Jak wyglądał „Sylwester” 70 lat temu, w naszym powiecie?

205

My, 70-latkowie witając obecnie Nowy Rok często zastanawiamy się, jak witali w Trzebnicy nadchodzący rok, nasi rodzice czy znajomi, podczas wprowadzania się do nowych domów, miast czy wsi, podczas osiedlania się w niedostatku i zagubieniu. Nas dopiero urodzonych i czekających na światło dzienne nie martwiły kłopoty rodziców, co najwyżej oznajmialiśmy otoczeniu, że jesteśmy lub będziemy.

Nasi rodzice niechętnie wspominali pionierskie czasy, jakby wstydząc się swych kłopotów i swej nieporadności. Ale docierały do nas przecieki z tamtych czasów, uzyskiwane podczas sąsiedzkich pogaduszek. Z czasem otwierały się dusze i języki, mówiono i pisano.

W grudniu 1946 do powiatu przybyło 51 rodzin, w tym 45 rodzin repatrianckich i 6 z Niemiec i Francji. Ich sytuacja była bardzo trudna. Brakowało im żywności i opału. Co prawda władze miejscowe udzielały pożyczek, ale sklepy były prawie puste, zaś okoliczni sąsiedzi byli osobami obcymi. Ta obcość najbardziej dawała się we znaki dla rodzin przybyłych z terenów zabużańskich. Urząd Repatriacyjny nie posiadał zapasów żywnościowych, mogących zaspokoić podstawowe potrzebny przybyłych.

Powiat wkroczył w nowy rok z działającymi szkołami, działającymi instytucjami pomocy społecznej, zakładami pracy, sołectwami, tworzącymi się jednostkami straży pożarnej oraz organizacjami społecznymi i parafiami. Całe to otoczenie pozwalało na zaistnienie i powolne urządzanie się. Jak informowało starostwo najtrudniej żyło się mieszkańcom miast. Stąd jeszcze w 1946 roku ruszył, mówiąc dzisiejszym językiem program ogródkowy. Rodziny otrzymywały działki, a zimą obdzielano najuboższych zebraną na wsiach żywnością. Na wsiach było łatwiej.

Jak pisał Józef LackorzyńskiWybory sołtysów nie były administracyjną formalnością. Dzięki nim bliżej poznawaliśmy mieszkańców wsi i ich problemy… A przecież przed nami stał problem – przeprowadzenie wiosennych prac polowych… Wiadomo chodziło o zapewnienie wyżywienia.

Jak wrastała rodzina opisuje Antoni Łakomiec. – W marcu 1946 roku sprowadziłem do Pawłowa mają Gienię z dwumiesięczną już córeczką. Aby było mleko dla dziecka kupiłem od Bronisława Króla z Trzebnicy kozę, a kilka miesięcy później dostałem poniemiecką krowę. Kozę kupił ode mnie ktoś inny.. Na targu w Kiecach dokupiłem dwa prosiaki i przewiozłem bagażem w pociągu. To już było gospodarstwo jak się patrzy…Inne życie, inne spojrzenie.

Halina Chęcińska, mieszkanka Obornik Śląskich pamięta tamte lata. – Lato 1946 roku było radosne i optymistyczne… Pierwsze wakacje i promocja do III klasy. Nowy rok szkolny i Gimnazjum Ogólnokształcące w Trzebnicy…Na wstępie doznałam rozczarowania. Wszystko to było inne niż w Lesznie. Kompleks szkolny wraz z internatem, kuchnią i stołówką sprawiał smutne wrażenie… Rozlokowano nas w salach 8 lub 9 osobowych. Umeblowanie koszarowe i żelazne łóżka, stare szafki, stół do odrabiania lekcji i ławki.. W kącie stał żelazny piecyk oraz stołek z miską służącą do mycia i prania… Wyżywienie było skromne. Na śniadanie i kolację podawano suchy chleb oraz kawę zbożową z mlekiem. Chleb choć nieposmarowany, smakował jak marcepan. Byłyśmy stale głodne… Do Obornik Śl. chodziliśmy pieszo… Idąc gromadnie, obowiązkowo należało wdrapać się na wysoką wieżę stojącą tuż za Trzebnicą… Pani Halina dodała że wałówkami od rodzin dzieliły się wspólnie, bo różnie było u różnych dziewczyn. Nie było zwyczaju noworocznego świętowania.

A spytany o tamte czasy dzisiejszy 80-latek, odpowiada – W tamtych czasach na Boże Narodzenie było ciasto, bo było wspaniale, a o świętowaniu nowego roku to owszem, czasem starsi się spotykali. O balowaniu to dopiero w późnym PRL – u można mówić.

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here