Małgorzata Marek-Pruska
Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś koniecznie zainstaluj naszą aplikację, która dostępna jest na telefony z systemem Android i iOS.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Jestem nauczycielem z blisko 18 letnim stażem pracy. Jestem też rodzicem, którego dziecko przeszło przez wszystkie szczeble nauki (we Wrocławiu i w Trzebnicy). Postanowiłam odnieść się do Listu opublikowanego w ostatnim numerze Gazety „Nowa”, którego autorką jest nauczycielka zatrudniona w szkole w Zawoni. Pani Małgorzata pisze w liście między innymi o swoim bólu spowodowanym tym, że w szkolne życie wkrada się polityka przez małe „p”. Ponieważ sama od 3 lat jako radna w tej polityce przez nawet BARDZO małe „p” działam, zaczęłam się zastanawiać , o co może chodzić. I przyznam szczerze, nie wiem. Komisja Oświaty, której jestem członkiem, właśnie NIE CHCIAŁA do tej pory zająć się problemami szkoły zgłaszanymi przez rodziców. Mimo próśb kilku radnych. Między innymi dlatego uważam, że jest to polityka przez bardzo małe „p”. Ponieważ uważam, że radni (politycy) mają wręcz obowiązek rzetelnego przyjrzenia się warunkom, w jakich przebywają dzieci w szkole i w przedszkolu. Czas przejść do kolejnego aspektu listu. Jego autorka nazywa maile rodziców DONOSAMI „na wszystko i na nic”, utrudniającymi codzienną pracę. Jej zdaniem „Niepotrzebne są żądania […], służące chyba tylko tym, którzy mają zbyt dużo czasu, a wiedzy na temat szkoły tyle co brudu za paznokciem”. Tutaj odwołam się do mojego doświadczenia jako nauczyciela. W mojej szkole żadnemu z moich kolegów i koleżanek nie przyszłoby nawet do głowy, by nazywać sygnały, skargi, pytania zgłaszane przez rodziców naszych dzieci DONOSAMI. Nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby analizować, czy jakiś rodzic ma dużo, czy mało wolnego czasu, obrażać go. Nawet gdyby był w błędzie i nie rozumiał realiów szkolnych. Od tego są nauczyciele i dyrekcja, by starać się wszystko dokładnie wyjaśnić. Nie oznacza to oczywiście, że każdy rodzic zechce takie tłumaczenie przyjąć do wiadomości. Również dyrektorzy mojej szkoły nigdy nie robili z siebie ofiary, nie żalili się nikomu, że rodzice zwracając się z pytaniami zakłócają ich pracę. Po prostu świetnie znali swoje obowiązki i szanowali prawa rodziców. Pani Małgorzata uważa, że „Niepotrzebne są donosy pisane przez ludzi, którzy w tej szkole nie pracują i nie mają wiedzy o stanie faktycznym”. Pierwszy raz spotykam się z takim podejściem, że rodzic, który NIE PRACUJE w szkole, nie ma prawa dopytywać, prosić o wyjaśnienia w sprawach, które dotyczą jego dziecka. Autorka listu rzuca także cień podejrzenia na gazetę: „Czytam w gazecie Nowej, że w naszej szkole dzieci mają dostęp do jednej toalety”. No to proponuję przyjrzeć się faktom. Dziennikarka „Nowej” (nr 37) pyta panią wicedyrektor szkoły A. Andruszczak: „Otrzymaliśmy informację, że do dyspozycji dzieci jest tylko jedna toaleta. Jak wygląda sprawa korzystania z toalet w trakcie remontu?” Pani A. Andruszczak odpowiada: „Nieprawdą jest, że w szkole jest jedna toaleta. W szkole mamy 4 toalety plus 12 toalet na hali sportowej […]”. Od tego momentu zaczęłam się zastanawiać nad wiarygodnością autorki listu i czy to przypadkiem do niego nie wkradła się POLITYKA. List ukazał się praktycznie w przededniu święta Edukacji Narodowej i nie wystawia najlepszego świadectwa nauczycielom tej szkoły. Chcę jednak wierzyć, że ten głos - niechętny rodzicom, sugerujący, że nikt nie ma prawa narzekać, bo kiedyś było dużo gorzej, jest w środowisku nauczycielskim głosem odosobnionym. Zbyt wielu wspaniałych nauczycieli spotkałam w swoim życiu, żeby tracić w nich wiarę. Beata Kowalska