Przed Światowym Dniem Pszczoły odwiedziliśmy pasiekę Trzebnickie Wzgórza, prowadzoną w Brochocinie przez technika pszczelarza Tomasza Wabnitza. Pogoda nie dopisała, jest chłodno, więc pszczoły wydają się ospałe. Jednak gdy zaglądamy do jednego z uli, okazuje się, że wewnątrz praca wre!
Robotnice uwijają się na ramkach, a między nimi udaje się wypatrzeć najważniejszą pszczołę w roju. Królowa jest jeszcze młoda, wielkością nie różni się od reszty.
– Każdy jeden człowiek powinien wejść do ula i zobaczyć, jak się pracuje. To jest maszyna. Tutaj nikt się nie bije, nie szarpie, nie kłóci. One wszystkie pracują razem na jeden wspólny cel – opowiada pan Tomasz. – Oczywiście, zdarzają się konflikty, jeśli po lipie brakuje pożytku i nie mają co jeść, ale w sezonie nie ma na to szans.
Idziemy wzdłuż ustawionych w sadzie czereśniowym uli. To zaledwie część pasieki. Pan Tomasz ma obecnie pod opieką około stu pięćdziesięciu rodzin pszczelich, ukończył znaną szkołę zawodową dla pszczelarzy w Pszczelej Woli na Lubelszczyźnie. Jego miody – nawłociowy i rzepakowy – zdobyły liczne nagrody na konkursach pszczelarskich.
Początki tej pasji, która zmieniła się w sposób na życie, były skromne. Jak opowiada pan Tomasz, po rozwodzie szukał zajęcia, które wypełni mu czas. Zainteresował się hodowlą pszczół murarek. Do tej pory z sentymentu zachował zabezpieczoną przed ptakami drewnianą skrzynkę pełną łodyg trzciny. W nich składają jaja różne gatunki dzikich zapylaczy.
Jak mówi pan Tomasz, w pszczelarstwie ważne jest nieustanne poszerzanie wiedzy oraz uważna obserwacja własnej pasieki.
– Dowiaduję się dzięki pszczołom takich rzeczy, których inaczej bym się nie dowiedział – mówi. – Na przykład: one przewidują pogodę na miesiąc do przodu. Jeśli ktoś ma do tego zacięcie, pasję, dar, to to wszystko czuje. Takie to są niesamowite istoty!
Niezwykłym zjawiskiem według pana Tomasza jest też idealne dopasowanie cyklu kwitnienia różnych roślin i potrzeb pszczelich rojów.
– Zobaczyłem dzięki pszczołom, że te wszystkie kwiatki nie rosną dla ludzi. Tylko dla pszczół. A kwitnienie różnych roślin rozciąga się fazami od wiosny do samej jesieni. Nie wszystko razem w kumulacji, tylko po kolei, rozłożone w czasie. Wszystkie rośliny są dla zapylaczy, nie dla ludzi.
Pan Tomasz pokazuje z dumą kolejne ule, opowiada o tym, jak dostosować gospodarkę pasieczną do lokalnych warunków, własnych możliwości i potrzeb. Przekonuje też, że pszczół nie należy się bać. Jeżeli nie podejdzie się do ula – nic człowiekowi nie zrobią. Może się zdarzyć, że jakaś przysiądzie na stole albo nawet na naszym ubraniu. Nie należy wtedy panikować. Prawdopodobnie owad jest zmęczony. Próby uderzenia czy zabicia zmuszą go do obrony, a pszczele żądło jest szybsze niż ludzka ręka. Trzeba jednak pamiętać, że zapylacze nie lubią chemicznych zapachów.
– Gdy ktoś podchodzi do ula, a jest wyperfumowany, to tragedia, bo pszczoła ma lepszy węch niż pies.
Pan Tomasz tłumaczy, że nie należy się też obawiać wyrojonych pszczół. Najlepiej zostawić je w spokoju. Rój nigdy nie opuszcza ula w ciemno. Robotnice najpierw znajdują nowe miejsce do osiedlenia, a przed ruszeniem w drogę zabierają ze sobą nawet pięć kilogramów miodu. Jeśli przysiadły na drzewie w naszym ogrodzie – najpewniej zbierają siły przed dalszą podróżą. Za dwie - trzy godziny polecą dalej.
Rozmawiamy też chwilę o zagrożeniach, jakimi dla pszczół są opryski roślin. Pan Tomasz podkreśla, że w dobrym sąsiedztwie i porozumieniu można zarówno trzymać pszczoły, jak i dbać o uprawy. Wskazuje gestem na rzędy zdrowych, zadbanych czereśni i moreli.
– Mam sad, pryskam drzewa i pszczołom to nie szkodzi. Stosuję opryski, gdy kończy się oblot, czyli po dziewiętnastej, w pochmurny dzień trochę wcześniej. Wszystko trzeba robić z głową.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze