Urzędniczki przez lata czuły się bezkarne. Z gminnej kasy zrobiły prywatny bankomat, a gdy sprawa zaczęła się sypać, próbowały ratować się współpracą z prokuraturą. Teraz zapadł wyrok. I choć sąd nie miał wątpliwości co do ich winy, kara, którą wymierzył, dla wielu może wydawać się zaskakująco łagodna.
Artykuł publikujemy w wersji otwartej. Mamy jednak nadzieję, że będziecie wspierać lokalne media. To dzięki Wam możemy poruszać ważne tematy. Zachęcamy do wykupienia dostępu do wersji PREMIUM. To tylko 9,99 zł miesięcznie, a macie dostęp do wszystkich tekstów i do PDF-ów gazety, nawet tych archiwalnych.
W środę, 11 marca, Sąd Rejonowy w Trzebnicy skazał Iwonę D., byłą naczelniczkę wydziału organizacyjnego i jednocześnie pełnomocnik burmistrza ds. profilaktyki uzależnień, na 1 rok pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem wykonania kary na 3 lata. Sąd wymierzył jej także 6000 zł grzywny, orzekł 5-letni zakaz zajmowania stanowisk kierowniczych w urzędach i jednostkach samorządu terytorialnego oraz zobowiązał ją do naprawienia szkody poprzez zwrot około 17,1 tys. zł na rzecz gminy Trzebnica. Monika K.-F., druga z oskarżonych, usłyszała wyrok 1 roku pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem wykonania kary na 2 lata.
Na pierwszy rzut oka ktoś może powiedzieć, że choć zapadł wyrok, to jest on dość łagodny. I właśnie dlatego pojawia się zasadnicze pytanie: dlaczego przy tak poważnych ustaleniach, przy przedstawianiu faktur bez pokrycia, rozliczaniu nieistniejących zakupów i składaniu nieprawdziwych zeznań, sąd zgodził się na tak łagodne rozstrzygnięcie?
Odpowiedź padła już w sądzie i warto ją przytoczyć wprost: obie urzędniczki poszły na współpracę z prokuraturą. Przyznały się do winy, zgodziły się na dobrowolne poddanie się karze i co najważniejsze przekazały śledczym dodatkowe, istotne informacje, których wcześniej organy ścigania nie miały. To oznacza, że wskazały inne przestępstwa. Jakie? Tego na razie nie wiemy, ale śledztwo w opolskiej prokuraturze nadal trwa.
Sąd jasno wskazał, że sprawa dotyczyła poważnych naruszeń prawa, fałszowania dokumentów i składania nieprawdziwych zeznań, czyli czynów o poważnych konsekwencjach społecznych. Łagodniejsze potraktowanie oskarżonych wynikało z ich późniejszej postawy procesowej. Innymi słowy, urzędniczki zaczęły mówić. A skoro zaczęły mówić, to znaczy, że ta sprawa może mieć dalszy ciąg.
Żeby zrozumieć wagę tego wyroku, trzeba wrócić do samego początku i przypomnieć, na czym polegał mechanizm wyprowadzania pieniędzy z trzebnickiego urzędu. Z akt sprawy wynika, że proceder nie był skomplikowany, ale był świetnie dostosowany do realiów urzędu, w którym przez lata praktycznie nikt nie zadawał pytań.
Urzędniczki pobierały z kasy gminnej zaliczki. Oficjalnie pieniądze miały iść na zakupy związane z funkcjonowaniem świetlic, punktów wsparcia, miejsc spotkań osób uzależnionych i działań profilaktycznych. Papierowo wszystko się zgadzało. Były zaliczki, były rozliczenia, były faktury. Problem w tym, że za częścią tych dokumentów nie stał żaden realny zakup.
Według ustaleń śledczych w pewnym momencie pieniądze z pobieranych zaliczek zaczęły być wydawane na prywatne cele. A ponieważ zaliczkę trzeba było rozliczyć, urzędniczki potrzebowały dokumentów potwierdzających rzekome zakupy. Tak pojawiły się fikcyjne faktury.
Iwona D. miała zwrócić się o pomoc do znajomego przedsiębiorcy, lokalnego biznesmena Leszka K., który miał kontakty z firmami handlującymi sprzętem AGD. Prokuratura ustaliła, że to właśnie on pilotował temat faktur wystawianych na gminę. Załatwiano dokumenty na piekarniki, mikrofalówki, zamrażarki, regały czy inne wyposażenie. Zakupy miały trafić do gminnych obiektów. W rzeczywistości sprzęt ten do żadnej świetlicy ani do żadnego punktu wsparcia nie dotarł. Leszek K. również jest oskarżony, ale ponieważ nie przyznał się do winy, jego proces wkrótce się rozpocznie.
Jak działał mechanizm? W księgowości pojawiała się faktura, więc zaliczka była rozliczona. Nikt nie sprawdzał, czy zakupiony sprzęt rzeczywiście trafił do świetlic. Urzędniczki same to potwierdzały, ale ich już nikt nie kontrolował.
Co ciekawe, jeśli na dokumencie wpisywano kwotę wyższą od tej pobranej z kasy, pojawiał się jeszcze jeden element całej układanki. Urzędniczki miały twierdzić, że dołożyły brakującą część pieniędzy z własnej kieszeni i domagały się przelewu tej „nadwyżki” na prywatne konto. Śledczy ustalili, że to również było fikcją. W praktyce oznaczało to, że z gminnego budżetu wyprowadzano kolejne środki, pozorując normalne rozliczenie zakupu.
Z czasem ten schemat został rozwinięty. Do układu, w którym uczestniczyły skazana Iwona D. oraz jej zastępczyni Grażyna P., która do dziś jest poszukiwana przez prokuraturę, wciągnięto Monikę K.-F., podwładną Iwony D.
Prokuratura ustaliła, że nie był to przypadek. Okazało się, że mąż Moniki K.-F. prowadzi firmę usługową zajmującą się montażem mebli i kuchni. To otwierało kolejną furtkę. Można było wystawiać dokumenty już nie tylko za sprzęt, ale też za rzekomo wykonane usługi. I tak też się stało. Z firmy męża Monika K.-F. wystawiała faktury na gminę za prace, których nigdy nie wykonano. Papier trafiał do księgowości, zaliczki były rozliczane, a pieniądze znikały. Mechanizm był już sprawdzony, więc działał dalej.
Jeszcze bardziej bulwersujący jest kolejny fragment tej sprawy. Z ustaleń opisanych przez śledczych wynika, że urzędniczki nie poprzestawały wyłącznie na fikcyjnych zakupach sprzętu. Brały też pieniądze z kasy gminy i szły do pobliskich sklepów po zwykłe zakupy spożywcze. Oficjalnie produkty miały być przeznaczone dla świetlic opiekuńczo-wychowawczych i profilaktycznych, czyli dla dzieci z rodzin z problemami alkoholowymi. W praktyce zakupy trafiały do ich prywatnych domów. To właśnie ten moment pokazuje szczególnie dobitnie, jak daleko zaszło poczucie bezkarności.
W materiałach pojawia się też jeszcze jeden ważny kontekst. Tamten okres w gminie miał być czasem niemal całkowitego braku realnej kontroli. Władza burmistrza i jego zaplecza politycznego była niemal nieograniczona. Opozycji praktycznie nie było, a więc nie było też rzeczywistej kontroli. Komisja Rewizyjna, tak samo jak dzisiaj, była zdominowana przez radnych burmistrza. A urzędnicy, jak relacjonowali nasi rozmówcy, mieli poczucie, że nikt nie będzie im patrzył na ręce.
W takim układzie łatwo rodzi się przekonanie, że wszystko wolno. Że jeśli dokumenty się zgadzają, nikt nie będzie sprawdzał, czy piekarnik, lodówka albo mikrofalówka rzeczywiście zostały kupione i stoją tam, gdzie powinny.
Z relacji osób pracujących w urzędzie wynikało zresztą, że dla części pracowników pewne sygnały były widoczne. Powtarzające się faktury, podobne kwoty, kolejne rozliczenia za sprzęt, którego nikt nigdy nie widział. Problem tylko w tym, że zadawanie niewygodnych pytań mogło oznaczać kłopoty.
Najbardziej spektakularny fragment tej historii rozegrał się jednak wtedy, gdy do urzędu weszli policjanci. Pod koniec listopada 2019 roku w magistracie pojawili się funkcjonariusze z Wydziału do Walki z Korupcją Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu. Zaczęli zabezpieczać dokumenty, komputery, dyski twarde i sprawdzać konkretne rozliczenia. Interesowało ich nie tylko to, co było na papierze, ale też to, czy sprzęt wykazany na fakturach rzeczywiście istnieje i znajduje się w gminnych obiektach. Urzędnicy wpadli w popłoch. Bo kiedy śledczy chcieli zobaczyć sprzęt, którego zakup wcześniej rozliczono, okazało się, że sprzętu nie ma.
Z aktu oskarżenia wynika, że skazane urzędniczki podjęły próbę ratowania sytuacji. Skontaktowały się z radnym związanym z ugrupowaniem burmistrza, który prowadził działalność mającą związek ze sprzętem AGD. To właśnie on miał dostarczyć dwa piekarniki i chłodziarko-zamrażarkę. Chodziło o to, aby podstawić podobny sprzęt, na który wcześniej wystawiono fikcyjne faktury.
Ale nawet ten sprzęt nie trafił od razu do świetlicy czy innego miejsca należącego do gminy. Najpierw, zgodnie z ustaleniami śledczych, urzędniczki kazały radnemu zawieźć towar do miejscowości Jaźwiny, na teren nowo budowanego domu jednorodzinnego. Odebrał go tam wskazany przez nie mężczyzna. Dopiero później, po telefonie od Moniki K.-F., ten sam człowiek miał przewieźć sprzęt do budynku przy ul. Żołnierzy Września 19 w Trzebnicy, gdzie mieści się jedna ze świetlic AA.
Ten szczegół jest niezwykle istotny, bo pokazuje, że nie mieliśmy do czynienia z żadnym „opóźnionym dostarczeniem” zamówionych wcześniej urządzeń. Gdyby sprzęt rzeczywiście był kupiony dla gminy, powinien trafić wprost do gminnej placówki, zostać przyjęty, zewidencjonowany i użytkowany. Tymczasem najpierw jedzie na prywatną posesję w jednej z wiosek, odbiera go pośrednik, a dopiero potem sprzęt ląduje w świetlicy. Kiedy weszli tam policjanci, urządzenia były nowe, nierozpakowane, w folii ochronnej. To nie był sprzęt używany od miesięcy czy lat. To była desperacka próba załatania dziury w dokumentach i ukrycia tego, że wcześniejsze faktury nie miały pokrycia w rzeczywistości.
Warto też zauważyć, że sam sposób rozliczenia tej dostawy również budził poważne pytania. Z ustaleń śledczych wynika, że radny początkowo miał nie pobierać zapłaty, bo urzędniczki tłumaczyły, iż faktura zostanie wystawiona później. Ostatecznie, gdy wokół sprawy robiło się coraz głośniej, miał zostać wystawiony bezimienny paragon, a pieniądze za sprzęt miały zostać przekazane przelewem przez Iwonę D.
Cała sprawa nabiera jeszcze większego ciężaru, gdy spojrzymy na to, co stało się później. Po zatrzymaniach i kolejnych czynnościach śledczych obie urzędniczki zaczęły składać obszerne wyjaśnienia. Opisały mechanizm działania, wskazały osoby, z którymi współpracowały, i ujawniły dodatkowe okoliczności. To właśnie ten moment przesądził o ich procesowej sytuacji. Poszły na współpracę z prokuraturą i, jak wynika z uzasadnienia, przekazały informacje o innych przestępstwach, których wcześniej śledczy nie znali.
Nie chodziło więc wyłącznie o to, że przyznały się do własnych czynów. Chodziło o to, że zaczęły dostarczać organom ścigania wiedzę o szerszym tle sprawy.
To właśnie dlatego zapadł taki, a nie inny wyrok. Sąd nie uznał, że proceder był błahy ani że szkoda była symboliczna. W polskim prawie współpraca z prokuraturą, ujawnienie istotnych okoliczności i wskazanie innych przestępstw może otworzyć drogę do nadzwyczajnego złagodzenia kary. I dokładnie to stało się w tej sprawie.
Wyrok nie zamyka sprawy. Skoro sąd i prokuratura uznały, że urzędniczki przekazały ważne informacje o innych czynach, to znaczy, że przed śledczymi mogą być jeszcze kolejne decyzje, kolejne przesłuchania, a być może także kolejne akty oskarżenia. Tym bardziej że w całej historii pojawiają się nazwiska osób z otoczenia lokalnej władzy, lokalnego biznesu i samorządu. Sprawa jest dalej prowadzona przez Prokuraturę Okręgową w Opolu i, jak mówią śledczy, ma jeszcze wiele bardzo poważnych wątków.
Dziś wiadomo jedno. Dwie urzędniczki zostały już skazane. Wiadomo też, że przez lata wyprowadzano z urzędu pieniądze na podstawie fikcyjnych faktur, nieistniejących zakupów i rozliczania towarów, których nikt nie widział, a gdy do urzędu weszła policja, podjęto próbę zatuszowania sprawy. Wiadomo wreszcie, że gdy system zaczął się walić, oskarżone zaczęły współpracować z prokuraturą i właśnie dlatego mogły liczyć na łagodniejsze potraktowanie.
Pozostaje jednak najważniejsze pytanie. Skoro, jak same opowiedziały śledczym, w tle były także inne przestępstwa, to kto jeszcze usłyszy zarzuty i kto jeszcze odpowie za to, co przez lata działo się w trzebnickim magistracie?
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze