Zanim trafisz na Szpitalny Oddział Ratunkowy

449

Entuzjastyczne początki medycyny ratunkowej w Polsce skutkowały brakiem miejsc specjalizacyjnych. Miało być jak w amerykańskich filmach. Aktualnie lekarze odchodzą z oddziałów ratunkowych, z tej pracy uciekają również ratownicy medyczni.

Funkcjonowanie medycyny ratunkowej z punktu widzenia kierownika SOR wygląda zupełnie inaczej niż widzi to pacjent.

Dr Paweł Jonek, kierownik SOR Szpitala im. Św. Jadwigi Śląskiej w Trzebnicy, lekarz z wieloletnim doświadczeniem pracy w SOR:
Spróbuję wyjaśnić jak ja to widzę i pokażę jak działa system zarządzany od góry, powodując nieprawidłowości, które zaczynają się pojawiać coraz częściej. My w tym systemie jesteśmy na samym końcu. Lekarze w SOR-ach i ratownictwa przedszpitalnego działają w oparciu o ustawę o ratownictwie medycznym z 2006 roku, która w jednym punkcie, ogólnie określa charakter świadczeń opieki zdrowotnej SOR (udziela świadczeń opieki zdrowotnej polegających na wstępnej diagnostyce oraz podjęciu leczenia w zakresie niezbędnym dla stabilizacji funkcji życiowych osób, które znajdują się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego). To jedyna informacja, wykładnia w oparciu o którą my działamy. Czyli założenia systemowe, kadrowe, finansowe, szkoleniowe nastawione są na pacjenta z zagrożeniem życia. W związku z tym kadra i finansowanie jest przygotowane na przyjęcie ok. 5-10 pacjentów na dobę. Pacjentów wymagających medycznych czynności ratunkowych. Każdy szpitalny oddział ratunkowy jest znakomicie wyposażony i jesteśmy przygotowani na przyjęcie takich pacjentów.
Negatywne spojrzenie na funkcjonowanie systemu są to w dużej mierze głosy tych osób, które de facto nie powinny tam trafić. Te osoby za długo czekają, lekarze w ich opinii są opryskliwi, bo pytają „dlaczego pan przyszedł do nas?” Zamiast przyjmować kilku czy kilkunastu pacjentów wymagających pilnej pomocy, bo w tym celu mamy przygotowaną kadrę, nagle pojawia się 70% pacjentów, którzy nie powinni byli tu trafić (wg badań NIK). 
Nasz oddział jest przygotowany do pracy 24 godziny na dobę przez cały rok. Tymczasem musimy przyjąć każdego dnia od 60 do 100 pacjentów (różnie w różnych szpitalach). Nagle zbyt mała ilość personelu musi obsłużyć pacjentów ambulatoryjnych, a to oznacza stworzenie na wyrost obszernej dokumentacji medycznej, które zajmuje więcej czasu niż samo badanie pacjenta. Nasze głosy sprzeciwu, zgłaszanie patologicznej wręcz sytuacji ma miejsce od wielu lat. Sprzeciw trafia do ministerstwa zdrowia i do Sejmu. 
Struktura i początek ratownictwa medycznego to rok 1997, a mamy 2014 rok i w tej kwestii nie zmieniło się nic. Dalej utrzymywana jest proteza w postaci SOR-u, jedynego oddziału szpitalnego, gdzie są wykonywane świadczenia dla pacjentów, które nie są tak samo finansowane jak procedury w innych oddziałach czy przychodniach. W SOR-ach mamy finansowanie ryczałtem. Sytuacja, która jest niejako odgórnie usankcjonowana, powoduje, że nie mamy już do kogo się zwrócić.
Z jednej strony NFZ zawierając umowę ze szpitalem życzy sobie wszelkich świadczeń przez całą dobę. Z drugiej strony mówimy od lat, że nie jesteśmy w stanie tego udźwignąć. Powtarzam kolegom, że pracując z taką ilością pacjentów, jesteśmy przemęczeni. Stracimy czujność i możemy coś przegapić. To się zdarza. Powiem, że jesteśmy bardziej zmęczeni dyskusją z pacjentami, którzy wymuszają świadczenia. Chroniąc się przed bankructwem szpitala robi się tzw. nocne dyżury. Z jednej strony prawo mówiące o kontraktowaniu z NFZ zakazuje takich rzeczy, a z drugiej strony coś takiego oficjalnie funkcjonuje pod nazwą „ostre dyżury”. Informacja o nich umieszczana jest na stronie urzędu marszałkowskiego, urzędu wojewódzkiego. Mamy paradoks, który funkcjonuje na zasadzie „jakoś to działa” – zauważa Paweł Jonek.

Czy można zmienić taką patologiczną sytuację?

Cały artykuł dostępny w papierowym wydaniu.

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here