Rozbiórka w Muzeum w Marcinowie

112
Francuzi nie chcieli uwierzyć, w to co usłyszeli

Marcinowo – spokojna, cicha wioska, nieopodal Trzebnicy. Tu mieści się Małe Muzeum Ludowe u Kowalskich, choć małe jest tylko z nazwy – w swoich zasobach ma ponad 4,5 tys. egzemplarzy, o których niejedno muzeum etnograficzne mogłoby li i jedynie pomarzyć. Niestety, w ciągu ostatnich kilku miesięcy część eksponatów bezpowrotnie uległa zniszczeniu – właściciel muzeum, Marian Kowalski musiał zlikwidować część muzeum, bo sąsiadowi przeszkadzał… daszek z poliestru.

Dziś po tej sali nie zostało już nic
Dziś po tej sali nie zostało już nic

O niezwykłej historii rodziny Kowalskich i ich kłopotach z sąsiadem i powiatowym inspektorem nadzoru budowlanego pisałam we wrześniu. Przypomnę więc krótko – Marian Kowalski rozbudował swoje muzeum, kładąc daszek z poliestru między istniejący budynek i mur dzielący posesje. To nie spodobało się sąsiadowi, który złożył zawiadomienie do Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego w Trzebnicy, że daszek jest samowolą budowlaną i, choć orynnowany, zalewa mu działkę.

Inspektor Maciej Rataj, stwierdził, że połączenie budynku z murem, za pomocą daszku było nielegalną rozbudową i nakazał ją rozebrać lub zalegalizować za – bagatela – 25 tys zł. Kowalscy odwoływali się od tej decyzji – bezskutecznie. Prawo jest nieubłagane: nieważne, czy muzeum, kasyno czy kurnik, nie ma pozwolenia na budowę, znaczy jest samowola, a skoro jest samowola, to trzeba ją zlikwidować. Nałożono na nich grzywnę w wysokości prawie 100 tys zł w celu przymuszenia do rozbiórki.

Mur też trzeba rozebrać
Mur też trzeba rozebrać

Kiedy byłam w Marcinowie we wrześniu, Marian Kowalski ściągał właśnie ów feralny daszek z, jak sam mówi, „pleksy”. Ponad 300 przedmiotów, umieszczonych w „nielegalnej” sali przeniósł gdzie bądź, część uległa zniszczeniu, inne, złożone na podwórku, przykryte prowizorycznie folią, zapewne nie przetrwają zimy.

Nie dość na tym, jak się okazało, usunięcie daszka nie wystarczyło – powiatowy inspektor nadzoru budowlanego nakazał także rozebrać mur, dzielący posesję Kowalskich od sąsiada, choć, jak twierdzą Kowalscy, sąsiadowi mur nie przeszkadzał…

Przyjechałam do Marcinowa w ciepłe, choć grudniowe popołudnie. Od razu na stół wjechał chleb ze smalcem i herbata. Czy dlatego, że jestem kimś ważnym, lubianym? Nie – Kowalscy wyznają zasadę: gość w dom Bóg w dom, głodnego nakarmić, a spragnionego napoić. Proste, a jakże rzadko dziś spotykane… Marian Kowalski odłożył narzędzia. Jeszcze przed chwilą niszczył nimi  mur, który dwadzieścia lat temu własnoręcznie stawiał: – Muszę to rozebrać, ale ja się nie poddam, będę swoje muzeum tworzył dalej. Można mnie zwyciężyć, ale nie pokonać – cytuje mi Ernesta Hemingwaya człowiek, który ma 78 lat i z ręką na temblaku rozwala mur, bo tak nakazują przepisy.

Robię zdjęcia. Za plecami słyszę zbliżające się kroki – to zabłąkana para francuskich turystów, która skręciła z Drogi Krajowej nr 5, bo słyszała, że tu jest muzeum. Początkowo, widząc narzędzia budowlane, są przekonani, że trwa rozbudowa muzeum. Kiedy krótko wyjaśniam im sytuację, kiwają głowami z niedowierzaniem: – Słyszałem, że w Polsce dzieją się dziwne rzeczy, ale w to nie wierzyłem, chcesz mi powiedzieć, że sąsiad ma pretensje, a ty musisz zniszczyć swoje skarby? To jest twoja ziemia czy sąsiada? – łamaną polszczyzną pyta z niedowierzaniem Francuz. Pan Marian zaprasza ich do środka, pokazuje swoje zbiory.

Francuzi, lekko zszokowani bezpretensjonalną gościnnością gospodarza, dali się wciągnąć do sali z pianinem. Na mnie już czas. Zamykając drzwi muzeum słyszę pierwsze takty „Marsylianki” i słowa:  Que veut cette horde d`esclaves

De traîtres, de rois conjurés? Cóż chce służalczy tłum i zmowy ludzi, co zdradę wszędzie ślą…

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here