Reklama

Sukcesy i porażki. Z Jarosławem Maroszkiem rozmawiamy o pracy w trzebnickim szpitalu

Jarosław Maroszek, dyrektor trzebnickiego szpitala im. św. Jadwigi Śląskiej, po blisko 6 latach kończy pracę w placówce. Spotykamy się z nim w przedostatnim dniu jego pracy. Pytamy o sukcesy i porażki, o atmosferę wśród pracowników, a także o to, jak szpital postrzegają mieszkańcy i czy mają zapewnioną opiekę.  

Panie dyrektorze, minęło kilka lat pracy w trzebnickim szpitalu. Co się stało, że zdecydował się pan wystartować w konkursie do innego szpitala, tym razem we Wrocławiu?

Jarosław Maroszek: - Myślę, że złożyło się na to kilka powodów. W tym roku kończyła mi się sześcioletnia kadencja w szpitalu w Trzebnicy. Wydaje mi się, że przez ten czas udało się zrobić naprawdę sporo. Pomyślałem więc, że przed przejściem na emeryturę, bo to już taki wiek, warto jeszcze spróbować swoich sił w innym miejscu. Ja zawsze mówię, że po sześćdziesiątce trzeba zacząć myśleć też trochę o sobie. No i zacząłem. Szpital we Wrocławiu to większa jednostka, inne wyzwania, trochę inna skala.

To znaczy trudniejsza jednostka niż trzebnicki szpital?

Można powiedzieć, że tak. Patrząc na wielkość, to mniej więcej dwa razy większy szpital. Około 1700 pracowników, dużo większy budżet, jednostki specjalistyczne. To szpital im. Gromkowskiego we Wrocławiu, a szpitale specjalistyczne są jednak lepiej finansowane niż powiatowe. Dziś powiatówki mają realny problem. Ustawa obowiązująca od trzech lat, która nakłada coroczne podwyżki wynagrodzeń od lipca, mocno obciążyła budżety szpitali powiatowych. Wzrost wyceny świadczeń nie nadąża za wzrostem kosztów płac. I to właśnie tworzy trudną sytuację.



Ale zostawia pan trzebnicki szpital w stabilnym miejscu?

Tak, uważam, że zostawiam szpital w dobrej sytuacji organizacyjnej. Finansowo sytuacja nie poprawiła się znacząco, ale też się znacząco nie pogorszyła. A to w obecnych realiach ochrony zdrowia też ma swoją wartość.

Jak ocenia pan te sześć lat w Trzebnicy? Jak się panu tutaj pracowało z załogą, ze starostwem?

Współpraca była dobra, a momentami bardzo dobra. Oczywiście bywały różne chwile. Zaczynałem w grudniu 2020 roku, czyli w czasie pandemii COVID-19. Cała służba zdrowia była wtedy podporządkowana leczeniu chorych. Pierwotnie mieliśmy być szpitalem dla pacjentów niezakażonych, ale ostatecznie decyzją wojewody utworzony został u nas oddział covidowy. Najpierw funkcjonował on tam, gdzie dziś mieści się chirurgia, później w części dzisiejszego oddziału ginekologii. Myślę jednak, że z pandemią sobie poradziliśmy.

Myślał pan o rozwoju szpitala?

Tak, bo równolegle trzeba było myśleć o przyszłości placówki. To był też moment, kiedy profesor Jerzy Jabłecki, kierujący oddziałem chirurgii replantacyjnej i mikrochirurgii, zdecydował się przejść na emeryturę. Trzeba było znaleźć następcę. Udało się pozyskać doktora Ahmeda Elsaftawy’ego. Przyszedł do nas z konkretną wizją i warunkami. Jednym z nich było wyodrębnienie oddziału chirurgii ręki z chirurgii plastycznej. Zgodziliśmy się na to, bo bardzo zależało nam na jego przyjściu. Początkowo oddział chirurgii ręki został ulokowany na części oddziału rehabilitacji. W tym samym czasie remontowaliśmy oddział chirurgii, który został przeniesiony w inne miejsce. To oczywiście wymagało dużej reorganizacji.

Ale finalnie się udało?

Tak. Udało się też pozyskać znakomitego specjalistę, doktora Janusza Orzechowskiego, bardzo dobrego chirurga, który zbudował młody zespół. Dziś można powiedzieć, że te dwa oddziały czyli chirurgia i chirurgia ręki, bardzo dobrze sobie radzą. Co więcej, udało się przekształcić oddział chirurgii ręki w oddział chirurgii plastycznej i chirurgii ręki. Pod koniec 2023 roku podpisaliśmy kontrakt z NFZ. Nie jest on jeszcze satysfakcjonujący, bo liczyliśmy na wyższą wycenę, ale liczę, że z czasem ten kontrakt zostanie zwiększony.

Czyli jednym z najważniejszych osiągnięć była stabilizacja kadry?

Zdecydowanie tak. Szpital to przede wszystkim ludzie. Oczywiście cieszą remonty, nowy sprzęt, inwestycje, ale bez ludzi to wszystko nie ma znaczenia. Udało się zbudować i utrzymać dobrą kadrę. Część lekarzy pozyskaliśmy z zewnątrz, część to nasi wychowankowie. Młode lekarki chirurgii, które były u nas rezydentkami, zostały w szpitalu. Podobnie na pediatrii, ortopedii. Niektórzy lekarze przeszli na zasłużoną emeryturę, ale ich miejsce zajęły kolejne osoby.

W Trzebnicy nie ma problemu z brakami kadrowymi?

Udało się uniknąć sytuacji, z którą boryka się wiele innych szpitali czyli zawieszania oddziałów z powodu braku lekarzy. W Trzebnicy tego nie było. A przecież wokół nie brakowało takich przykładów. W innych placówkach zawieszano chirurgię, internę, położnictwo. Szpital w Wołowie jest przykładem bardzo drastycznym. Kiedyś czteroprofilowy, dziś w zasadzie pozostała tam tylko interna i rehabilitacja. Milicz likwidacja oddziału położniczego. 

No właśnie, w Trzebnicy też pojawiały się plotki o możliwej likwidacji “porodówki”. Czy ten oddział jest zagrożony?

Nie. Oddział ginekologiczno-położniczy nie będzie likwidowany. Zamieszanie wywołała wypowiedź jednego z wiceministrów, który mówił o średniej liczbie porodów. Potem zaczęto szybko przeliczać, ile porodów powinno przypadać na miesiąc czy rok i stąd wzięły się niepokoje. Tymczasem kiedy ta informacja do nas dotarła, 19 lutego, mieliśmy już 100 porodów od początku roku. Czyli statystycznie normę spełnialiśmy. Tylko że nie o samą normę tu chodzi.

O co więc chodzi?

O jakość. Trzebnica od lat słynie z tego, że tutaj po prostu dobrze się rodzi. Dla nas najbardziej wiarygodna jest ocena pacjentek. Fundacja „Rodzić po Ludzku” na podstawie ankiet tworzy rankingi szpitali. Nasz oddział jest stale w czołówce dolnośląskich placówek. Zwykle jesteśmy w pierwszej trójce najlepiej ocenianych.

To co decyduje o tej dobrej opinii?

Na pewno komfort. Udało się utrzymać dwie dodatkowe sale porodów rodzinnych. Pacjentki, które rodziły wcześniej w innych, nawet renomowanych szpitalach, często mówią, że tam było dobrze, ale było tłoczno. U nas jest bardziej kameralnie. Średnio mamy około dwóch porodów dziennie, choć zdarzały się dni, kiedy było ich nawet sześć. Ta mniejsza skala daje pacjentkom większy spokój i poczucie opieki.

A jeśli chodzi o inne zabezpieczenie mieszkańców powiatu. Czy mogą czuć się bezpiecznie, że w razie nagłego problemu uzyskają pomoc w trzebnickim szpitalu?

Tak, zdecydowanie. Choć muszę uczciwie powiedzieć, że szpitalny oddział ratunkowy to dla szpitala trochę kula u nogi. Wyceny nie zawsze są adekwatne do kosztów udzielanej pomocy. Ale z punktu widzenia mieszkańców to kluczowe miejsce pierwszego kontaktu. Tak samo jak położnictwo, SOR jest elementem niezbędnym.

Czyli nie ma mowy o jego likwidacji?

Nie. Formalnie to nie jest takie proste, bo SOR jest wpisany w plan zabezpieczenia medycznego województwa. Ale nawet abstrahując od przepisów, dla mnie zawsze najważniejszy był pacjent. Jeśli coś jest potrzebne mieszkańcom, nie można patrzeć wyłącznie przez pryzmat opłacalności.

Co udało się zrobić na SOR-ze?

Jednym z większych sukcesów było pozyskanie w 2023 roku 4,8 mln zł na doposażenie SOR-u i współpracujących z nim poradni. Dzięki temu w 2024 roku wymieniliśmy aparat RTG w głównym budynku, bardzo stary, pamiętający początki szpitala. Nowy RTG jest też na SOR-ze. Kupiliśmy trzy aparaty USG, doposażyliśmy pracownię endoskopową i wymieniliśmy część sprzętu na oddziale ratunkowym. To wszystko sprawia, że pacjenci mogą czuć się bezpieczniej.

A co z przypadkami najcięższymi? Zawał, udar?

Tutaj trzeba to dobrze mieszkańcom wyjaśnić. Jeśli pacjent trafia do nas sam, jest diagnozowany i obserwowany. Jeśli okaże się, że wymaga specjalistycznego leczenia, na przykład w przypadku zawału czy udaru, jest transportowany karetką do odpowiedniego szpitala. Inaczej jest wtedy, gdy pacjent od początku jest w rękach zespołu ratownictwa medycznego. Jeśli ratownicy rozpoznają zawał albo udar, mogą od razu zawieźć chorego do wyspecjalizowanego ośrodka, żeby nie tracić czasu.

Co z perspektywy tych kilku lat uważa pan za najbardziej spektakularne osiągnięcie?

Najważniejsza była stabilizacja zespołów. Naprawdę. Nie nowy sprzęt, nie remonty, tylko ludzie. Udało się stworzyć kadrę, która daje szpitalowi bezpieczeństwo. I to zarówno dzięki lekarzom pozyskanym z zewnątrz, jak i naszym własnym rezydentom, którzy zostali w Trzebnicy i dziś są już specjalistami. To jest coś, co spędza sen z powiek wielu dyrektorom. Bo kiedy słyszymy, że gdzieś zamyka się oddział, to bardzo często powodem nie są pieniądze, tylko brak lekarzy.

Czy Trzebnicy grozi w przyszłości cięcie usług albo likwidacja części oddziałów?

Mam nadzieję, że nie. Oczywiście źle wyceniane świadczenia to problem dyrektora i podmiotu tworzącego, czyli starostwa. Ale tu trzeba oddać honor powiatowi. Kiedy pojawia się ujemny wynik finansowy, starostwo go pokrywa. Problemem jest natomiast zbyt szczupła baza lokalowa.

Co to dokładnie znaczy?

Po prostu mamy za mało pomieszczeń. To duży szpital, ale baza jest ograniczona. Na oddziałach zabiegowych, jak chirurgia czy ortopedia, wykorzystanie łóżek przekracza 80 procent. A to oznacza, że miejsce jest na styk.

Co można by zrobić, gdyby miejsca było więcej?

Na przykład utworzyć geriatrię. To byłby bardzo potrzebny kierunek. Społeczeństwo się starzeje, a profil pacjentów interny jest dziś w dużej mierze geriatryczny. Myślę też, że przyszłość szpitala wymaga myślenia o nowej bazie dla tej części, w której dziś mieszczą się bloki operacyjne, OIOM i dawna „ręka”. Ten obiekt powstał w 1993 roku. Minęło ponad 30 lat. Technologia poszła bardzo do przodu.

Czyli remont już nie wystarczy?

Moim zdaniem nie. Myślę, że trzeba myśleć o budowie nowej części. Rozmawiałem o tym z panią starostą. Być może dałoby się wykorzystać programy związane z obronnością i ochroną ludności. W takim projekcie można by zawrzeć nowe sale operacyjne, SOR i oddziały spełniające współczesne wymogi, także odpornościowe. To byłaby inwestycja nie na pięć lat, ale na kolejne trzydzieści albo pięćdziesiąt.

A pamięta Pan najtrudniejszy moment w swojej pracy? Taki, który najbardziej utkwił panu w pamięci?

Było kilka trudnych sytuacji, ale pamiętam szczególnie moment po wyprowadzeniu oddziału covidowego z chirurgii. Okazało się wtedy, że nie możemy po prostu wrócić do normalnej pracy, bo rury były tak zapchane, że oddział nie nadawał się do uruchomienia. To były stare, żeliwne instalacje, zatkane między innymi nawilżanymi chusteczkami, a nie papierem toaletowym. Musieliśmy przeprowadzić remont kanalizacji, a przy okazji także instalacji ciepłej i zimnej wody.

Czyli z problemu wyszło coś dobrego?

Tak. Skoro już zaczęliśmy, przygotowaliśmy też instalacje pod ortopedię, która jest piętro wyżej. W efekcie oddział chirurgii został wyremontowany i częściowo przebudowany. To był przykład sytuacji, kiedy techniczna katastrofa uruchomiła coś dobrego.

Czy dziś do Trzebnicy trafiają tylko mieszkańcy powiatu?

Nie. Korzystają z naszych usług także pacjenci z sąsiednich powiatów, między innymi z Brzegu i Milicza. Ale przyjeżdżają też z Wrocławia. Trochę nas nawet „zabija” własna renoma, bo pacjenci wiedzą, że mamy dobrych operatorów.

Jakie zabiegi szczególnie przyciągają pacjentów?

Na pewno operacje bariatryczne, czyli leczenie otyłości. To są zabiegi wykonywane na NFZ. Polegają na wykonaniu bypassu żołądka albo zmniejszeniu jego objętości. Wykonujemy ich sporo i z dobrym efektem.

Jest też temat transplantacji kończyny górnej. To duży sukces?

Tak, jeden z ostatnich i bardzo ważnych. Udało się przywrócić zgodę na transplantację kończyny górnej. O to bardzo zabiegał doktor Ahmed Elsaftawy. Uważał  i ja się z tym zgadzam, że skoro mamy doświadczenie i tradycję, to powinniśmy dalej pomagać pacjentom właśnie w tym obszarze. To zabieg spektakularny. On nie ratuje życia, ale radykalnie poprawia jego komfort.

Dlaczego to takie ważne dla pacjentów?

Bo dla nich chodzi o kompletność. Rozmawiałem z pacjentami i to było dla mnie niezwykle poruszające. Oni mówią wprost: proteza to nie to samo. Chcieliby mieć rękę, czuć ciepło, zimno, ból. Chcieliby odzyskać coś, co było częścią ich ciała i życia. Jeśli mamy możliwość im w tym pomóc, to warto z niej korzystać. Jesteśmy już po uzyskaniu zgody i wystąpiliśmy do Ministerstwa Zdrowia, bo to program finansowany bezpośrednio przez ministra. Liczę, że w tym roku uda się wykonać pierwsze zabiegi.

Słuchając pana, można odnieść wrażenie, że rysuje się dość pozytywny, wręcz cukierkowy obraz szpitala.

Nie, to nie jest obraz cukierkowy. To jest obraz normalny. Tak po prostu powinno być w służbie zdrowia. Przyzwyczailiśmy się do bylejakości, do zamykania oddziałów, do zawieszania usług, do ciągłych kryzysów. I kiedy ktoś mówi, że szpital działa normalnie, to nagle brzmi to jak coś wyjątkowego. A to przecież powinien być standard.

Tylko że pieniędzy nadal brakuje.

Tak. Jeśli mamy budżet przekraczający 100 milionów złotych, to czasem mówi się wprost: „Ile ci brakuje, żeby się bilansować?” Pięć milionów? Dziesięć? Piętnaście, żeby było naprawdę spokojnie? Na szczęście były też programy wsparcia.

Jakie?

Choćby dwa projekty z KPO. Jeden związany ze wsparciem oddziału internistycznego na potrzeby pododdziału kardiologii, to 1,8 mln zł, plus VAT po naszej stronie. Drugi to cyberbezpieczeństwo. To już duży projekt: prawie 7 mln zł, z czego 5,3 mln to środki centralne, a reszta to wkład własny, przy wsparciu powiatu trzebnickiego.

Czy była jakaś inwestycja, której nie udało się doprowadzić do skutku?

Tak. Otrzymaliśmy negatywną opinię w sprawie dofinansowania lądowiska. Chodzi o teren dawnego lądowiska śmigłowców rolniczych. To najlepsza lokalizacja, wskazywana również przez LPR. Prawdopodobnie problem polegał na tym, że w dniu składania wniosku nie byliśmy jeszcze formalnym użytkownikiem działki, bo trwało jej przekazywanie. Mieliśmy prawo do projektowania i do prac budowlanych, ale widocznie to nie wystarczyło.

Czyli sprawa nie jest jeszcze stracona?

Nie, absolutnie. Nadal uważam, że lądowisko jest dla naszego szpitala konieczne. Mamy SOR, mamy dyżury replantacyjne w piątki i niedziele, mamy program transplantacji kończyny górnej. Lądowisko jest tu po prostu potrzebne. Liczymy też na wsparcie LPR. Oni również nie wyobrażają sobie, żeby szpital o takim profilu nie miał takiej infrastruktury.

Panie dyrektorze, chciałbym jeszcze zapytać o sprawę, która rzuciła cień na funkcjonowanie placówki. Chodzi o delikatnie mówiąc, niewłaściwym zachowaniu pracownika, byłego wojskowego, wobec pracownic szpitala. Pisała o tym także nasza gazeta. Dziś sprawa trafiła już do sądu, jest akt oskarżenia. Jak pan to ocenia z perspektywy czasu? Czy szpital zrobił wszystko, co mógł?

Nie chcę ani bronić siebie, ani służb szpitala, ale przypomnę krótko chronologię. Ten pan został przyjęty w sierpniu 2023 roku na reaktywację uprawnień zawodowych. Był emerytowanym wojskowym, fizjoterapeutą, odbywał coś w rodzaju stażu przywracającego uprawnienia. Ówczesny koordynator rekomendował jego zatrudnienie. Został więc przyjęty w grudniu. Do kwietnia nic nie wskazywało na to, że dzieje się coś niewłaściwego. Potem pojawiły się pisma od fizjoterapeutek. Spotkaliśmy się z nimi, ustaliliśmy pewne warunki, między innymi przesunięcie tego pracownika do pracy na innych oddziałach, poza rehabilitacją. Wydawało się, że sytuacja została opanowana.

Chyba jednak nie, bo sprawa później trafiła do prokuratury.

Tak. W czerwcu pełnomocnik pań złożył zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. I od tego momentu uznaliśmy, że to prokuratura powinna sprawę badać. Nie chcieliśmy zajmować stanowiska, które mogłoby być odebrane jako przesądzanie czegokolwiek. Ten pracownik pracował już wtedy w ograniczonym zakresie, później złamał rękę, poszedł na zwolnienie lekarskie i od września 2024 roku w ogóle nie wrócił do pracy.

Czyli z punktu widzenia szpitala sprawa personalnie się zakończyła, ale problem pozostał?

Tak to wyglądało. Pana Sebastiana w szpitalu nie ma od września 2024 roku, mamy marzec 2026, a problem nadal jest obecny. I z czasem stało się dla mnie jasne, że źródło napięć było szersze niż jedna osoba.

Co ma pan na myśli?

Musimy pamiętać o całym tle organizacyjnym. Był COVID, oddział rehabilitacji pracował w ograniczonym zakresie, część przestrzeni zajmowała chirurgia ręki. Kiedy ten oddział się wyprowadził, wróciliśmy do normalnego obciążenia pracą. A to oznaczało większą liczbę pacjentów i większy wysiłek zespołu. Wcześniej część pracowników przyzwyczaiła się do mniejszego obciążenia. Gdy wróciliśmy do pełnego działania, zaczęły się napięcia.

Czyli pana zdaniem, to był szerszy konflikt pracowniczy?

Tak, w mojej ocenie tak. Doszły do tego zmiany kadrowe. Zmiana ordynatora, zmiana koordynatora fizjoterapeutów. Nowe osoby zaczęły inaczej organizować pracę i stawiać konkretne wymagania. I wtedy zaczął się, nazwijmy to, cichy bunt.

A co z zarzutami o szykanowanie poszkodowanych pracownic?

Mogę powiedzieć tyle: z tej grupy osób jedna została zwolniona wcześniej, jedna odeszła sama, dwie nadal pracują. Ostatnie wypowiedzenie, o którym była mowa, nie dotyczyło osoby z tej grupy pokrzywdzonych. To były decyzje związane z wykonywaniem pracy. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale z mojego punktu widzenia atmosfera w szpitalu jest generalnie dobra, poza kilkoma osobami i pojedynczymi napięciami.

Czyli dziś powiedziałby pan, że atmosfera wśród pracowników jest dobra?

Tak, ogólnie jest dobra. Oczywiście takie sprawy nigdy nie są przyjemne i zawsze zostawiają ślad. Ale nie można też na podstawie jednego konfliktu opisywać całego szpitala.

No dobrze, zostawmy ten temat, bo trwają sprawy w sądach. Mówiliśmy o wysokich ocenach porodówki. A czy inne oddziały też są w jakiś sposób oceniane przez pacjentów?

Tak. Mamy zewnętrzne badanie satysfakcji pacjentów. To nie jest ankieta robiona tylko przez nas, ale z udziałem zewnętrznego podmiotu. Na oddziałach są informacje, że można anonimowo wypełnić ankietę i pacjenci to robią. Ogólnie oceny są dobre.

Pamięta pan jakąś uwagę pacjentów, która szczególnie zapadła panu w pamięć?

Tak, bardzo konkretną. W jednej z pierwszych ankiet z 2021 roku pacjenci oceniali wszystko dobrze, ale wskazali, że materace są niewygodne. Pamiętam, że od razu poprosiłem panią przełożoną i zapytałem, o co chodzi. Okazało się, że pacjenci mieli rację. Materace były stare, niewygodne, za krótkie.

I co wtedy pan zrobił?

Pierwsza decyzja była prosta: kupujemy nowe materace, przynajmniej na tych oddziałach, gdzie pacjenci leżą dłużej. Tak właśnie powinno się wyciągać wnioski z ankiet, nie tylko je zbierać, ale też reagować.

A czy pacjenci chętnie wypełniają takie ankiety?

Chciałbym, żeby tych odpowiedzi było więcej. Nie wszyscy mają ochotę, część mówi, że zrobi to później w domu i już do tego nie wraca. Ale to i tak dla nas bardzo cenne źródło wiedzy.

Patrzę na pana kalendarz i mam wrażenie, że końcówka pracy w Trzebnicy wcale nie jest spokojna. Spodziewałem się raczej podsumowań, porządkowania dokumentów, może pożegnań, pakowania rzeczy. A pan cały czas ma telefony, spotkania, obowiązki. Nawet w trakcie naszej rozmowy, widzę połączenia. Jak wyglądają te ostatnie dni?

Rzeczywiście, jest intensywnie. Nałożyła się autoryzacja szpitala, która odbywała się w piątek. Ja akurat w czwartek i piątek miałem wcześniej zaplanowane zobowiązania jako członek samorządu i byłem na konferencji w Karpaczu, więc wróciłem do tego wszystkiego już po niej. Teraz kończymy jeszcze różne sprawy organizacyjne, przygotowujemy trzeci bal charytatywny, spotykamy się z lokalnymi przedsiębiorcami. No i oczywiście trzeba zostawić dokumenty i sprawy w porządku dla następcy.

Wiemy już, kto przejmie obowiązki?

Pani Izabela Nasiukiewicz została pełniącą obowiązki dyrektora. Ja ją rekomendowałem jako osobę, która zna załogę i dobrze odnajdzie się w tym okresie przejściowym. Ale uważam, że powinien być konkurs. Tak samo było, kiedy przychodziłem do Trzebnicy. Uważam, że najlepszy dyrektor powinien zostać wyłoniony właśnie w konkursie.

Czy załoga przeżywa pana odejście?

Pracownicy zawsze odczuwają jakiś niepokój. Informacje o moim odejściu krążyły od około czterech miesięcy, więc temat żył w szpitalu. Każda zmiana na tym stanowisku budzi emocje.

Będzie pan tęsknić za Trzebnicą?

Pewnie tak, ale na pewno będę przyjeżdżał. Daleko nie jest, droga dobra.

Bardziej służbowo czy rekreacyjnie?

Pewnie i tak, i tak. Może na rower, może odwiedzić kolegów, zobaczyć, co się dzieje.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję bardzo.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 19/03/2026 16:41
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo NowaGazeta.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości