Sześćdziesiąt lat minęło jak jeden rok

218

Wiosna 1945 roku. Wielka wędrówka ludów. Pociągi towarowe, pół osobowe i wszelakie inne sunęły ze wschodu na zachód i z zachodu na wschód. Odbywały się wielkie powroty wojennych wysiedleńców do tak zwanego, z niemiecka „Kraju Warty”, by znów osiąść na swoim. A wraz z nimi jechały dalej na zachód rodziny, z zubożałych terenów Polskich, by znaleźć miejsce do życia na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych.

 W drugiej połowie 1945 roku rozpoczął się wielki przemarsz ludności zaburzańskiej na zachód. Wśród tysięcy rodzin przesiedleńców znalazła się rodzina Wszołków, która z Winniczek spod Lwowa, po tułaczce i przejściach osiadła w Trzebnicy.

Inna rodzina, żołnierska rodzina Pasternaków, przewieziona została z Baranowa (pow. Puławy) do Lubania Śląskiego, by ostatecznie osiąść w Pisarzowicach. Jan Pasternak służąc w jednostce dosłużył się stopnia oficerskiego – porucznika. – W taki sposób ja, mama i dwie moje siostry już w kwietniu 1945 roku byliśmy w Lubaniu. – Wspomina Zofia. Z rodzin Wszołków ośmioletni Augustyn, a u Pasternaków Zofia, Julianna, jako dzieciaki rozpoczęli marsz ku wiedzy i zawodowym umiejętnościom.

 Ich drogi zeszły się w 1956 roku, już w dorosłym życiu w Trzebnicy. On jako fachowiec od obróbki metali i mechaniki a ona jako pielęgniarka, zapatrzeni w siebie, już po roku wzięli ślub (1957).

Mamy rok 2017. I tak w tym roku w ich wspólnym pożyciu zameldowało się sześćdziesięciolecie. Ta rocznica jest też okazją by powspominać.

NOWa: Pani Zofio, jak zapamiętała Pani przeżyte lata? 

– Najgłębiej tkwią w pamięci lata młodości. Była jeszcze wojna, a my już zamieszkaliśmy w Lubaniu. Mój ojciec był podoficerem i wojsko przetransportowało nas tam. Po wojnie podobnie jak inne dzieci uczyliśmy się. Ja ukończyłam szkołę pielęgniarek w Kłodzku i dostałam nakaz pracy w Trzebnicy, w sanatorium dziecięcym. I tak w 1956 roku rozpoczęłam tu pracę. W sumie zebrało się tej pracy ponad trzydzieści pięć lat. Z mężem poznaliśmy się w 1946 roku i pobraliśmy się w 1957 r. Lubiłam pracować z dziećmi i taką pracę wykonywałam. Przeszłam wszystkie działy i stanowiska pracy pielęgniarskiej. Zawsze miałam wokół siebie przyjazne koleżanki i przełożonych. Mile wspominam ten czas i ludzi.

NOWa: Augustynie kolej na Ciebie. Jak to się toczyło u Ciebie?

– Choć z Winniczek spod Lwowa wyjechaliśmy w 1945 roku, to do Trzebnicy przybyliśmy w 1946 roku. Zamieszkaliśmy na ul. Długiej (Daszyńskiego). Moim obowiązkiem, jako chłopca była nauka. Zresztą wszyscy młodzi chcieli się uczyć. Po ukończeniu jedynki w Trzebnicy rozpocząłem i ukończyłem Zasadniczą Szkołę Ślusarstwa Maszynowego w Obornikach Śl. Był to czas stałego doskonalenia się zawodowego. Już w pracy zawodowej ukończyłem wiele kursów, zdobywając dodatkowe kwalifikacje. Ostatni kurs skończyłem w 1987 roku. Tak z ucznia stawałem się mistrzem rożnych specjalności. Pracę z nakazu pracy rozpocząłem w Rejonie Eksploatacji Dróg Publicznych, a potem w POM Trzebnica i we Wrocławiu by dłużej pracować w Spółdzielni Metalowiec. Tak z chłopca stałem się mężczyzną. W 1956 roku dostrzegłem, a może mnie dostrzeżono, piękną dziewczynę. Przyjechała do Trzebnicy z okolic Lubania z nakazem pracy do P.P Uzdrowisko Trzebnica jako pielęgniarka. Była to Pasternak Julianna Zofia. Po roku 15 lipca 1957 roku wzięliśmy ślub.

– I zamieszkaliśmy w służbowym mieszkanku. –  tu pani Zofia dodała.

 NOWa: Augustynie, rozmawiamy tak, jak byśmy pisali życiorys do pracy, a życie jest bogatsze. Co pamiętasz z życia rodzinnego i społecznego? 

– Nie o wszystkim chce się mówić, nie wszystko też się pamięta. Najlepiej pamięta się lata dziecięce. Do końca będę pamiętał nasz wyjazd spod Lwowa. Proponowano nam przyjęcie obywatelstwa radzieckiego. Odmówiliśmy. Postanowiliśmy opuścić dom rodzinny i udać się na zachód. Nocami, w pełnej tajemnicy pakowaliśmy swój skromny,  uszczuplony przez wojnę dobytek. Samochodem jechaliśmy do Dawidowa na stację kolejową. Tam już wzdłuż torów kolejowego, na bocznicy czekali podobni do nas, oczekujący pierwszego pociągu. Transport do Dawidowa zorganizowała mama, a pomogli jej zwykli żołnierze radzieccy. Oczekiwanie na transport kolejowy przedłużył się do dwóch tygodni. Padały deszcze i było bardzo zimno. Ze skrzynek, dzięki pomocy wujka Tadka i dziadka Karola sklecono dziuple, w której mogły spać dzieci. Dorośli musieli czuwać by nie zaskoczyła nas i innych ukraińska Bandera. Po dwóch tygodniach nadjechał pociąg. Załadunek i ruszyliśmy na zachód, w kierunku Przemyśla. Dojechaliśmy do pierwszej stacji przeładunkowej do Radymna – Sośnica. Podróż trawa trzy doby, a ciągle padały deszcze, zalewając ludziom wszystko co mieli. Wagony były różne, od krytych towarowych, bydlęcych, węglarek po zwykłe płaskie lory. Mieliśmy szczęście, bo jechaliśmy w krytym wagonie. Jechaliśmy wraz z 12-14 rodzinami. Dotarliśmy do Sośnicy i tam zamieszkaliśmy. Strach przed bandami upa i pożarami domostw. Mieszkaliśmy tu około 4 tygodnie. Postanowiliśmy udać się na Ziemie Zachodnie. Nie będę opowiadał szczegółów tej podroży. Znaleźliśmy się w Kępnie i w tej okolicy mieszkaliśmy do wiosny 1946 rok. Następna nasza podróż to Wrocław i Trzebnica.

W życiu zawodowym działo się różnie. Zaś w rodzinnym były dobre lata i bardzo trudne. Żona chorowała. Straciliśmy syna. Ale powoli dorabialiśmy się lepszych warunków bytowania i lepszych mieszkań, by ostatecznie zamieszkać na stałe na ul. Słonecznej. Mamy syna Karola z żoną Anną i wnuka Mariusza, dzisiaj już doktora nauk społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Syn prowadzi działalność gospodarczą. Jesteśmy emerytami. Zapragnęliśmy z żoną odwiedzić moje rodzinne strony. W 2001 roku udaliśmy się z wycieczką do Lwowa i przy okazji odwiedziłem Winniczki i swój rodzinny dom. Potem bywałem tam jeszcze kilka razy. Jesteśmy zdrowi tego życzymy wszystkim.

Rozmawiał Władysław Ruszkiewicz

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here