Młody mężczyzna wracał pewnego popołudnia do domu przez park w Trzebnicy. Nie dotarł. Martwe drzewo runęło na niego bez ostrzeżenia. Od tamtej chwili Błażej Basiak nie może samodzielnie funkcjonować. Wymaga całodobowej opieki, miesiącami leży w szpitalach, a jego plany – studia, sport, wyjazd za granicę – rozpłynęły się w ciągu kilku sekund. Sąd Rejonowy w Trzebnicy orzekł właśnie, że odpowiada za to urzędnik, który wiedział o zgniłych drzewach w parku i przez lata nic z tym nie robił. Ma zapłacić pokrzywdzonemu 500 000 złotych.
Sąd Rejonowy w Trzebnicy, II Wydział Karny, ogłosił 18 marca 2026 roku wyrok w głośnej sprawie karnej. Szczepan G., naczelnik wydziału Rolnictwa i Ochrony Środowiska w Urzędzie Miejskim w Trzebnicy, został uznany za winnego popełnienia przestępstwa polegającego na zaniedbaniach i niedopełnieniu obowiązków służbowych czym naraził młodego człowieka na niebezpieczeństwo i poważny uszczerbek na zdrowiu. I choć jego działania były nieumyślne, to Sąd nie miał wątpliwości, że przez ich brak oraz zaniechania, doszło do tragedii.
Sąd wymierzył oskarżonemu karę 6 miesięcy pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania na 2-letni okres próby. W tym czasie Szczepan G., co pół roku, zobowiązany jest do składania sądowi pisemnych sprawozdań z przebiegu okresu próby. Ponadto sąd zasądził od oskarżonego na rzecz pokrzywdzonego Błażeja Basiaka kwotę 500 000 złotych tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę, uwzględniając w całości wniosek złożony przez pełnomocnika pokrzywdzonego. Oskarżony został też obciążony kosztami sądowymi w łącznej kwocie 8407 zł 47 gr oraz zwrotem kosztów zastępstwa procesowego na rzecz oskarżyciela posiłkowego w wysokości 12 300 zł.
Ogłaszając wyrok, sędzia Paulina Krzemińska wygłosiła obszerne ustne motywy rozstrzygnięcia, nie szczędząc przy tym ostrych słów pod adresem oskarżonego. Podkreśliła, że sprawa nie opuszczała jej od ostatniej rozprawy i że cały materiał dowodowy został przez sąd szczegółowo przeanalizowany.
Sąd ustalił, że przez kilka lat, gdy Szczepan G. sprawował nadzór nad trzebnickim parkiem im. M i L. Kaczyńskich, nie były prowadzone żadne zabiegi sanitarne ani pielęgnacyjne drzewostanu. W październiku 2021 roku co najmniej kilkanaście drzew w parku nadawało się do natychmiastowego usunięcia. Były martwe i stanowiły realne zagrożenie dla przechodniów. Park, przez który biegnie główna aleja łącząca dworzec PKP z centrum Trzebnicy, jest miejscem niezwykle ruchliwym. Korzystają z niego codziennie setki mieszkańców, a wszystkie wycieczki szkolne zmierzające w kierunku Wrocławia przechodzą właśnie tędy, wskazywała sędzia.

Sąd stwierdził, że oskarżony, po uzyskaniu decyzji administracyjnej zezwalającej na wycinkę, sam przyznał w wyjaśnieniach, iż decyzja ta była błędna i że nie było podstaw do wpisania zapisu o zakazie prac w okresie lęgowym.
- To są pana słowa. To oznacza, że miał pan pełną świadomość co do zagrożenia i tego, że ta decyzja nie jest właściwa. I co pan zrobił w związku z tym? Nic. Kompletnie nic - mówiła sędzia.
Argument obrony, że wygrodzenie strefy wokół niebezpiecznych drzew sparaliżowałoby funkcjonowanie miasta, sąd odrzucił z całą stanowczością. Sędzia przypomniała, że w trakcie samego postępowania przez wiele miesięcy zamknięte były schody i przejścia prowadzące do parku i Trzebnica jakoś funkcjonowała.
- Takie opowieści są nieprawdą. Trudno nad tym przejść spokojnie bez komentarza - skwitowała.
Szczególnie wymowna okazała się jeszcze jedna kwestia. Pracownicy sądu mailowo informowali urząd gminy o łamiących się gałęziach przy głównej alei. Odpowiedź? Cisza. Po dwóch tygodniach pracownik zadzwonił ponownie i usłyszał, że wiadomość dotarła i że wszystko jest w porządku.
- To jest totalna ignorancja - orzekła sędzia.

Sąd nie pozostawił suchej nitki na postawie Szczepana G. podczas całego postępowania. Sędzia mówiła o braku refleksji, braku empatii, braku skruchy i braku jakiegokolwiek zainteresowania losem pokrzywdzonego.
- Brzmi to może drastycznie, ale to są fakty, które sąd tylko stwierdza - zaznaczyła.
Zamiast słów oskarżonego na sali brzmiała wyłącznie mowa jego obrończyni, profesjonalna, lecz niemogąca zastąpić osobistej refleksji sprawcy.
- Tutaj brakło pewnych słów z pana strony i trudno tego nie dostrzec. Jest to dla mnie kompletnie niezrozumiałe - powiedziała sędzia wprost.
Wniosek obrony o warunkowe umorzenie postępowania sąd odrzucił bez wahania.
- Stopień społecznej szkodliwości czynu wyklucza warunkowe umorzenie w tej sprawie - orzekła sędzia, dodając, że nie kieruje się przy wydawaniu wyroków względami zawodowymi oskarżonego:
- Przepisy nie przewidują takiego warunku, aby warunkowo umarzać postępowanie karne - dodała.
Wyrok zapadł tydzień po emocjonującej rozprawie, na której wszystkie strony wygłosiły mowy końcowe. Obraz, jaki wyłonił się z sali sądowej, był poruszający.
Prokurator wniósł o uznanie oskarżonego za winnego i wnosił o wymierzenie kary 6 miesięcy pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem na 2 lata. Na podstawie art. 46 § 1 k.k. domagał się zasądzenia 50 000 zł tytułem zadośćuczynienia, czyli kwoty dziesięciokrotnie niższej niż ta, której żądał pokrzywdzony.
Pełnomocnik oskarżyciela posiłkowego poszedł znacznie dalej i wnioskował o 1 rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na 3 lata oraz 500 000 złotych zadośćuczynienia. Dla uzasadnienia tej kwoty przywołał m.in. orzeczenie sądu okręgowego dotyczące utraty gałki ocznej, za którą zasądzono 300 000 zł, pytając retorycznie: jak porównać utratę jednego oka do trwałego, wieloletniego kalectwa młodego człowieka?
Mowa pełnomocnika pokrzywdzonego była długa i emocjonalna. Opisywał codzienność swojego klienta: mężczyzna nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować przez więcej niż dwie godziny, wymaga stałej pomocy przy czynnościach fizjologicznych. Plany studiów na politechnice, pasja sportowa, marzenia o wyjeździe za granicę – wszystko przekreślone.
- Widoki na przyszłość są żałosne - mówił adwokat Paweł Bonczar: - Temu człowiekowi te zaniedbania odebrały godne życie.
Sam pokrzywdzony zabrał głos przed zamknięciem przewodu sądowego. Mówił spokojnie, lecz z wyraźnym bólem: wypadek „warunkuje jego całe życie na wózku”. Dał też do zrozumienia, że linia obrony przyjęta przez oskarżonego wielokrotnie go obrażała.
Obrończyni oskarżonego przedstawiła odmienną wersję wydarzeń. Jej zdaniem Szczepan G. nie dopuścił się zaniechania, wręcz przeciwnie, poczynił starania, by drzewa zostały wycięte. Przeszkodą okazała się decyzja administracyjna z 25 czerwca 2020 roku, w której znalazł się niestandardowy zapis zakazujący prac wycinkowych w okresie lęgowym ptaków, aż do 15 października 2021 roku. Tego zapisu nie było w żadnej innej podobnej decyzji wydanej przez starostwo.
Co znamienne, sama urzędniczka, która decyzję wydała, nie umiała przed sądem wyjaśnić, dlaczego taki zapis zamieściła. Obrończyni pytała retorycznie: dlaczego akt oskarżenia objął wyłącznie jej klienta, skoro to nie on zablokował wycinkę?
- Gdyby nie ta niefortunna decyzja, drzewa już dawno by nie było - argumentowała.
Obrona wniosła o uniewinnienie, a z daleko posuniętej ostrożności procesowej, o warunkowe umorzenie postępowania, powołując się na nienaganną dotychczasową postawę oskarżonego i fakt, że skazanie go oznaczałoby automatyczną utratę pracy w administracji publicznej.
Sędzia uzasadniając wysokość zasądzonego zadośćuczynienia, posłużyła się wstrząsającym przeliczeniem. Na podstawie dokumentów przedłożonych przez pełnomocnika pokrzywdzonego wyliczyła, że miesięczna rehabilitacja szpitalna Błażeja Basiaka w początkowej fazie kosztowała co najmniej 25 000 złotych. To oznacza, że 500 000 złotych wystarczyłoby zaledwie na rok i osiem miesięcy takiej rehabilitacji.
- A co później? A co dalej? - pytała sędzia: - To są ogromne koszty leczenia i rehabilitacji. A krzywdy chyba nie muszę tłumaczyć. Myślę, że dla wszystkich jest to zrozumiałe.
Sąd podkreślił, że 500 000 złotych to kwota adekwatna do cierpienia, psychicznego i fizycznego, jakiego doznał i nadal doznaje pokrzywdzony. Zwrócił też uwagę na jego wiek, na konsekwencje wypadku dla całej rodziny oraz na to, że najbliżsi przez długie lata będą musieli zapewniać mu całodobową opiekę. Pokrzywdzony korzysta z rehabilitacji, ośrodków wsparcia specjalistycznego, a portale zbiórkowe, na których rodzina przez lata szukała pomocy finansowej, powoli zamykają możliwości wsparcia.
Na zakończenie sędzia zwróciła się bezpośrednio do Błażeja Basiaka:
- Życzę panu i całej rodzinie siły, wytrwałości i wiary. Pan jest osobą młodą, myślę, że jeszcze nic nie jest przesądzone - powiedziała sędzia Paulina Krzemińska.
Wyrok jest nieprawomocny. Stronom przysługuje prawo do złożenia apelacji do Sądu Okręgowego we Wrocławiu za pośrednictwem tutejszego sądu.
Po rozprawie mecenas pokrzywdzonego przyznał, że jest zadowolony z wyroku. Mówił, że to była bardzo trudna sprawa i to w otoczeniu lokalnym. Dodał, że podziwia Sąd, za skrupulatne i dokładne przeprowadzenie rozprawy. Mecenas dodał, że ma nadzieję, że apelacja podtrzyma wyrok, a wtedy otworzy się droga do postępowania odszkodowawczego.
- Wyrok mnie satysfakcjonuje, ale postawa oskarżonego już nie. Nawet do mnie nie podszedł, tylko wyszedł z sądu. Mnie personalnie może nie boli, że on mnie nawet nie przeprosił, ale uważam, że powinien, zwłaszcza na takim stanowisku - podsumował Błażej.
Szczepan G., po rozprawie nie chciał komentować wyroku.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze