Piotr Ślęzak na maratonie w Amsterdamie z czasem 2:38:49

52

NOWa:  Pisze Pan bloga, prowadzi profil na Facebooku, ale o ostatnim starcie w maratonie nie poinformował Pan wcześniej, tak jak zwykle. Dlaczego start był tajemnicą?

Piotr Ślęzak: – Zgadza się piszę na moim blogu www.stestuje.pl o wszystkim co dotyczy biegania, o przygotowaniach na różnych dystansach. Poruszam tematy od tych najprostszych do tych najtrudniejszych, o których czasami ciężko się pisze czy mówi. Motywuję także innych ludzi do aktywności fizycznej, podpowiadam kiedy, ile i jak należy biegać. Tym razem jednak nie chciałem nikomu mówić o starcie w maratonie tak jak w zeszłym roku. Nie jestem jeszcze na tyle doświadczonym biegaczem, by wytrzymać tak wielką presję, jaka na mnie ciążyła. O moim starcie w Amsterdamie wiedziała garstka osób. Moja żona, rodzice, fizjoterapeuta i najbliżsi przyjaciele. Powiem szczerze, że nawet rodzice dowiedzieli się dość późno, aby nie stresowali się przygotowaniami, bo są one zawsze cięższe niż te standardowe, do krótszych biegów. Jeśli ktoś z czytelników gazety Nowej biega i chciałby trenować ze mną jest taka możliwość. Wystarczy napisać na Facebooku – Piotr Ślęzak – życie to bieganie lub na stestuje@stestuje.pl

 

NOWa: Jak długo przygotowywał się Pan do tego startu?

PŚ: – Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Mogę powiedzieć że około 8 lat, bo wtedy zacząłem biegać i wtedy własnie chciałem pobiec maraton, ale nie zrobiłem tego. Czekałem, czekałem i w zeszłym roku spróbowałem pobiec Maraton Warszawski, który zakończył się dla mnie całkowitą porażką – 3:03:11 – jak na mój poziom była to całkowita klapa. Dwa miesiące po tym męczyłem się z tzw. depresją biegową. Nie chciało mi się biegać, ale tak naprawdę biegałem z zaciśniętymi zębami. Nie chciałem już więcej biec maratonu. Ten dystans uczy pokory, rozwagi i czasami działa na nas druzgocąco. Po tamtym starcie wyciągnąłem wiele wniosków i koło marca tego roku zapisałem się do Amsterdamu. Wiedziałem, że nikt z naszych krajowych biegaczy, moich konkurentów nie będzie śledził tamtejszych list startowych i miałem święty spokój w przygotowaniach.

Ostateczne przygotowania przed maratonem rozpocząłem 10 lipca ważąc 69,7 kilograma. Biegałem około 100 – 110 kilometrów w tygodniu. Ostatnio na blogu poświęciłem także cały wpis, na temat diety maratońskiego, warto go przeczytać.

Start zaplanowany był na 18 października. W tym czasie schudłem do 62 kilogramów, przepracowałem wzorowo wszystkie tygodnie. Nie byłem chory, a forma rosła z tygodnia na tydzień. Pierwszym przebłyskiem był start w Krynicy gdzie pobiegłem 10 km z górki w 32:06. Na drugi dzień startowałem jeszcze w półmaratonie, gdzie treningowo po górach uzyskałem czas 1:20:45. Wiedziałem, że wszystko idzie w dobrym kierunku.

 

NOWa: Jak wyglądał bieg? Czy zagraniczne zawody różnią się od krajowych, czy organizacja jest inna?

PŚ: – Na pewno był to inny bieg niż wszystkie dotychczas, bo biegło mi się znakomicie. Moim zdaniem wiele polskich imprez takich jak Orlen Warsaw Marathon czy Maraton Warszawski, coraz bardziej Maraton Wrocławski są na dobrej drodze, aby być na podobnym poziomie, co maratony zagraniczne. Doskonale zorganizowane biuro zawodów – na 13 tys. uczestników – obsługiwało tak biegaczy, że w ciągu 30 sekund miałem swój numer. Chwilę musiałem stać by odebrać koszulkę techniczną Mizuno. Pakiety startowe są na pewno droższe niż w Polsce. Ten w Amsterdamie kosztował 79 euro, była w tym koszulka, numer, medal i ulotki.

Po odebraniu numerów obowiązkowo trzeba było zobaczyć maratońskie expo. Wyglądało ono zdecydowanie lepiej niż u nas. Firmy prezentowały tu nowości, zachęcały do zakupów pięknymi stoiskami i fachową poradą. Nie wygląda to jak u nas, gdzie najczęściej można trafić okazję. Tutaj wszystko jest w regularnych cenach, a do tego często możemy kupić produkty, które normalnie w sklepie będą dostępne dopiero za kilka tygodni. Podobało mi się, że firma Mizuno – główny sponsor – przekazywał z każdej sprzedanej pary Mizuno Wave Rider 19 – 29 euro na cele charytatywne. Myślę, że to fajny pomysł.

Sam bieg rozgrywany był w niedzielę, a start nastąpił o 9:30. Idealnie przygotowano strefy startowe, nikt się nie pchał, obsługa pilnowała, aby przypadkiem nikt nie znalazł się w tym miejscu co nie trzeba.

Ustawiam się zaraz za czołówką. Na 2 min przed startem zrzucam starą bluzę, która miała spełniać rolę docieplenia. Wszystko co do sekundy, ruszamy. Na początku nie jestem w stanie złapać tempa, nie wiem czy biec z grupą, która biegnie trochę szybciej niż zakładam czy zostać? W końcu zostaję, kolejne osoby mijają mnie. Dopiero koło 8 kilometra formuje się 5-6 osobowa grupa, która współpracuje ze sobą. Nie biegniemy jednak długo razem, bo tylko do 16 – 17 kilometra. Wtedy moja grupa zostaje, a ja zaczynam samotną podróż do mety. Osoby, które wyprzedziły mnie na początku słabną, a ja mijam je z uśmiechem na ustach. Pierwsze 25 kilometrów biegu zlatuje mi jak podczas treningu. Później wyznaczam sobie już tylko osoby, które mam wyprzedzić i pędzę do mety. Nie czuję ściany, kryzysu, a drugą część maratonu przebiegam szybciej niż pierwszą. W tym dniu idealnie rozłożyłem siły i wszystko ułożyło się w jedną całość dając na mecie wynik 2:38:49. To był mój najlepszy bieg jaki sobie przypominam. Nie miałem problemów na trasie, byłem na fali przez cały dystans biegu.

 

NOWa: Jest Pan zadowolony ze swojego wyniku. O ile poprawił Pan wynik?  

PŚ: – Jestem strasznie zadowolony. W 2014 pobiegłem w Warszawie 3:03:11, co okazało się totalnym niewypałem, ale wyciągnąłem z tej lekcji wiele dobrego. Nie wiem czy ktoś w naszej okolicy biegał równie szybko, pewnie tak, ale nie mam takich informacji. Ostatnie lata były dla mnie dość słabe. Nie potrafiłem się zebrać w sobie, biegałem za dużo i traciłem energię na niepotrzebne kilometry. Czasami trzeba zoptymalizować swoje działania, podejście, układ treningowy. Trzeba zrobić tak zwany krok w tył, aby pójść dwa kroki do przodu. Wróciła moja dawna motywacja, siła i chęć do biegania. Jeśli chodzi o maratony, to wiek między 25 – 37 rokiem życia jest najbardziej efektywny dla tej dyscypliny.

Na pewno nie będę biegał więcej niż 1-2 maratony w roku, bo zależy mi na poziomie sportowym, a nie na ilości. Marzy mi się kiedyś wynik na poziomie 2:20 ale czy mi się to uda? Tego nie wiem. Jeśli zdrowie dopisze to kiedyś spróbuje. Skoro w tym roku udało się poprawić o 25 minut to i pewnie za 3 – 4 lata uda się zrobić kolejne kroki, które zbliżą mnie do celu. Przypomnę, że swój wynik uzyskałem normalnie pracując i prowadząc bloga.

 

NOWa: Taki start to wielki wysiłek dla organizmu. Również energetyczny. Sporo Pan ostatnio schudł. Jak należy się odżywiać przy tak dużym zapotrzebowaniu na kalorie?

PŚ: – Mój klucz do sukcesu to odpowiednio zbilansowana dieta. Jem dużo – 5-7 posiłków dziennie. Wiele osób pewnie złapie się za głowę. Ale przypomnę, że średni dystans tygodniowy 100 – 110 kilometrów co daje około 7000 – 10000 kalorii spalonych tylko podczas treningów.

 

NOWa: Jakie ma Pan plany sportowe na najbliższy czas? Czy zobaczymy Pana na Biegu Sylwestrowym w Trzebnicy lub na Biegu w Poszukiwaniu św. Mikołaja w Prusicach?

PŚ: – Chyba przestaję lubić o tym mówić. (Śmiech). Oczywiście pobiegnę 11 listopada we Wrocławiu podczas biegu Niepodległości. Mamy tam dystans 10 kilometrów. Nie wiem w jakiej jestem formie i na co mnie stać i ile będę w stanie pobiec. W zeszłym roku po maratonie nie mogłem ruszać nogami, w tym roku jest inaczej. Czuję się dobrze i chciałbym powalczyć o jakiś dobry czas. Później jeszcze będzie można mnie spotkać w Lesie Osobowickim 21 listopada na CityTrial – 5 kilometrów. Będzie to mój ostatni start w tym sezonie, bo jestem nim już dość zmęczonym. Od lipca jestem na wysokich obrotach. Prawie 4 miesiące treningów, wyrzeczeń sprawiają, że człowiek chce odpocząć. Po ostatnim starcie robię 2-3 tygodnie przerwy, gdzie będę biegał 2-3 razy w tygodniu aby odpocząć. Na pewno w tym czasie zapiszę się na basen, aby odpocząć po prostu psychicznie od samego biegania. Na pewno nie zabraknie mnie na Biegu Sylwestrowym w Trzebnicy. To już będzie 8 start z rzędu. Nie wyobrażam sobie, żeby mnie tam zabrakło. Mam już sentyment do tej imprezy i wiem, że jest to jeden z moich ulubionych biegów!

 

NOWa: Ostatnio w Pana życiu zaszły zmiany. Nie jest Pan już kawalerem. Na maraton zabrał Pan swoją żonę. Zawsze podkreśla Pan, że pani Klaudia jest Pana najwierniejszym kibicem. Czy wyjazd był Państwa podróżą poślubną?

PŚ: – To prawda, Klaudia znosi moje dziwactwa związane z bieganiem. Nie jest to takie proste i kosztuje wiele wyrzeczeń. Od jedzenia przez wyjścia ze znajomymi itp. Często nasz czas w jakimś stopniu podporządkowany jest treningom. Czasami nie jest to dobre, ale po maratonie zawsze na jakiś czas staramy się zapomnieć o tym. Najgorszy jest zawsze miesiąc przed, gdzie liczy się każdy szczegół od jedzenia przez sen, odpowiednie zgranie jednostek treningowych itp. Muszę tutaj podziękować mojej żonie Klaudii, i stwierdzić, że dzielnie to znosi. Nie była to nasza podróż poślubna, bo kto by chciał jechać na bieg (śmiech), w podróż poślubną. Ślub braliśmy w Rzymie i to tam spędzaliśmy czas.

Chciałem serdecznie podziękować wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki w tym trudnym okresie. Szczególnie mojej żonie, która pocieszała i zawsze była przy mnie, nawet w momentach porażki czy niepowodzenia. Podziękowania należą się także rodzicom, którzy zawsze wspierają. Mojemu fizjoterapeucie Łukaszowi, który zawsze stawiał mnie na nogi po ciężkich treningach oraz Radziowi, który wspierał w momentach zwątpienia czy niepewności. Dziękuje także Oli, która trzymała kciuki w Polsce oraz wszystkim moim znajomym i fanom!

Jeśli ktoś z Czytelników ma pytania dotyczące biegania zapraszam do kontaktu.

NOWa: Dziękuję za rozmowę i życzę samych sukcesów.

PŚ: – Dziękuję.

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here