanych i – jak podkreślają prawnicy oraz przedstawiciele środowiska medialnego – budzi poważne wątpliwości dotyczące wolności słowa oraz prawa mieszkańców do informacji.
Gdyby postanowienie sądu było prawomocne, tego artykułu nie moglibyście przeczytać. Nie moglibyście się też dowiedzieć jak przebiega proces i co zeznawały przełożone pokrzywdzonych kobiet. Tak właśnie działa "cenzura prewencyjna". Ale od początku.
Sprawa ma swój początek w lipcu 2025 roku, gdy „Nowa Gazeta Trzebnicka” wspólnie z „Gazetą Wyborczą” opisała relacje kilku pracownic szpitala im. św. Jadwigi w Trzebnicy. Kobiety informowały o nękaniu i molestowaniu ze strony fizjoterapeuty. Chodziło o emerytowanego oficera wojska zatrudnionego w placówce.
Z relacji pokrzywdzonych wynikało, że dochodziło m.in. do niechcianego dotykania, seksistowskich uwag, sugestii o charakterze seksualnym, a także agresywnych zachowań, takich jak łapanie za szyję czy dociskanie do ściany. Kobiety zawiadomiły prokuraturę, a śledztwo zakończyło się aktem oskarżenia obejmującym m.in. zarzuty nękania oraz doprowadzenia do poddania się innej czynności seksualnej. Akt oskarżenia trafił już do Sądu Rejonowego w Trzebnicy i wyznaczono termin pierwszej rozprawy.
Opisując sprawę zajęliśmy się również reakcją przełożonych mężczyzny. Rozmawialiśmy z dyrektorem placówki, który odpowiedział jak sprawa wyglądała z jego strony. Pokrzywdzone kobiety twierdziły, że mimo zgłoszeń nie podjęto skutecznych działań, a po zawiadomieniu organów ścigania część z nich miała odczuwać presję ze strony przełożonych. Przygotowując publikację przesłaliśmy też pytania do bezpośrednich przełożonych pokrzywdzonych kobiet, a więc do ordynatorki i koordynatorki fizjoterapetów w trzebnickim szpitalu. Obie przełożone odmówiły odpowiedzi, choć miały szansę przedstawić swoje racje czy odeprzeć zarzuty pracownic. Odmówiły wskazując, że toczy się postępowanie prokuratorskie.
Po publikacji artykułu ordynatorka oraz koordynatorka fizjoterapeutów, przesłały do redakcji pismo z żądaniem przeprosin a także polemikę, którą nazwały sprostowaniem. Gdy odmówiliśmy, wytoczyły autorom proces cywilny. Twierdzą, że naruszone zostały ich dobra osobiste. Domagają się przeprosin oraz usunięcia fragmentów publikacji, które ich dotyczą. Jednocześnie wystąpiły o zabezpieczenie powództwa w postaci zakazu dalszego pisania o nich w kontekście opisanej przez nas sprawy.
Sędzia Radosław Nawrocki z Sądu Okręgowego we Wrocławiu przychylił się do tego wniosku. Postanowienie zapadło na posiedzeniu niejawnym, bez wysłuchania pozwanych dziennikarzy. W efekcie autorom zakazano publikowania krytycznych informacji dotyczących obu przełożonych w związku z opisywaną sprawą. Decyzja nie zawierała jednak pisemnego uzasadnienia i opierała się wyłącznie na stanowisku powódek.
Postanowienie nie jest prawomocne. Oczywiście złożyliśmy zażalenie do Sądu Apelacyjnego.
Prawnik „Gazety Wyborczej” mec. Piotr Rogowski ocenia decyzję jako wyjątkowo kontrowersyjną. W jego opinii sąd ograniczył konstytucyjną wolność słowa oraz prawo obywateli do informacji, a zastosowany środek może być postrzegany jako forma cenzury prewencyjnej. Zwraca również uwagę na brak uzasadnienia oraz brak wysłuchania pozwanych, co, jak podkreśla, narusza zasadę równości stron w postępowaniu cywilnym.
W praktyce oznacza to, że w przypadku uprawomocnienia się postanowienia sądu, dziennikarze nie mogliby relacjonować wątków dotyczących przełożonych nawet podczas procesu karnego oskarżonego fizjoterapeuty, jeśli pojawiłyby się w zeznaniach lub materiałach dowodowych.
Sprawa wywołała reakcję środowiska dziennikarskiego. Andrzej Andrysiak, prezes Stowarzyszenia Gazet Lokalnych, ocenia działania prawne jako przykład mechanizmu SLAPP, czyli pozwów mających zniechęcić media do podejmowania tematów w interesie publicznym.
W komentarzu wskazał, że „Nowa Gazeta Trzebnicka” jest tytułem o wieloletniej tradycji kontrolnej i że publikacja powstała po zweryfikowaniu relacji pracownic oraz próbach uzyskania stanowiska przełożonych. Przypomniał również podobną sprawę z Zamościa, gdzie zabezpieczenie wobec lokalnego tygodnika zostało ostatecznie uchylone przez sąd drugiej instancji.
Dla lokalnej społeczności sprawa ma podwójne znaczenie. Z jednej strony dotyczy bezpieczeństwa pracowników i standardów funkcjonowania jednej z najważniejszych placówek medycznych w powiecie. Z drugiej, rodzi pytania o możliwość kontroli społecznej i rolę mediów w ujawnianiu problemów instytucji publicznych.
Wspólny materiał „Nowej Gazety Trzebnickiej” i „Gazety Wyborczej” był kolejną taką współpracą dziennikarską. Wcześniej autorzy publikowali m.in. tekst dotyczący kontrowersji wokół zatrudnienia w Urzędzie Miejskim w Trzebnicy Anny Morawskiej, czyli siostry ówczesnego premiera.
Postępowanie karne przeciwko fizjoterapeucie ma wkrótce trafić na wokandę. W procesie mają zeznawać także przełożone, które wytoczyły dziennikarzom powództwo cywilne. Kluczowe dla dalszego przebiegu sprawy będzie rozstrzygnięcie Sądu Apelacyjnego, który zdecyduje, czy utrzymać zabezpieczenie ograniczające publikacje medialne.
Od tej decyzji zależy nie tylko możliwość relacjonowania jednego z najgłośniejszych lokalnych procesów ostatnich miesięcy, ale także standard ochrony wolności słowa w sprawach budzących istotne zainteresowanie społeczne.
KOMENTARZ
Zakaz pisania to zakaz zadawania pytań
Decyzja o zakazie publikowania informacji dotyczących dwóch przełożonych w sprawie molestowania w trzebnickim szpitalu wykracza poza spór między dziennikarzami a bohaterkami artykułu. W rzeczywistości dotyka ona fundamentalnej kwestii: prawa mieszkańców do wiedzy o sprawach publicznych.
Media lokalne nie istnieją po to, by komukolwiek szkodzić. Ich rolą jest patrzenie władzy na ręce. Dotyczy to samorządów, instytucji publicznych, ale także kierownictwa placówek, od których zależy bezpieczeństwo pracowników i pacjentów. Szpital powiatowy nie jest prywatną firmą funkcjonującą poza społeczną kontrolą. To miejsce, które finansowane jest z publicznych pieniędzy i ma służyć mieszkańcom.
W opisywanej sprawie punktem wyjścia nie był konflikt personalny ani sensacyjna pogłoska. Były nim relacje pracownic, które zdecydowały się mówić o doświadczeniach nękania i molestowania. Ich zawiadomienie doprowadziło do śledztwa prokuratorskiego i aktu oskarżenia. Dziennikarskie pytania o reakcję przełożonych były naturalną konsekwencją tej sytuacji. To elemente rzetelnej kontroli społecznej.
Postanowienie o zabezpieczeniu powództwa sprawia jednak, że pojawia się realna bariera w informowaniu o jednym z najważniejszych lokalnych procesów ostatnich lat. Jeśli dziennikarz nie może opisać zeznań świadków ani kontekstu instytucjonalnego sprawy, jego relacja staje się niepełna. A niepełna informacja przestaje być informacją, staje się jej pozorem.
Nie chodzi tu o ocenę winy czy niewinności kogokolwiek. O tym rozstrzygają sądy. Chodzi o możliwość zadawania pytań i przedstawiania faktów, zwłaszcza gdy sprawa budzi uzasadnione zainteresowanie społeczne. Ograniczenie tej możliwości rodzi obawę, że zamiast jawności i debaty, pojawi się milczenie.
Historia mediów lokalnych w Polsce pokazuje, że próby ograniczania publikacji nie są niczym nowym. Najczęściej jednak kończyły się one uchyleniem zabezpieczeń i potwierdzeniem, że interes publiczny musi być brany pod uwagę w pierwszej kolejności. Właśnie dlatego tak istotne będzie rozstrzygnięcie sądu drugiej instancji.
Dla mieszkańców Trzebnicy sprawa ma znaczenie szersze. To test na to, czy lokalna wspólnota ma prawo wiedzieć, co dzieje się w instytucjach, które ją obsługują i reprezentują. A także na to, czy media lokalne mogą bez obaw wykonywać swoją podstawową funkcję czyli zadawać pytania, nawet jeśli są one niewygodne.
Daniel Długosz
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze