List do redakcji

669

Głos z pokoju nauczycielskiego

Jestem nauczycielką, pracuję w tym zawodzie już długo, przede mną emerytura… Uczę w szkole w Zawoni .

Gdy zaczęłam moją przygodę z nauczaniem, szkoła wyglądała inaczej niż dziś. W pokoju nauczycielskim o powierzchni może 6 m2 trzeba było niemal stać na baczność, bo nauczyciele podczas spotkań zwyczajnie się nie mieścili.. Toaleta była w murowanym wolno stojącym budyneczkiem na podwórzu. Podzielony był na kojce, na środku każdego ziała dziura… i odlane w betonie dwie stopy. W zimie podwiewało z tej dziury, luksusów nie było; o zapachach lepiej nie mówić. Było osobne wejście dla dziewcząt, osobne dla chłopców. Przez pół roku o tym nie wiedziałam i chodziłam na męską stronę…

Klasy były liczne, z pomocami naukowymi bywało różnie. Ale podstawą bardzo dobrego funkcjonowania był przyjazny kontakt pomiędzy nauczycielami a rodzicami i pomiędzy rodzicami a dyrekcją szkoły. Dzieciaki tak jak dziś, różne… Problemy i różnica zdań pomiędzy pokoleniami była zawsze i będzie, tak to jest. Ale pojawiające się trudne sytuacje były rozwiązywane na miejscu, wyjaśniane od razu. Rodzice pojawiali się na wezwanie wychowawcy, rozmowa na linii uczeń – rodzic – wychowawca, a czasem i dyrektor zazwyczaj wystarczała. Nauczyciel był szanowany, jego zdanie było przynajmniej rozważane, przemyślane i brane pod uwagę.

Czasy się zmieniają, wiem. Ale pewne sprawy – ważne sprawy – nie powinny. Szkoła, nauka, praca to ważne sprawy. Dla nas, nauczycieli i dla naszych uczniów to niemal całe życie. Być nauczycielem w dzisiejszej rzeczywistości jest zdecydowanie trudniej niż kiedyś.

Mimo wszystko staramy się, nasza praca jest powołaniem, a nie obowiązkiem. Staramy się pogodzić coraz większe wymagania rodziców, uczniów, Ministerstwa Edukacji Narodowej, a jednocześnie pracować jak najlepiej. Zawsze mając na uwadze dobro dziecka.

I dlatego boli, gdy w nasze szkolne życie wkrada się polityka, nawet jeżeli przez małe „p”.

Niepotrzebne są w naszej pracy donosy na wszystko i na nic, utrudniające codzienną pracę. Niepotrzebne są żądania nierealne w dzisiejszej rzeczywistości, służące chyba tylko tym, którzy mają zbyt dużo czasu, a wiedzy na temat szkoły tyle co brudu za paznokciem. Niepotrzebne są donosy pisane przez ludzi, którzy w tej szkole nie pracują i nie mają wiedzy o stanie faktycznym. Nic tak nie złości i nie wprowadza niepotrzebnej nerwowej atmosfery jak niczym nieuzasadnione podważanie kompetencji nauczycieli i dyrekcji szkoły. W konsekwencji obie panie dyrektor zajęte są odpisywaniem autorom donosów, ponieważ zjadliwe maile trafiają nie tylko do sekretariatu szkoły, ale i do Gminy, a także do Kuratorium Oświaty.

Czytam w Gazecie Nowej, że w naszej szkole dzieci mają dostęp do jednej toalety. Czy ktoś, kto tak twierdzi, pofatygował się do szkoły i sprawdził, czy tak jest? Zobaczyłby, że toalet jest aż nadto, w tym wyremontowane pięknie w nowym skrzydle, do których uczniowie mają dostęp, pomimo remontu. A może ten ktoś chodził do naszej szkoły i jeszcze pamięta czasy murowanego budyneczku? Choć nawet wtedy było toalet więcej niż jedna!

Czy w tym wszystkim chodzi o szkołę, tak naprawdę? I o dobro dzieci?

Ten rok szkolny dla nas – nauczycieli i uczniów naszej szkoły i naszego przedszkola – jest trudny. Mamy rozbudowę szkoły. Z powodów niezależnych od nas rozbudowa się opóźnia. W efekcie – jest ciasno, z konieczności wszyscy trenujemy – chodzenie w górę i w dół po schodach, wytrzymałość na chłód i niepogodę – bo zdążyć na lekcję trzeba… Zwiększona ilość dyżurów i to w różnych rejonach szkoły i naszego sporego szkolnego podwórka powoduje brak czasu na przerwach. Ale to wszystko minie, będziemy mieć piękną, nową szkołę, z nowymi dziewięcioma w pełni wyposażonymi pracowniami tematycznymi. Rozumieją to nauczyciele, rozumieją uczniowie. Czekamy cierpliwie. I chcemy, mimo wszystko, normalnie pracować, uczyć i wychowywać, cieszyć się każdym, nawet małym sukcesem naszej szkolnej społeczności. A tych sukcesów naprawdę nie brakuje, choćby bardzo dobrze napisany egzamin gimnazjalny. Ja naprawdę nie rozumiem, kto w dzisiejszej rzeczywistości może poświęcać tyle czasu na wypisywanie nieprawdziwych i często nieistotnych „faktów” związanych z naszą szkołą? I w jakim celu to robi?

Małgorzata Marek-Pruska

1 KOMENTARZ

  1. Jestem nauczycielem z blisko 18 letnim stażem pracy. Jestem też rodzicem, którego dziecko przeszło przez wszystkie szczeble nauki (we Wrocławiu i w Trzebnicy). Postanowiłam odnieść się do Listu opublikowanego w ostatnim numerze Gazety „Nowa”, którego autorką jest nauczycielka zatrudniona w szkole w Zawoni. Pani Małgorzata pisze w liście między innymi o swoim bólu spowodowanym tym, że w szkolne życie wkrada się polityka przez małe „p”.
    Ponieważ sama od 3 lat jako radna w tej polityce przez nawet BARDZO małe „p” działam, zaczęłam się zastanawiać , o co może chodzić. I przyznam szczerze, nie wiem. Komisja Oświaty, której jestem członkiem, właśnie NIE CHCIAŁA do tej pory zająć się problemami szkoły zgłaszanymi przez rodziców. Mimo próśb kilku radnych. Między innymi dlatego uważam, że jest to polityka przez bardzo małe „p”. Ponieważ uważam, że radni (politycy) mają wręcz obowiązek rzetelnego przyjrzenia się warunkom, w jakich przebywają dzieci w szkole i w przedszkolu.
    Czas przejść do kolejnego aspektu listu. Jego autorka nazywa maile rodziców DONOSAMI „na wszystko i na nic”, utrudniającymi codzienną pracę. Jej zdaniem „Niepotrzebne są żądania […], służące chyba tylko tym, którzy mają zbyt dużo czasu, a wiedzy na temat szkoły tyle co brudu za paznokciem”.
    Tutaj odwołam się do mojego doświadczenia jako nauczyciela. W mojej szkole żadnemu z moich kolegów i koleżanek nie przyszłoby nawet do głowy, by nazywać sygnały, skargi, pytania zgłaszane przez rodziców naszych dzieci DONOSAMI. Nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby analizować, czy jakiś rodzic ma dużo, czy mało wolnego czasu, obrażać go. Nawet gdyby był w błędzie i nie rozumiał realiów szkolnych. Od tego są nauczyciele i dyrekcja, by starać się wszystko dokładnie wyjaśnić. Nie oznacza to oczywiście, że każdy rodzic zechce takie tłumaczenie przyjąć do wiadomości. Również dyrektorzy mojej szkoły nigdy nie robili z siebie ofiary, nie żalili się nikomu, że rodzice zwracając się z pytaniami zakłócają ich pracę. Po prostu świetnie znali swoje obowiązki i szanowali prawa rodziców.
    Pani Małgorzata uważa, że „Niepotrzebne są donosy pisane przez ludzi, którzy w tej szkole nie pracują i nie mają wiedzy o stanie faktycznym”. Pierwszy raz spotykam się z takim podejściem, że rodzic, który NIE PRACUJE w szkole, nie ma prawa dopytywać, prosić o wyjaśnienia w sprawach, które dotyczą jego dziecka.
    Autorka listu rzuca także cień podejrzenia na gazetę: „Czytam w gazecie Nowej, że w naszej szkole dzieci mają dostęp do jednej toalety”.
    No to proponuję przyjrzeć się faktom. Dziennikarka „Nowej” (nr 37) pyta panią wicedyrektor szkoły A. Andruszczak: „Otrzymaliśmy informację, że do dyspozycji dzieci jest tylko jedna toaleta. Jak wygląda sprawa korzystania z toalet w trakcie remontu?” Pani A. Andruszczak odpowiada: „Nieprawdą jest, że w szkole jest jedna toaleta. W szkole mamy 4 toalety plus 12 toalet na hali sportowej […]”.
    Od tego momentu zaczęłam się zastanawiać nad wiarygodnością autorki listu i czy to przypadkiem do niego nie wkradła się POLITYKA. List ukazał się praktycznie w przededniu święta Edukacji Narodowej i nie wystawia najlepszego świadectwa nauczycielom tej szkoły. Chcę jednak wierzyć, że ten głos – niechętny rodzicom, sugerujący, że nikt nie ma prawa narzekać, bo kiedyś było dużo gorzej, jest w środowisku nauczycielskim głosem odosobnionym. Zbyt wielu wspaniałych nauczycieli spotkałam w swoim życiu, żeby tracić w nich wiarę.
    Beata Kowalska

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here