Miłość do koni mam w genach.

159

NOWa: – Mówi Pan, że ma teraz mniej czasu na pracę z pacjentami. Pełni Pan funkcję zastępcy dyrektora ds. lecznictwa. Co aktualnie jest dla Pana wyzwaniem w pracy?

 – Obecnie prawdziwym wyzwaniem dla mnie, jak i dla całego zespołu jest utrzymanie wysokiego poziomu świadczeń udzielanych pacjentom przy tak trudnej sytuacji ekonomicznej naszego szpitala.

Musimy pamiętać, że Trzebnica jest znana w Polsce i za granicą w dużej mierze właśnie za sprawą naszego szpitala. Jest to związane z wieloletnią aktywnością kilku wyróżniających się oddziałów, takich jak: ortopedyczny, gdzie od kilkudziesięciu już lat wykonuje się niezwykle skomplikowane operacje w zakresie kręgosłupa; nowoczesny oddział ginekologiczno-położniczy – znanego i uznanego także poza granicami naszego powiatu; oddział pediatryczny, zaangażowany w wiele różnych ogólnopolskich programów badawczych; oddział chirurgii ogólnej i chirurgii ręki – wpisany trwale w światową historię rozwoju chirurgii ręki, czy uznany za jeden z najlepszych w województwie oddział SOR. Tak też można powiedzieć, że szpital nasz jest swojego rodzaju trudną do przecenienia wartością społeczną całego powiatu.

 Niestety, trzeba mieć świadomość, iż bez gruntownych zmian w postaci restrukturyzacji szpitala lub braku innego niż obecny sposobu finansowania prawdopodobnie musimy się liczyć w  krótkim czasie z nieuniknionym pogorszeniem jakości świadczonych przez nas  usług – co pomijając fundamentalne kwestie bezpieczeństwa naszych pacjentów, może doprowadzić do nieodwracalnej degradacji rangi naszego ośrodka. Sytuacja szpitala wynika z obciążenia dużym długiem z przeszłości, nie wynikającym z błędów naszej pracy, ani ze złego zarządzania. To dług, który powstał poza nami. Jeszcze raz podkreślam, iż aktualne finansowanie jest zupełnie niewystarczające na obecne podstawowe potrzeby szpitala, który miałby działać na dotychczasowym poziomie. Większość wykonywanych procedur jest deficytowa i często nie pozwala na zabezpieczenie bieżących potrzeb. Sprostanie problemom wynikającym z całej sytuacji jest dla naszego zespołu i dla mnie prawdziwym  wyzwaniem.

 

 NOWa: – Jak odnalazł się Pan pełniąc funkcję administracyjną? Dotychczas pracował Pan wyłącznie z pacjentami. Nie brakuje Panu tego?

– Bardzo szanuję i lubię pracę lekarza. Trudno jest znaleźć zajęcie dające równie dużo radości i satysfakcji. Jeśli ktoś lubi ludzi, to zawód lekarza jest najlepszym na świecie – bo możliwość codziennego pomagania innym oraz dzielenia trosk, niepewności, radości czy tych złych chwil  jest swojego rodzaju przywilejem nie danym w takim wymiarze żadnej innej profesji.

 Dokładnie rozważałem możliwość objęcia stanowiska zastępcy dyrektora. Stanowisko to  jest dla mnie czymś nowym, ale ja zawsze lubiłem angażować się w sprawy organizacyjne. Jak już wcześniej powiedziałem lubię ludzi, szanuję ich, chętnie z nimi rozmawiam, ufam im i mam nadzieję, że mnie też inni darzą zaufaniem. Na tej podstawie chciałbym realizować nasze  zamierzenia. Dużo satysfakcji sprawia mi tworzenie czegoś nowego. Wyzwanie przed którym stoimy w szpitalu jest też czymś nowym, ciekawym i ważnym. Wierzę, że uda się nam przejść bezpiecznie przez nieuniknione zmiany i  nie stracić tego do czego wszyscy nasza pracą doszliśmy. 

Dużo spokoju daje mi możliwość korzystania z doświadczeń i bezcennej pomocy mojego poprzednika dr Krzysztofa Kołtowskiego. Miło jest uczestniczyć w zarządzaniu zespołem ludzi, który tak naprawdę może być dumny z tego co robi.

Oczywiście w obecnej sytuacji zmienił się radykalnie rozkład mojego dnia w szpitalu ale pomimo wielu spraw związanych z zarządzaniem nadal mam przyjemność prowadzenia chorych i w nieco okrojonej formie pracy na oddziale chirurgicznym.

Mam pełną świadomość tego, że lekarzem jestem i będę, a na to jak długo będę zastępcą dyrektora  mogę nie mieć wpływu. Mimo mojego obecnie większego zaangażowania się w sprawy administracyjne czuję się lekarzem.

 

 NOWa: – Czy ma Pan wizję naprawy sytuacji szpitala, rozwoju placówki?

– Na tym etapie trudno powiedzieć co jest najważniejsze. Priorytetem jest, abyśmy w całej tej niezwykle trudnej sytuacji ekonomicznej nie polegli. Mamy dwie możliwie drogi utrzymania się.

Więcej po zalogowaniu lub w wydaniu papierowym.

[hidepost=0]

Jedna z nich polega na coraz większych oszczędnościach prowadzących  do degradacji rangi naszej placówki. Druga wizja jest odwrotna i dotyczy rozwoju. Jest trudna, wymaga poświęcenia i zaufania, przyzwolenia wszystkich pracowników, po to by rozwijając szpital można było udźwignąć całe zadłużenie i doprowadzić do dodatniego wyniku ekonomicznego.

 Jestem zwolennikiem rozwijania placówki na przykład poprzez uzyskanie II stopnia referencyjności naszego oddziału ginekologiczno-położniczego. Aktualnie mamy I stopień, mimo przygotowania do drugiego stopnia. To przygotowanie do zmiany stopnia wiąże się z dużymi nakładami finansowymi. Potrzebny jest dodatkowy stały etat, który jest kosztowny. Na drodze uzgodnień z pracownikami oddziału, którzy zdecydowali się na to, aby nieco obniżyć pensje, zmniejszyć ilość godzin pracy i dzięki temu znaleźć część pieniędzy na potrzebny dodatkowy etat. To wiąże się też z pewnymi reorganizacjami, ale wiodącymi w kierunku rozwoju. 

Drugi temat to utrzymanie tak ważnego i dobrze funkcjonującego SOR u, który w tym systemie finansowania jest bardzo deficytowy. Powstaje pytanie czy SOR w naszym szpitalu jest konieczny? Do 2018 roku musi być, ale czy w szpitalu powiatowym musi być SOR jeśli jest deficytowy? Nie musi być, może lepsze dla szpitala byłoby zrezygnowanie z tego oddziału. Dla szpitala lepsze ale dla pacjentów gorsze…

 

NOWa: – Każdy SOR jest przecież deficytowy…

Tak, ale nie każdy szpital na to stać, a nas nie stać. My jesteśmy taką śmieszną chimerą między szpitalem powiatowym a specjalistycznym. Zależy nam aby utrzymać szpital na bardzo wysokim poziomie i być bardziej placówką specjalistyczną, a mniej powiatową. Niedługo będziemy zaangażowani w budowanie nowoczesnego lądowiska dla śmigłowców bo jest to wymogiem dla szpitali posiadających SOR. Właśnie z braku lądowiska mniejsze jest też finansowanie SORu. Z punktu widzenia ekonomicznego budowanie lądowiska nam się nie opłaca, ale jeśli już mamy SOR, a wymogiem jest posiadanie lądowiska, trzeba znaleźć środki na jego budowę i przy pomocy starostwa je znajdujemy. Nasze działania idą w kierunku utrzymania tego co mamy i dalszego rozwoju tych zasobów, które mamy i to jest dobre.

 

NOWa: – Jak układa się współpraca z dyrektorem? Czy wasze wizje i koncepcje idą w tę samą stronę?

– Mamy podobne charaktery i podobne wizje, a współpraca jest w moim przekonaniu znakomita. Dyrektor Lubieniecki jest doświadczonym managerem i inaczej niż lekarze potrafi postrzegać sprawy ekonomiczne, wie jak się poruszać w realiach finansowo – politycznych, na co możemy liczyć, a na co nie możemy, czego mamy się bać, a czego możemy się nie obawiać. Myślę, że jest dużą szansą dla naszego ośrodka. Jest także orędownikiem koncepcji  rozwoju szpitala.

 

NOWa: – Ma pan za sobą wiele lat pracy jako chirurg. Co jest dla pana sukcesem, a co porażką?

– Mam za sobą półmetek pracy. Największym sukcesem jest chyba  powstanie i kontynuowanie programu transplantacji kończyn górnych. Nasz szpital jest jednym z kilkunastu ośrodków na świecie, w którym wykonuje się tego typu operacje. Jest też chyba jedynym tak „małym” szpitalem, w którym przeprowadzane są takie transplantacje – bo na ogół wykonuje się w wielkich ośrodkach akademickich, bądź centrach transplantacyjnych.

To ciekawe i największe chyba osiągnięcie.

 

NOWa: – Ma pan więcej obowiązków. Jak udaje się panu pogodzić życie zawodowe z prywatnym? Co pana zajmuje oprócz medycyny?

Jestem w dobrej sytuacji, bo z jednej strony z wielką przyjemnością wychodzę rano do pracy i z radością wracam do domu. Doceniam to bardzo. Oczywiście siłą rzeczy rodzina ponosi koszt tego, że mam teraz więcej pracy i jestem bardziej psychicznie zaangażowany w sprawy zawodowe. Nie zawsze mam czas dla synów, staram się jednak pilnować aby na rodzinę nie przenosić spraw zawodowych i odwrotnie. 

Moja żona jest też lekarzem i praktycznie nie rozmawiamy o sprawach zawodowych w domu. Właściwie gdyby nie rodzina, mógłbym pracować cały czas. Oczywiście jeśli miałbym zagwarantowane to, że raz w roku będę na nartach i raz w roku na Mazurach. Moim światem jest też żeglarstwo. Zarówno narty, jak i żeglarstwo  to sporty ” rodzinne” i dlatego cenię je bardzo. Na co dzień wypoczywam będąc w domu. Pytała mnie pani o hobby….

Od dziecka jeździłem konno, teraz też  posiadamy własnego konia. Ten sport dał mi dużo w życiu. Nauczył mnie organizacji, bo przez całą podstawówkę i później codziennie jeździłem na treningi. To właśnie chyba jeździectwo nauczyło mnie konsekwencji, tolerancji, kompromisu (niezbędnych przy pracy z końmi). Miałem też znakomitego trenera, któremu wiele zawdzięczam – Pana Józefa Budzowskiego, zwracającego uwagę nie tylko na sprawy związane ze sportem, ale także na postępy w nauce, współpracę z innymi oraz przestrzegającego bezwzględnie zasad dobrego wychowania – to kapitał, z którego do dzisiaj korzystam.

 

NOWa: – Skąd to hippiczne zainteresowanie?

– Mój ojciec miał konie, pochodził z rodziny, w której konie były codziennością. Ojciec był prawnikiem, dziadek też, a ojciec dziadka był lekarzem, który był synem Józefa Chełmońskiego artysty malarza. Miłość do koni mam w genach.

 

NOWa: – Czym jest dla pana jazda konna?

– To nie musi być jazda. Lubię przebywać z końmi, cały obrządek, zapach. Lubię dźwięki stajni. Tak naprawdę lubię z nimi być, patrzeć na nie, czuć je. Uspokajają mnie, uczą pokory.

 

NOWa: – Co jest dla pana największą wartością w życiu?

– Bezwzględnie uczciwość i zaufanie, szacunek dla innych.

 

NOWa: – Jakie są Pana relacje z pacjentami? Jacy są pacjenci? Mówi się o dehumanizacji medycyny.

– Pacjenci są różni. Najważniejsze jest to, aby zdać sobie sprawę, że jesteśmy po tej samej stronie barykady, że walczymy o to samo. Coraz więcej czasu trzeba włożyć w to, aby przekonać pacjenta czy jego rodzinę, że walczymy o to samo. Nie pamiętam abym miał jakiś zatarg z pacjentami, co nie znaczy, że się zawsze z nimi zgadzałem. Nie zdarza się, abym rozmawiał w korytarzu z pacjentem. Zapraszam do gabinetu i zawsze staram się wytłumaczyć jakie są plusy i minusy  zabiegu czy leczenia. Relację bardzo upraszcza dodatkowa umiejętność, kiedy lekarz jest w stanie „postawić się na miejscu pacjenta”. 

Relacje między lekarzem a pacjentem są bardzo ważne i jeśli postępujemy konsekwentnie i z wyczuciem daje to z zasady dobre wyniki. Jest wiele skarg na lekarzy, ale wydaje mi się, że rzadko pacjenci oceniają nasza pracę stricte medyczną. Na ogół problem dotyczy formy kontaktu lekarza z pacjentem – braku właściwej informacji lub niedostatecznej w przekonaniu chorego  informacji dotyczącej schorzenia czy sposobu leczenia. 

Myślę, że jak zwykle prawda jest pośrodku – z jednej strony lekarzom faktycznie coraz bardziej brakuje czasu na tak ważne kontakty z pacjentami, z drugiej zaś strony tak konsekwentnie podważane przez media i rząd zaufanie do lekarzy skutkuje nie zawsze uzasadnionymi pretensjami.

 Wydaje mi się, że kwestia relacji to aktualnie błędne koło. Tak samo pacjenci nie ufają lekarzom, jak i lekarze pacjentom. To jest mechanizm samonapędzający się, a odwrócenie tego będzie trudne. Niestety medycyna to nie matematyka i nie zawsze 2+2 musi się równać 4, a to oznacza, że czasami powinniśmy się oprzeć na doświadczeniu i intuicji, a nie tylko na wynikach badań dodatkowych, a w obecnych czasach „to trochę strach” bo spraw sądowych coraz więcej… 

Szkoda, że tak się dzieje, ale mam nadzieję , że z czasem uda się odbudować te tak istotne dla obu stron relacje.

Musimy pamiętać, że Trzebnica jest znana w Polsce i za granicą w dużej mierze właśnie za sprawą naszego szpitala.
Pacjenci są różni. Najważniejsze jest to aby zdać sobie sprawę, że jesteśmy po tej samej stronie barykady, że walczymy o to samo.
Bardzo szanuję i lubię pracę lekarza. Trudno jest znaleźć zajęcie dające równie dużo radości i satysfakcji.
Ojciec był prawnikiem, dziadek też, a ojciec dziadka był lekarzem, który był synem Józefa Chełmońskiego – artysty malarza.

[/hidepost]

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here