Jarosław Maroszek, dyrektor trzebnickiego szpitala im. św. Jadwigi Śląskiej, po blisko 6 latach kończy pracę w placówce. Spotykamy się z nim w przedostatnim dniu jego pracy. Pytamy o sukcesy i porażki, o atmosferę wśród pracowników, a także o to, jak szpital postrzegają mieszkańcy i czy mają zapewnioną opiekę.
Panie dyrektorze, minęło kilka lat pracy w trzebnickim szpitalu. Co się stało, że zdecydował się pan wystartować w konkursie do innego szpitala, tym razem we Wrocławiu?
Jarosław Maroszek: - Myślę, że złożyło się na to kilka powodów. W tym roku kończyła mi się sześcioletnia kadencja w szpitalu w Trzebnicy. Wydaje mi się, że przez ten czas udało się zrobić naprawdę sporo. Pomyślałem więc, że przed przejściem na emeryturę, bo to już taki wiek, warto jeszcze spróbować swoich sił w innym miejscu. Ja zawsze mówię, że po sześćdziesiątce trzeba zacząć myśleć też trochę o sobie. No i zacząłem. Szpital we Wrocławiu to większa jednostka, inne wyzwania, trochę inna skala.
To znaczy trudniejsza jednostka niż trzebnicki szpital?
Można powiedzieć, że tak. Patrząc na wielkość, to mniej więcej dwa razy większy szpital. Około 1700 pracowników, dużo większy budżet, jednostki specjalistyczne. To szpital im. Gromkowskiego we Wrocławiu, a szpitale specjalistyczne są jednak lepiej finansowane niż powiatowe. Dziś powiatówki mają realny problem. Ustawa obowiązująca od trzech lat, która nakłada coroczne podwyżki wynagrodzeń od lipca, mocno obciążyła budżety szpitali powiatowych. Wzrost wyceny świadczeń nie nadąża za wzrostem kosztów płac. I to właśnie tworzy trudną sytuację.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze