Ponad 60 lat wspólnego życia!

277

Takie pary zdarzają się niezmiernie rzadko. Ale to jeszcze przedwojenne pokolenie. Jak sami mówią, zostali wychowani w szacunku do drugiego człowieka.

Historia bardzo ich doświadczyła

Państwo Mączkowie oboje pochodzą ze wschodu. Pani Maria z Tarnopola, a pan Franciszek spod Lwowa. – Wywieźli nas do Rosji, byłam tam 7 lat. W 1940 roku zabrali nas bez niczego. Mój ojciec był posłem i Rosjanie o tym wiedzieli. Myśleli, że jesteśmy milionerami. A my mieliśmy gospodarkę, z której później zrobili sobie kołchoz. Wszystko zostało. Moi rodzice zasadniczo byli z Krakowskiego, ale ziemie tam były kiepskie, a poza tym dwa razy majątek się nam spalił. Przez to hrabia Potocki, który był dobrym znajomym mojego ojca polecił mu sprzedać morgi i pojechać na wschód, gdzie parcelowano majątki. Hrabia dał nam drewno na dom, a potem rodzice mieli nas dziesięcioro. Przeżyło 4 braci i 3 siostry. Do Polski wróciliśmy w 1946 roku, a mąż w 1945 roku wrócił z wojska, kiedy jego rodzina została przesiedlona na zachód – mówi pani Maria. – Dostałem informację, że rodzina pojechała pociągiem gdzieś „na Brzeg Dolny”. Przyjechałem w tę okolicę i szukałem bliskich. Potem wspólnie przenieśliśmy się do Zajączkowa. To strasznie dużo kilometrów, mama prowadziła bydło i szliśmy na piechotę – mówi pan Franciszek. Jak dodaje mężczyzna, wtedy wszyscy się orientowali na „kominy”, bo w Pęgowie była cegielnia, to właśnie po wydobywaniu gliny powstały stawy.

Rodzina Klichów, z której pochodzi pani Maria została bardzo doświadczona przez życie. Kiedy wywożono ich do Rosji nic nie mogli ze sobą zabrać. Jak wspomina pani Maria, jej mama zabrała tylko kołdry i to dzięki nim rodzina nie zamarzła na Syberii: – Ile nas tam zostało pochowanych. Tam były mrozy po 40 stopni. Wywieziono nas do baraków, w których stały konie, w środku lasu. Tam była tylko robota w lesie. Miałam 16 lat i pracowałam jak wszyscy, dzień w dzień, od świtu do nocy. Co myśmy tam przeżyli. Do szpitala jak zachorowałam, to z bratem kiedyś nas wieźli na saniach 50 kilometrów.

– Kiedy przyjechaliśmy tu w 1946 roku nie było już wolnych domów. Najpierw znaleźliśmy się na Psim Polu, ale tam nie było gdzie zamieszkać. Ojciec szukał miejsca i w jakiś sposób trafił do Trzebnicy, gdzie okazało się, że wójt to znajomy jeszcze ze wschodu. Ojciec był tak wychudzony, ważył 35 kg, że poznał go tylko po mowie. Ojciec wytłumaczył, że wszystko jest już zasiedlone i nie ma się gdzie podziać z rodziną. Wójt nam pomógł i skierował nas do domku obok cegielni. Spaliśmy na podłodze, ale i tak byliśmy szczęśliwi, że już jesteśmy w Polsce – opowiada pani Mączkowa.

Poznali się na zabawie

Jak wspomina pani Maria, na wschodzie było ciekawe życie. Ludzie dużo pracowali, bo można było tylko uprawiać ziemię, ale zawsze mieli też czas na wspólną zabawę. Zwyczaj wspólnego świętowania przywieźli ze sobą na nową ziemię.

Poznaliśmy się na zabawie w Pęgowie, choć z dawna znaliśmy się z kościoła, bo ja chodziłam z Pęgowa, a Franek z Zajączkowa. Zawsze na zabawę szedł z nami ojciec, bo nas pilnował. My byłyśmy nauczone roboty i porządku. W Pęgowie była duża sala, tam gdzie teraz jest restauracja. Stoliki wkoło, orkiestra grała, zajęliśmy sobie stolik, a ja przyszłam z chłopakiem, który chciał się ze mną żenić, ale… Franek mi się spodobał. Zajął stolik obok. Zaczęliśmy tańczyć i zapytał, czy ten chłopak co ze mną przyszedł to mój narzeczony, ale ja zaprzeczyłam, że to tylko taki znajomy – śmieje się pani Maria i dodaje, że siostra zwracała jej uwagę, żeby tak nie robiła, jednak pani Maria powiedziała jej, że jej narzeczony nie umie tańczyć, a ona przyszła się pobawić.

A ja pomyślałem sobie, że na co mi taka kobieta, która sobie paznokcie maluje. Ja będę robił, a ona będzie się malować, bo ona pani. Ale ona się nie malowała i mi się spodobała – śmieje się pan Franciszek.

Pobrali się w Nowy Rok, 1 stycznia w 1955 roku. Na początku mieszkali na stryszku u rodziców pani Mari. Latem było dobrze, ale zimą wszystko zamarzało. – Najgorzej było, kiedy urodził się nam syn, w październiku. Były straszne mrozy i śniegi. Ze słomy pletliśmy maty, żeby mróz na ścianach nie wychodził. Wszystko zamarzało na kość. Dziecko braliśmy między siebie. Jak zmieniłam pieluchę, to zamarzła. Potem przeprowadziliśmy się do Zajączkowa, do domu wybudowanego w 1928 czy 1929 roku, w  którym wcześniej mieszkał NiemiecIle myśmy włożyli w niego pracy, ile moje dzieci się narobiły… – wspomina pani Maria. Pan Franciszek na poczcie nie zarabiał dużo, a żona zajmowała się dziećmi, czworgiem: Staszkiem, Romanem oraz Kazikiem i Jadwigą, którzy są bliźniakami.

Jak ogień i woda

Obecnie państwo Mączkowie mieszkają w Pęgowie, doczekali się trojga wnuków. Pan Franciszek przez 30 lat pracował na poczcie, a pani Maria zajmowała się domem i gospodarką. Teraz mieszkają wraz z córką Jadwigą, która pomaga im w codziennym życiu, choć małżeństwo jest całkowicie samodzielne, a pan Franciszek kondycją, sprytem i zamiłowaniem do poznawania nowych rzeczy przeskakuje niejednego młodego wiekiem człowieka.

Mąż miał cztery poważne wypadki. Jak jeszcze był młody, ledwo się pobraliśmy to miał wypadek. Ja byłam na polu, a sąsiad mi przyniósł wiadomość, że Franek leży na torach, bo upadł na rowerze. Złamał obojczyk, ale  sam pojechał do lekarza. Drugi raz spadł z drabiny i tak połamał nogę, że mało nie amputowano mu jej. Kilka lat temu, przed Wszystkimi Świętymi pojechał do fryzjera rowerem i potrącił go samochód. Nie może pisać prawą ręką, już był 4 razy połamany. Ale on taki jest, że się nie słucha. Ile razy on teraz jeździ sam do Wrocławia.

– Ja się nieraz z nim kłócę, bo się boję, że sam jedzie, a przecież już dobrze nie słyszy, tam taki ruch – mówi pani Maria, a pan Franciszek szybko ripostuje: – A co mam w domu robić? Mam dużo czasu i komunikację za darmo: wsiadam w tramwaj i jadę zwiedzać Wrocław. Przez okno się wszystko widzi – mówi pan Franciszek i dodaje, że ostatnio był na punkcie widokowym w Sky Tower. Wstaje i na dowód pokazuje bilety: – Jak to wszystko ładnie wygląda, takie małe. Warto tam być i samemu wszystko zobaczyć. Szkoda tylko, że akurat kiedy się wybrałem była mgła – żałuje dziewięćdziesięciolatek, a na groźne spojrzenie żony odpowiada: – A co ja mam teraz do roboty?

Bogu dzięki, że w tych latach mamy zdrowie. Człowiek nie jest sprawny jak dawniej, ale jakoś dajemy radę, dogadujemy się. Jeszcze zrobimy w ogrodzie wszystko. Bo tak siedzieć tylko przed telewizorem to ja nie lubię. Mogę obejrzeć wiadomości, ale żeby cały czas bezczynnie siedzieć, to mnie denerwuje – zdecydowanie mówi pani Maria.

Najważniejszy jest szacunek

Jaka jest ich recepta na długie i udane małżeństwo? Bardzo prosta: – Ona o mnie dba, a ja o nią – mówi pan Franciszek, a pani Maria dodaje: – Trzeba się szanować, słuchać i dogadać, zrozumieć i wtedy wszystko jest dobrze. Ile razy my się kłócimy, ale nigdy się nie gniewamy. Jeszcze jak był młody to się gniewał i nie jadł, ja mu mówiłam: „Franek, ty się na mnie gniewaj, a nie na jedzenie” – śmieje się pani Maria.

Państwo Mączkowie obchodzili rocznicę w gronie najbliższej rodziny. Jak powiedziała nam Monika Mączka, sołtyska wsi Zajączków, podczas Dnia Seniora, który urządzany jest we wsi co roku jesienią, małżeństwo zostanie uhonorowane w wyjątkowy sposób.

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here