Reklama

[AFERA] Jak urzędniczki wyprowadzały kasę i kto im pomagał tuszować sprawę? Ujawniamy kulisy aktu oskarżenia


Urzędniczki czuły się bezkarne. Okradały nie tylko urząd, ale kupowały też artykuły spożywcze twierdząc, że to zakupy dla dzieci rodziców z problemami alkoholowymi. Jakby tego było mało, gdy sprawa wyszła na jaw, a w magistracie pojawili się policjanci, obie Panie namówiły radnego z ugrupowania burmistrza, by ten dostarczył im sprzęt, który poszukiwała policja. Radny przywiózł go w pewne miejsce. 



Dziennikarzowi „NOWej” udało zapoznać się z aktem oskarżenia wobec dwóch byłych urzędniczek Urzędu Miejskiego w Trzebnicy, a także aktem oskarżenia wobec lokalnego biznesmena, który miał pomagać w oszustwie. 

Opis czynów, jak i uzasadnienienie prokuratury nie pozostawia wątpliwości, że w urzędzie rozkradano majątek, posługiwano się fakturami za towary, których nie kupiono. W proceder zaangażowane były nie tylko urzędniczki, ale także firma męża jednej z nich, lokalny biznesmen, a także... radny z ugrupowania burmistrza Marka Długozimy. Z dokumentów wynika też jasno, że zaliczki pieniężne urzędniczki z kasy urzędu pobierały za zgodą i akceptacją Iwony D., a ta z kolei za zgodą i akceptacją samego burmistrza Marka Długozimy lub sekretarza Daniela Buczaka. Cały proceder trwał kilka lat.

Latami były bezkarne

Akt oskarżenia i uzasadnienie liczy kilkadziesiąt stron. Prokurator szczegółowo opisał przestępstwa, które popełniano. Z oczywistych względów nie będziemy publikować aktu oskarżenia, a także konkretnych danych, ale ze względu na ważny interes społeczny, na jego podstawie opiszemy w jaki sposób wyprowadzano pieniądze z budżetu gminy, do własnej kieszeni. 

Jest rok 2017. W Gminie Trzebnica władza Marka Długozimy i jego radnych jest niemal absolutna. Na 21 ówczesnych radnych 20-stu to radni z ugrupowania burmistrza. Jedna radna, która do rady dostała się z własnego komitetu już po kilku dniach głosowała tak jak pozostali. 

Przewodniczącym rady, tak jak i dzisiaj, został Mateusz Stanisz. Sesje miejskie trwały dosłownie kilka minut, bo na sali nie było żadnej opozycji. Nikt o nic nie pytał. W Komisji Rewizyjnej, jak i w pozostałych komisjach byli tylko radni z ugrupowania burmistrza. W efekcie, kontrole, które wówczas prowadzono były „prowizorkami”, których celem było wystawienie laurki dla burmistrza. Władza Marka Długozimy oraz jego towarzystwa była niemal absolutna. Nikt po za dziennikarzami z naszej redakcji nie patrzył władzy na ręce.



Problem w tym, że kontrola dziennikarska była mocno utrudniona, bo burmistrz robił wszystko aby utrudnić nam dostęp do dokumentów. Wynajął nawet dodatkowo specjalną kancelarię prawną, która miała szukać sposobów na nieudostępnienie nam dokumentów. W efekcie, wiele spraw trafiało do Wojewódzkiego oraz Naczelnego Sądu Administracyjnego, gdzie po latach udało nam się wygrać, ale co z tego, skoro dokumenty poznaliśmy dopiero po wielu miesiącach. 

Być może właśnie ten brak kontroli, brak transparentności oraz brak jakiejkolwiek opozycji w radzie sprawił, że nie tylko wierchuszka władzy, ale i urzędnicy poczuli się bezkarni i zrobili sobie z kasy urzędu prywatny bankomat.

Gdy dzisiaj o tamtym okresie rozmawiamy z niektórymi urzędnikami opowiadają, że doskonale pamiętają co wtedy działo się w urzędzie. 

Reklama

Lokalne celebrytki

- Była pewna grupa tak zwanych „celebrytek”. Wśród nich brylowała Iwona D. naczelniczka Wydziału Organizacyjnego Urzędu Miejskiego w Trzebnicy i jednocześnie pełnomocnik burmistrza od tak zwanej profilaktyki alkoholowej. Razem z nią zawsze była Grażyna P., jej zastępczyni. Obie w pewnym momencie zaczęły obnosić się z markowymi ubraniami. Widać było, że mają więcej kasy. Kiedy chciały to brały zaliczki z urzędowej kasy i szły na zakupy - opowiada nam urzędniczka, która do dzisiaj pracuje w trzebnickim magistracie, dlatego gdy z nią rozmawiamy, prosi o zapewnienie anonimowości. 

- Czy inni pracownicy widzieli, że coś jest nie tak? Moim zdaniem tak. Faktury na piekarniki, zamrażalki, mikrofale czy zakup drogich ekspresów do kawy, to nie bierze się z niczego. Do tego, tych zakupów było naprawdę sporo, a kwoty i faktury były powtarzalne - dodaje i mówi, że w gminie kupowano też mnóstwo drogich smartfonów w abonamentach, za które niewiele płacono: - Moim zdaniem wiele osób wiedziało, że są one pózniej przez urzędników sprzedawane, a kasa idzie do podziału.

Pytamy, czy faktycznie nikt nie kontrolował tych wydatków? Czy burmistrz, sekretarz czy skarbnik nigdy nie sprawdzali na co brane są zaliczki? Czy nie sprawdzali gdzie jest sprzęt, który rzekomo miał zostać kupiony?

Artykuł ukaże się w czwartek w tygodniku NOWa Gazeta Trzebnicka. Już dzisiaj możecie przeczytać go w całości
...

Płatny dostęp do treści

Spokojnie, ten tekst możesz przeczytać w całości. Dołącz do nas już teraz! Będziesz mógł czytać wszystkie teksty, bez ograniczeń. Sprawdź, co zyskasz.

Pozostało 74% tekstu do przeczytania.

Wykup dostęp

Aplikacja nowagazeta.pl

Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś koniecznie zainstaluj naszą aplikację, która dostępna jest na telefony z systemem Android i iOS.


Aplikacja na Androida Aplikacja na IOS

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 04/02/2026 15:37
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Zosia - niezalogowany 2026-02-04 15:48:39

    Iwonka nigdy nie szanowała wspólpracowników, więc przyszła kolej i na nią. Musi zaplacic za swoje zachowanie. Teraz siedzi jak szczur w norze nie bryluje już na Trzebnicy.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama