Reklama

[OTWIERAMY ARTYKUŁ] Jak urzędniczki wyprowadzały kasę i kto im pomagał tuszować sprawę? Ujawniamy kulisy aktu oskarżenia


Urzędniczki czuły się bezkarne. Okradały nie tylko urząd, ale kupowały też artykuły spożywcze twierdząc, że to zakupy dla dzieci rodziców z problemami alkoholowymi. Jakby tego było mało, gdy sprawa wyszła na jaw, a w magistracie pojawili się policjanci, obie Panie namówiły radnego z ugrupowania burmistrza, by ten dostarczył im sprzęt, który poszukiwała policja. Radny przywiózł go w pewne miejsce. 



Na prośbę Czytelników i ze względu na ważny interes społeczny, zdecydowaliśmy o otwarciu artykułu. Zapraszamy do przeczytania całego tekstu. Artykuł był opublikowany w tygodniku NOWa Gazeta Trzebnicka w dniu 5.02.2026

Dziennikarzowi „NOWej” udało zapoznać się z aktem oskarżenia wobec dwóch byłych urzędniczek Urzędu Miejskiego w Trzebnicy, a także aktem oskarżenia wobec lokalnego biznesmena, który miał pomagać w oszustwie. 

Opis czynów, jak i uzasadnienienie prokuratury nie pozostawia wątpliwości, że w urzędzie rozkradano majątek, posługiwano się fakturami za towary, których nie kupiono. W proceder zaangażowane były nie tylko urzędniczki, ale także firma męża jednej z nich, lokalny biznesmen, a także... radny z ugrupowania burmistrza Marka Długozimy. Z dokumentów wynika też jasno, że zaliczki pieniężne urzędniczki z kasy urzędu pobierały za zgodą i akceptacją Iwony D., a ta z kolei za zgodą i akceptacją samego burmistrza Marka Długozimy lub sekretarza Daniela Buczaka. Cały proceder trwał kilka lat.

Latami były bezkarne

Akt oskarżenia i uzasadnienie liczy kilkadziesiąt stron. Prokurator szczegółowo opisał przestępstwa, które popełniano. Z oczywistych względów nie będziemy publikować aktu oskarżenia, a także konkretnych danych, ale ze względu na ważny interes społeczny, na jego podstawie opiszemy w jaki sposób wyprowadzano pieniądze z budżetu gminy, do własnej kieszeni. 

Jest rok 2017. W Gminie Trzebnica władza Marka Długozimy i jego radnych jest niemal absolutna. Na 21 ówczesnych radnych 20-stu to radni z ugrupowania burmistrza. Jedna radna, która do rady dostała się z własnego komitetu już po kilku dniach głosowała tak jak pozostali. 

Przewodniczącym rady, tak jak i dzisiaj, został Mateusz Stanisz. Sesje miejskie trwały dosłownie kilka minut, bo na sali nie było żadnej opozycji. Nikt o nic nie pytał. W Komisji Rewizyjnej, jak i w pozostałych komisjach byli tylko radni z ugrupowania burmistrza. W efekcie, kontrole, które wówczas prowadzono były „prowizorkami”, których celem było wystawienie laurki dla burmistrza. Władza Marka Długozimy oraz jego towarzystwa była niemal absolutna. Nikt po za dziennikarzami z naszej redakcji nie patrzył władzy na ręce.



Problem w tym, że kontrola dziennikarska była mocno utrudniona, bo burmistrz robił wszystko aby utrudnić nam dostęp do dokumentów. Wynajął nawet dodatkowo specjalną kancelarię prawną, która miała szukać sposobów na nieudostępnienie nam dokumentów. W efekcie, wiele spraw trafiało do Wojewódzkiego oraz Naczelnego Sądu Administracyjnego, gdzie po latach udało nam się wygrać, ale co z tego, skoro dokumenty poznaliśmy dopiero po wielu miesiącach. 

Być może właśnie ten brak kontroli, brak transparentności oraz brak jakiejkolwiek opozycji w radzie sprawił, że nie tylko wierchuszka władzy, ale i urzędnicy poczuli się bezkarni i zrobili sobie z kasy urzędu prywatny bankomat.

Gdy dzisiaj o tamtym okresie rozmawiamy z niektórymi urzędnikami opowiadają, że doskonale pamiętają co wtedy działo się w urzędzie. 

Reklama

Lokalne celebrytki

- Była pewna grupa tak zwanych „celebrytek”. Wśród nich brylowała Iwona D. naczelniczka Wydziału Organizacyjnego Urzędu Miejskiego w Trzebnicy i jednocześnie pełnomocnik burmistrza od tak zwanej profilaktyki alkoholowej. Razem z nią zawsze była Grażyna P., jej zastępczyni. Obie w pewnym momencie zaczęły obnosić się z markowymi ubraniami. Widać było, że mają więcej kasy. Kiedy chciały to brały zaliczki z urzędowej kasy i szły na zakupy - opowiada nam urzędniczka, która do dzisiaj pracuje w trzebnickim magistracie, dlatego gdy z nią rozmawiamy, prosi o zapewnienie anonimowości. 

- Czy inni pracownicy widzieli, że coś jest nie tak? Moim zdaniem tak. Faktury na piekarniki, zamrażalki, mikrofale czy zakup drogich ekspresów do kawy, to nie bierze się z niczego. Do tego, tych zakupów było naprawdę sporo, a kwoty i faktury były powtarzalne - dodaje i mówi, że w gminie kupowano też mnóstwo drogich smartfonów w abonamentach, za które niewiele płacono: - Moim zdaniem wiele osób wiedziało, że są one pózniej przez urzędników sprzedawane, a kasa idzie do podziału.

Pytamy, czy faktycznie nikt nie kontrolował tych wydatków? Czy burmistrz, sekretarz czy skarbnik nigdy nie sprawdzali na co brane są zaliczki? Czy nie sprawdzali gdzie jest sprzęt, który rzekomo miał zostać kupiony?

- To były czasy, gdzie nasz burmistrz rządził niepodzielnie. Co powiedział „było święte”. Nikt się nie odzywał, nikt o nic nie pytał, bo nikt nie chciał podpaść. Wie Pan, zapytałabym, o to czy o tamto, to już bym była podejrzana. Już by mówiono, że jest wścibska, że wtyka nos w nie swoje sprawy. Tu naprawdę było wtedy „eldorado”. Zero radnych opozycyjnych, którzy mogliby o coś pytać - opowiada nam i daje: - Może właśnie dlatego te urzędniczki straciły czujność i wszystko się wydało. 

Faktycznie czytając akt oskarżenia, wydaje się, że w 2017 i 2018 roku zarówno Iwona D., jak i jej zastępczyni Grażyna P. czuły się kompletnie bezkarne. To one zawiadywały trzema lokalami, w których odbywały się spotkania osób uzależnionych i to one kontrolowały świetlice na wioskach. Iwona D. była też przewodniczącą komisji AA i pełnomocniczką burmistrza ds. profilaktyki i rozwiązywania problemów uzależnień. Do jej zadań należało między innymi zaopatrywanie tych miejsc w odpowiedni sprzęt.

Reklama

W pewnym momencie, urzędniczki zaczęły pobierać z kasy gminnej zaliczki, ale pieniądze zamiast na zakupy sprzętu, zaczęły wydawały na swoje prywatne cele. Problem tylko w tym, że z zaliczek trzeba się rozliczać. Kobiety wymyśliły więc system. Potrzebowały faktur, które później przedłożą do księgowości jako dokumenty rozliczające pobrane zaliczki. Powstał jednak problem skąd wziąć fakturę na sprzęt czy usługę i to taką, żeby nie wydawać pieniędzy na ich zakup. Rozwiązanie przyszło dość szybko. 

Znajomy "biznesmen"

W tamtym okresie wiele zleceń na gminę burmistrz i jego ludzie dawali „na gębę” czyli ustnie. Przetargi organizowano tylko wtedy, gdy wartość zamównienia przekraczała 30 tys. euro. Drobnica była zlecenia z wolnej ręki. A rozeznanie i badanie rynku? Przecież ktoś mógł mieć niższe ceny?

Reklama

- Takimi drobiazgami nikt sobie głowy nie zawracał. Zlecenie miała dostać firma wskazana przez włodarza. Nikt nie dyskutował, nikt o nic nie pytał - opowiada urzędniczka.

W ten właśnie sposób zlecenia z gminy otrzymał też Lesław K., dla przyjaciół "Lesiu". To były piłkarz, a obecnie trener. Lesiu prowadził też firmę usługową. Robił meble na zamówienie. Z tej racji, jak ustalił prokurator miał doskonałe kontakty z firmami handlującymi sprzętem AGD. Zresztą sam w nich zamawiał sprzęt dla swoich klientów.

Reklama

W sierpniu 2017 roku Iwona D. zapytała go, czy jest w stanie załatwić dla niej faktury na sprzęt, ale tak żeby samego sprzętu nie trzeba było kupować. Chodziło tylko o faktury. Lesiu na propozycję przystał. Zapewnił, że ma zaprzyjaźnione firmy z Wrocławia, więc faktury będą od nich na sprzęt, który on montuje ludziom w prywatnych domach.

Prokuratura potwierdziła, że w sprawie wspomnianych faktur, które były wystawione na Gminę Trzebnica, to on pilotował zlecenie i to on wszystko uzgadniał z firmami. 

Reklama

W ten sposób Iwona D. otrzymała od Lesia faktury na piekarnik, zamrażarkę czy na mikrofalówkę. Sprzęt nigdy nie trafił do obiektów gminy czyli świetlic, ale urzędniczki na ich podstawie rozliczyły zaliczki. Czasami kwoty na nich były większe, wtedy nadwyżkę kazały przelewać z konta gminnego na swoje konto prywatne. Dlaczego? Bo mówiły, że dołożyły do zakupów z własnej kieszeni, co oczywiście nie było prawdą. 

Podobne faktury, ale na dużo wyższe kwoty czyli na ponad 8000 zł, Lesiu załatwił Iwonie D. w roku 2018 i 2019. Znowu na niby kupowano mikrofalówki, piekarnik oraz regały, których oczywiście nikt nigdy nie zobaczył. Tak jak poprzednio, Lesiu faktury przekazywał Iwonie D. a urzędniczka ponownie w księgowości pokazała je do rozliczenia pobranej zaliczki. Tak jak poprzednio część pieniędzy kazała sobie przelać na konto prywatne. 

Reklama

Do układu wciągnęły koleżankę

Iwona D. i Grażyna P. w 2019 roku postanowiły „do spółki” wciągnąć kolejną urzędniczkę. To pracownica tego samego wydziału. Deal zaproponowały Monice K.-F., która była podwładną Iwony D. Dlaczego akurat jej złożyły propozycję? 

Prokurator twierdzi, że to nie przypadek. Okazało się, że mąż urzędniczki ma firmę usługową, która zajmuje się montażem mebli oraz kuchni na zamówienie. Szybko okazało się, że Monika, będzie bardzo przydatna, bo załatwi z firmy męża faktury na usługi, których nigdy nie wykonano. 

Reklama

I faktycznie Monika K.-F. nie tylko pobierała zaliczki, ale również dostarczała faktury, które, jak się później okazało, sama wystawiła z firmy męża na Gminę Trzebnica. Faktury opisywały rzekomo wykonane usługi. Oczywiście, żadnych usług nie robiono, ale z kasy gminnej pobierano pieniądze, a czasem nadwyżkę przelewano na prywatne konto Moniki. mechanizm doskonale już przetestowany. W ten sposób wyprowadzono kilka tysięcy złotych. 

Później okaże się, że Monika K.-F., w 2019 roku, zeznając jako świadek w prokuraturze, kłamała. Za to też dzisiaj ma postawione zarzuty. 

Reklama

Tymczasem Iwona D. oraz Grażyna P. były coraz bardziej pewne siebie. W pewnym momencie zaczęły pobierać zaliczki na inne, bardziej przyziemne zakupy. Brały kasę z gminy, a następnie szły do pobliskiego ówczesnego Centrum Market (późniejszy Lewiatan) lub do marketów PSS Społem i tam kupowały różne towary. Prokuratura ustaliła, że oficjalnie zakupy miały być dla dla świetlic opiekuńczo - wychowawczych i profilaktycznych. Ale produkty zamiast do świetlic trafiały do domów urzędniczek. Po prostu, obie Panie robiły sobie zakupy spożywcze za pieniądze gminy. 

Śledczy ustalili też, że czasami kupowały też jakiś prezent dla burmistrza Marka Długozimy, który on później wręczał rożnym gościom. Prawdopodobnie chodziło np. o drogi alkohol. 

Reklama

Z naszych informacji wynika też, że zakupy robiono w pobliskiej kwiaciarni, a faktury w ogromnych ilościach były wypisywane na gminę.

Policjanci wpadają do urzędu

Prawdopodobnie proceder trwałby przez kolejne lata, gdyby nie nagła akcja policji. Pod koniec listopada 2019 roku pod urząd podjechały samochody wrocławskiej policji z wydziału do Walki z Korupcją. Funkcjonariusze weszli do urzędu. Zaczęli żądać konkretnych dokumentów. Zabezpieczali też sprzęt komputerowy w tym dyski twarde. Kolejne ekipy funkcjonariuszy przeszukiwały różne pomieszczenia należące do gminy. Prawdopodobnie wiedzieli czego szukali bo w urzędzie zrobił się popłoch, gdy śledczy zaczęli sprawdzać faktury i chcieli zobaczyć zakupiony sprzęt. Nasza redakcja otrzymała wówczas informację od jednego z urzędników:

Reklama

- Przyjedźcie. W urzędzie zadyma. Wpadli policjanci - informował nas wówczas sygnalista. 

- Pamiętam, jak burmistrz kazał gdzieś pojechać swojemu kierowcy. Ten wyszedł bocznym wyjściem, a po pewnym czasie w pokoju na dole pojawił się komputer i drukarka, której tam wcześniej nie było - opowiadała nam urzędnik, który rownież pamięta wydarzenia sprzed kilku lat i który też prosi o zachowanie anonimowości. 

- Najbardziej śmieszyło mnie, jak nagle zaczęto szukać telefonów komórkowych, które były już dawno sprzedane. W pewnym momencie pojawiła się reklamówka telefonów, ale to były stare nic nie warte urządzenia, które ktoś przyniósł. Mnie powiedziano, że przyniósł je burmistrz, ale osobiście tego nie widziałem - opowiada nam urzędnik. 

Popłoch w urzędzie był ogromny. Iwona D. już wtedy wiedziała, że policjanci mogą zacząć sprawdzać sprzęt z fakturami. Problem tylko w tym, że sprzętu na stanie nie było. 

Znajomy radny

Wtedy Iwona D. przypomniała sobie, że jeden z radnych (imię i nazwisko znane redakcji - przyp. red.), prowadzi firmę, która między innymi handluje sprzętem AGD. Zresztą wcześniej Gmina Trzebnica zamawiała u niego różne towary AGD, choć było to wątpliwie prawnie, bo przecież radny nie może prowadzić interesów z gminą. Jednak w tamtym okresie nikomu to nie przeszkadzało, a dziennikarze o niczym nie wiedzieli. Z aktu oskarżenia wynika, że radny sprzęt AGD sprzedawał też urzędnikom do ich prywatnych domów. Kupowali np. ekspresy ciśnieniowe. 

Gdy policjanci zaczęli poszukiwać sprzętu, który był na fakturach z radnym skontaktowały się Iwona D. i Grażyna P. Telefonicznie uzgodniły z nim, że przywiezie im dwa piekarniki i chłodziarko - zamrażarkę w umówione miejsce. W rozmowach nie sprecyzowano czy odbiorcą będzie osoba prywatna czy gmina. 

Po pierwszym kontakcie pałeczkę przejęła Monika K.-F., która zadzwoniła do radnego i poleciła mu, aby sprzęt dostarczył 11 grudnia 2019 roku do miejscowości Jaźwiny, na teren nowo budowanego domu jednorodzinnego. Sprzęt odebrał tam pewien mężczyzna (znamy jego imię i nazwisko - przyp. red.). Czy zdążył go wypakować z samochodu czy może tylko przeniósł z jednego pojazdu na drugi? Tego w opisie aktu nie ma, ale wiemy, że po chwili otrzymał telefon od urzędniczki Moniki K.-F., która poleciła aby odebrany sprzęt przewiózł do budynku przy ul. Żołnierzy Września 19 w Trzebnicy, gdzie mieści się jedna z świetlic AA.

Jak ustalili śledczy po rozładowaniu piekarniki i chodziarko - zamrażarka zostały tam pozostawione. Gdy do pomieszczenia weszli policjanci, sprzęt był nawet nie rozpakowany. Była na nim, jeszcze folia ochronna. Co ciekawe radny dostarczając sprzęt zgodził się nie pobierać na razie zapłaty, bo urzędniczki miały powiedzieć, że fakturę wystawi im później.

Tymczasem o wizycie policji było coraz głośniej. O sprawie jako pierwsza informowała nasza gazeta. Ostatecznie Grażyna P. zapewne widząc co się wokół dzieje, ustaliła z radnym, że na sprzęt AGD wystawi po prostu bezimienny paragon. Na jego podstawie w połowie grudnia 2019 roku otrzymał przelewem od Iwony D. kwotę 3000 zł. 

Warto zadać pytanie czy radny wiedział komu i po co dostracza sprzęt? Czy nie dziwiło go, że urzędniczki nie wzięły faktury tylko poprosiły o paragon? I wreszcie czy wiedział, że zakupami i fakturami interesują się już śledczy, którzy w tamtym czasie przeszukiwali urząd?

Po przesłuchaniu innych świadków, w tym właścicieli wrocławskiej hurtowni śledczy ustalili, że dostarczenie sprzętu przez radnego miało na celu ukrycie niedoboru sprzętu wskazanego na fakturach, który w rzeczywistości nigdy nie był dostarczony do gminy.

Z radnym udało nam się skontaktować. Chcieliśmy poznać jego wersję wydarzeń, ale odpowiedział nam, że wszystko co miał do powiedzenia przekazał organom ścigania i nie ma nic więcej do dodania. 

Kolejne zatrzymanie i współpraca z śledczymi

W połowie grudnia 2019 roku podczas kolejnej wizyty policji na polecenie prokuratury zatrzymana została Iwona D. W 2021 roku zatrzymano też Monikę K.-F. Wobec obu urzędniczek zastosowano różne środki wolnościowe łącznie z zakazem kontaktowania się z urzędnikami i zakazem pracy, meldowaniem na policji czy poręczeniem majątkowym. 

W toku szeroko prowadzonego śledztwa obie urzędniczki złożyły obszerne zeznania. Ostatecznie urzędniczki przyznały się też do popełniania zarzucanych im czynów. Szczegółowo opisały śledczym cały mechanizm działania i wskazały z kim współpracowały przy oszustwie. 

W kontekście całej sprawy zupełnie inaczej wygląda postawa oskarżonego Lesława K., który nie przyznał się do zarzucanych mu czynów. Jednak w świetle zeznań innych świadków, Prokurator nie dał wiary jego wyjaśnieniom. 

W tym miejscu warto przypomnieć, że Lesław K. całkiem niedawno został trenerem pierwszej drużyny gminnej spółki GKS Polonia Trzebnica Sp. z o.o. Jego zatrudnienie przeprowadzono w dość kontrowersyjnych okolicznościach. Jak mówił nam ówczesny prezes, dostał polecenie od zwierzchnika, że spółka ma zawrzeć umowę z firmą żony Lesława K., w której to Lesio miał rzekomo wykonywać usługi trenerskie. Można więc powiedzieć, że firma jego żony stała się pośrednikiem w zatrudnieniu go jako trenera w gminnej spółce. Przypomnijmy, że funkcje właścicielskie w imieniu gminy pełnił w spółce burmistrz Marek Długozima. Ale to nie koniec.

Kilka dni temu nasza redakcja została poinformowana przez sygnalistę, że rodzina Lesława K. otrzymała kolejną fuchę w gminnej jednostce. Tym razem chodzi o jego żonę. I faktycznie gdy sprawdziliśmy te rewelacje, okazało się, że faktycznie żona Lesława K. została przez burmistrza powołana do pełnienia obowiązków dyrektora w jednej ze szkół podstawowych na terenie gminy. Powołanie nastąpiło bez żadnego konkursu. Tymczasem nasi rozmówcy twierdzą, że jest ona byłą katechetką i że nie ma żadnego doświadczenia w sprawowaniu takiego stanowiska.

Warto zadać pytanie czy burmistrz Marek Długozima wiedział, że Lesław K. jest oskarżony o poważne przestępstwa? I czy w tym kontekście nie przeszkadzało mu zatrudnianie go w charakterze trenera, przez firmę żony w gminnej spółce oraz zatrudnianie jego żony w charakterze p.o. dyrektora szkoły podstawowej? Mamy nadzieję, że burmistrz przy najbliższej okazji odpowie nam na te pytania. 

Wracając do urzędniczek, które przyznały się do popełnianych przestępstw. Prokuratura złożyła w sądzie wniosek o skazanie oskarżonych bez ich przesłuchiwania i o wymierzenie im wskazanej w akcie oskarżenia kary. Jak czytamy Iwona D. złożyła obszerne wyjaśnienia w których ujawniła też i przedstawiła istotne okoliczności, nieznane dotychczas organom ścigania, popełnienia przestępstwa kwalifikowanego z art. 228 par 1 zagrożonego karą powyżej 5 lat pozbawienia wolności. O jakim przestępstwie opowiedziała prokuratorowi i kto je popełnił? Tego nie wiemy ale wydaje się, że może być bardzo poważne, bo właśnie na podstawie tych zeznań prokurator zdecydował, że zachodzą przesłanki do nadzwyczajnego złagodzenia kary.  

Ponieważ ostateczna decyzja należy do Sądu nie będziemy na razie podawać jaką karę mają otrzymań oskarżone urzędniczki. W akcie oskarżenia wezwano też wielu świadków, w tym obecnych i byłych urzędników trzebnickiego magistratu.  Warto jednak dodać, że w przypadku Lesława K. przed sądem odbędzie się pełny proces karny.

I na koniec, w całej sprawie poszkodowanym jest Gmina Trzebnica, którą formalnie reprezentuje burmistrz Marek Długozima, ale na rozprawie pełnomocnikiem będzie adwokat, z którą burmistrz podpisał umowę, o której kiedyś pisała nasza redakcja. 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 11/02/2026 13:00
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Zosia - niezalogowany 2026-02-04 15:48:39

    Iwonka nigdy nie szanowała wspólpracowników, więc przyszła kolej i na nią. Musi zaplacic za swoje zachowanie. Teraz siedzi jak szczur w norze nie bryluje już na Trzebnicy.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Durna babo - niezalogowany 2026-02-08 12:54:02


    Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.

    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Hehehe - niezalogowany 2026-02-05 11:21:18

    Sługosz teraz będzie relacjonował jak Iwonka dawała gryza każdego ciasteczka burmistrzowi. Ciągle liczy, że ludzie kupią tą kupę.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama
Reklama