Sprawa komunikacji gminnej w Trzebnicy znowu stała się osią politycznego sporu. Tym razem jednak nie chodzi wyłącznie o rozkłady jazdy, lecz o wiarygodność władzy i pytanie, czy zmiany są efektem planowania, czy reakcji na rosnącą presję mieszkańców i widmo referendum.
Burmistrz Marek Długozima ogłosił podpisanie umowy z nowym przewoźnikiem i wprowadzenie od 16 lutego poprawionego rozkładu jazdy. W swoim wpisie zapewniał, że wcześniejsze tygodnie były „świadomie zaplanowanym okresem testowym nowych rozkładów jazdy”, a każda zgłoszona uwaga została przeanalizowana. Podkreślał, że „komunikacja publiczna to codzienne życie mieszkańców” oraz że gmina przeznacza na nią ponad milion złotych rocznie. Zapewniał także o „ograniczeniu wykluczenia komunikacyjnego” i przywróceniu kursów tam, „gdzie były najbardziej potrzebne”.
Tyle że w tym samym czasie radni opozycji zwracają uwagę na coś zupełnie innego. Wskazują, że w nowym przetargu liczba kilometrów została zmniejszona o 37 tysięcy rocznie. W praktyce oznacza to mniej kursów, a nie ich rozwój. Trudno więc mówić o wzmacnianiu systemu, skoro matematyka pokazuje ograniczenie oferty.
Pierwszy dzień obowiązywania nowego rozkładu przyniósł dodatkowe emocje. 16 lutego o godz. 7 rano nie przyjechał bus na trasie Trzebnica - Siedlec Trzebnicki - Trzebnica. Uczniowie po feriach wracali do szkoły, dorośli do pracy. Czekali i, jak relacjonowała radna Grażyna Madalińska, „rozeszli się do domów, prosili sąsiadów lub stali na stopie, bo najzwyczajniej bus nie przyjechał”. Powodem miało być „nieporozumienie u przewoźnika”. Radna nie kryła oburzenia.
- To już jest kpina. (…) Kto przeprosi mieszkańców za zaistniałą sytuację, kto usprawiedliwi nieobecność dzieciaków w szkole, a dorosłych w pracy? - pytała publicznie.
Jej zdaniem od momentu zmiany przewoźnika „ciągle coś się dzieje ze szkodą dla pasażerów”, a rozkład jazdy zmieniany jest kilkukrotnie mimo wcześniejszych sygnałów, by pozostawić poprzedni, bo choć „nie był doskonały, był dobry”.
W odpowiedzi burmistrz akcentuje dialog i elastyczność. Pisze o analizie funkcjonowania linii, o dopasowywaniu kursów do realnych potrzeb i o wspólnym budowaniu systemu. Jednocześnie apeluje do mieszkańców o „rozsądne filtrowanie informacji pochodzących od osób nieprzychylnych gminie”, sugerując, że część krytyki ma charakter polityczny i dezinformacyjny.
Problem polega na tym, że komunikacja publiczna nie jest przestrzenią do politycznych eksperymentów. Jeśli władza mówi o „okresie testowym”, mieszkańcy pytają, dlaczego test przeprowadzany jest na nich w godzinach dojazdów do szkół i pracy. Jeśli słyszą o ograniczaniu wykluczenia komunikacyjnego, a jednocześnie widzą mniej kursów w rozkładzie, pojawia się naturalna wątpliwość, czy deklaracje pokrywają się z rzeczywistością.
Dodatkowego kontekstu nadaje całej sprawie atmosfera referendum. Część radnych otwarcie sugeruje, że intensywna aktywność burmistrza w mediach społecznościowych oraz szybkie korekty w komunikacji to reakcja na rosnącą presję polityczną. Padają ironiczne komentarze, że „cuda” zaczęły się dziać dopiero po ogłoszeniu referendum.
Komentarz
Niezależnie od ocen politycznych jedno jest pewne: mieszkańców nie interesuje, kto wygra medialną wymianę zdań. Interesuje ich, czy autobus przyjedzie o czasie, czy rozkład będzie stabilny przez miesiące, a nie tygodnie, i czy decyzje w sprawie komunikacji będą przewidywalne. Komunikacja gminna to nie post w sieciach społecznościowych czy ładne zdjęcie z podpisania umowy. To codzienność kilkuset osób, które nie mają alternatywy. I właśnie w tej codzienności rozstrzyga się dziś wiarygodność władzy.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze