Pokonać trasę ultramaratonu

141

Biegi ultra, jako przekraczające znacznie, a nawet wielokrotnie dystans popularnych maratonów, już wymagających niemałej przecież wytrwałości i wysiłku, aby je pokonać, obrosły wręcz legendą, co do solidnych przygotowań, w tym systematyczności i długotrwałości treningów, jakim należy się poddać, by móc skutecznie mierzyć się z tak znaczną trasą i czasem pracy zmęczeniowej liczonej nie w kilku, a kilkunastu, czy dziesiątkach godzin. Czytając literaturę i wpisy na portalach internetowych znajduje się informacje, że ultramaraton to kolejny etap wtajemniczenia dla biegaczy startujących w maratonach lub biegających takie dystanse, ze stopniowym przekraczaniem tejże bariery i rzeczywiście na zawodach amatorskich spotyka się biegaczy, których taka też najczęściej jest droga, czy ścieżka rozwoju. Mówi się też, że by skutecznie mierzyć się z trasą ultramaratonu, należy tygodniowo przebiegać dystans rzędu 70 km, przez minimum 3 miesiące (zakładając, że są to osoby biegające więcej niż trochę). By walczyć o wynik i miejsce, z pewnością nie są to przesadne wymagania, zresztą nie jedyne od strony przygotowania fizycznego. By jednak pokonać trasę ultramaratonu, jak się wydaje, nie są już w pełni konieczne, choć z pewnością regularne treningi, obniżają ryzyko kontuzji, czy niwelują inne możliwe następstwa i uboczne skutki tak długiego biegu, zwiększają też niewątpliwie szanse na osiągnięcie zamierzonego celu, jak i wpływają na szybszą regenerację organizmu.

Wypada w tym miejscu postawić jeszcze pytanie, czy bieg ultra w ogóle jest korzystny dla zdrowia? Choć budzą się w tym względzie poważne wątpliwości, to z pewnością są obszary, gdzie tę korzystną korelację daje się zauważyć. Nieocenione z pewnością też jest pozytywne oddziaływanie na strukturę psychofizyczną faktu dokonania czegoś nietuzinkowego, a często wręcz niemożliwego, sprawdzenia się, czy udowodnienia sobie i innym, że dało się radę, poczucia wartości i wiary w swoje możliwości, co w konsekwencji przekłada się i na inne dziedziny życia. W tym znaczeniu, wyzwania, którymi pozostają i takie biegi, zmieniają nas. Występują opinie, że po ukończeniu omawianych biegów, stajemy się kimś innym. Są one prawdziwe o tyle, im więcej musieliśmy zadać sobie trudu w stosunku do własnych możliwości, by osiągnąć zamierzony cel i o tyle, ile wiary we własne możliwości i przesłanek z wyniesionych doświadczeń, w konsekwencji wdrożymy na dalszych drogach naszego życia.(…)

Przymierzając się do biegu K-B-L, założyłem, że będę przebiegał tygodniowo przynajmniej 35 km, podczas min. trzech treningów przez okres 3-ch miesięcy, z dwoma dłuższymi biegami rzędu 30-35 km. W efekcie nawet tego planu minimum nie udało mi się zrealizować. W tym sezonie przebiegłem Półmaraton Ślężański i 3 treningowe biegi rzędu 20 – 25 km, poza tym nieregularne treningi rzędu 10 – 12 km w terenie pagórkowatym, nie wyczerpujące nawet oczekiwanego minimum. Za to w ostatniej chwili zdążyłem zgromadzić niezbędny sprzęt dobrej jakości, w tym buty i plecak biegowy Salomona z camelbakiem, kijki trekkingowe, czołówkę Black Diamond, pierwsze z brzegu już batony i żele energetyczne oraz inne wymagane wyposażenie, na przetestowanie czego, nie było już czasu.

Więcej po zalogowaniu lub w wydaniu papierowym. [hidepost=0]   

Tak (nie) przygotowany pojawiłem się w Lądku Zdroju w dniu zawodów, przed odjazdem autobusów do Kudowy Zdroju, skąd startowaliśmy o godz. 20. Trasę mieliśmy dostatecznie długą (110 km) by przetestować i nauczyć się korzystania ze sprzętu.(…)

Zawsze uważałem, że biegi długodystansowe są nudne /samotność długodystansowca/, tu takiego przekonania nie miałem wcale; trzeba było uważać i koncentrować się na ile to możliwe, nad każdym wręcz krokiem, zwłaszcza w pierwszej części trasy. W rejonie Gór Stołowych i Szczelińca trzeba było zwracać uwagę na luźne kamienie, przemieszczające się pod butem przy lądowaniu stopy, a nie jest to łatwe przy towarzyszącym zmęczeniu. Zastanawiałem się czy wcześniej skończy się bieg, czy skręcę staw skokowy. Później słyszałem, że były takie przypadki.

Przed biegiem zastanawiałem się, czy nie zmienić dystansu na krótszy, ale takie nie gwarantowały nocnej eskapady, na czym mi najbardziej zależało. Za cel uznałem dotrwanie do północy, do rana zaś za sukces. Gdy zaczęło świtać wiedziałem, że jestem dalej niż kiedykolwiek. To było wyjątkowe uczucie we wskazywanych okolicznościach. Nie stawiałem sobie pytań, który to kilometr, wiedziałem tylko, że muszę biec i zmierzać w kierunku mety po wyznaczonej trasie, po to tu przyjechałem i to czyniłem. Dla mnie ten bieg ultra i działanie na trasie to istna filozofia Forresta Gumpa (Run, Forrest, run ! –  biegnij, Forrest, biegnij!); gdy byłem zmęczony – to zwalniałem, jak było pod górę – przechodziłem do chodu, wspierając się kijkami trekkingowymi, jak robiło się bardziej płasko, czy było z góry – biegłem, jak trzeba było się zatrzymać – to czyniłem, jak ktoś z przodu pomylił trasę i pozostali tam biegli, nim ktoś się zorientował, to i ja tam biegłem, jak wszyscy biegli w stronę przeciwną, to i ja podobnie (przy panującym zmęczeniu, nie miało to już większego znaczenia, po co i  gdzie). Jedyna istotna różnica i wyłom od tak ukształtowanej filozofii, decydujący o przetrwaniu w tej grze, to umiejętność powiedzenia sobie i tego wykonanie; gdy nie chciało mi się biec – biegłem, gdy nie miałem już siły biec – biegłem, a gdy nie biegłem – parłem naprzód idąc. I tak biegnąc, idąc i znów biegnąc, wieczorem, w nocy, o poranku i w upalnym słońcu dnia, po 19-tu godzinach znalazłem się na mecie. Gra się skończyła, była to wspaniała przygoda, pokonałem całą trasę biegu K-B-L, 110 km i dodatkowo 4 km gratis na błądzeniach.

Z trasy warto wspomnieć, gdyż tworzy to też pewien etos tych biegów i jego uczestników, że tam, gdzie większość, jeżeli nie wszyscy ścinaliby możliwe zakręty, jak ma to miejsce na biegach krótszych, tu zaobserwowałem zgoła odmienny obrazek. Mianowicie, gdy w pewnym momencie wybiegaliśmy z lasu na łąkę, gdzie trasa prowadziła na wprost, by w jej połowie prostopadle skręcić w prawo, a ukośnie rysował się, aż proszący się o skorzystanie skrót z lepszą nawierzchnią, tu pomimo, że widziałem kilka osób przed i za sobą (oglądając się później), to nikt nie skorzystał z opisanego ułatwienia.

Nie sposób też nie dostrzec, że każdy zawodnik DFBG, a im dłuższych biegów, to tym bardziej, ma swoje tzw. 5 minut. To zasługa atmosfery, organizatorów oraz kibiców i widowni, prawdziwego święta biegów górskich.

Wracając na trasę i do własnych zmagań, o tym, że nie było łatwo, że poza permanentnym zmęczeniem, trzeba pokonywać i ból i wydawać, by się mogło, że bariery, których pokonać już nie sposób, w moim przypadku może chociażby stanowić przeciążenie na jednym z ostrych zbiegów po przekroczeniu Góry Kłodzkiej na 80 km trasy, mięśni, a wówczas wydało mi się, że i wiązań obrębu stawów kolanowych. W efekcie pojawiła się trudność nawet w zejściu ze zbocza: na wprost nie byłem w stanie, a bokiem obawiałem się tego czynić ze względu na możliwy uraz. Zastanawiając się jak wybrnąć z tej sytuacji, odkryłem, że da się to czynić schodząc i zbiegając tyłem, gdyż ze względu na zmianę pracy mięśniowej, dolegliwości mieściły się w normie. Tak pokonałem dwa zbocza i kilka dalszych stromych odcinków, oczywiście uważając by nie przedobrzyć, bo potknięcie się o kamień, czy pień drzewa i wywrotka do tyłu mogłaby zakończyć się dużo gorzej, niż wcześniejszy problem. Po czasie dało się wrócić do normalnej sytuacji, choć na zbiegach poruszałem się już i ostrożniej i wolniej.

Z topografii trasy wiedziałem, że przekroczyłem 100 km, a ja biegłem. Przypomniał mi się  (tak długi bieg pozwala na przemyślenie wielu rzeczy), mój jedyny V maraton warszawski sprzed 30-tu laty, gdy drugą jego część praktycznie przeszedłem. Tu uczestniczyłem w grze i biegłem w pełnym słońcu i upale, było to coś niesamowitego. W miejscu, gdzie oznaczenia świadczyły już o nieodległej mecie, poprzedzającego biegacza, który zrezygnował z walki w efekcie mojego zbliżania się, zachęciłem do dalszego biegu i ten mówiąc, że spróbuje się podłączyć, biegł cały czas za mną. Przed metą jednak, kolega z trasy mnie wyprzedził, trochę przez konieczność zachowywania ostrożności na zbiegach z mojej strony (przynajmniej mam jak się pocieszać). Gratulacje i podziękowanie, przybite kubkami coli za poderwanie do biegu i jego ostatnie wspólne kilometry, też tworzą klimat i obrazki z tych biegów, niezależne od rywalizacji, a może ważniejsze nawet, ze wspólnego działania i wspierania się, podobnie jak pozdrowienia i doping na trasie ze strony szybszych biegaczy z biegów krótszych, biegnących po nakładających się częściowo trasach, co jest kolejnym pozytywnym elementem organizacyjnym omawianej układanki biegowej festiwalu.

W biegach osiągnąłem wszystko, na pewno więcej niż mogłem się spodziewać czy oczekiwać. By można tak powiedzieć, wcale nie trzeba jednak przebiec biegu ultra, ale należy dotrzeć dalej niż znajduje się nieprzekraczalna bariera naszej wyobraźni, czy możliwości i pokonać drogę, która nas od tego dzieli i tam doprowadzi.

Zwycięstwo jest tam, gdzie większość nie dociera.

 

Reasumując, nikomu nie polecam startu w biegach górskich ultra bez właściwego przygotowania i porywanie się na takie dystanse, bez tegoż uważam, za nierozważne. Z drugiej jednak strony nikomu też nie odradzam, a wręcz przeciwnie, omawianego startu przy niedostatkach przygotowania fizycznego, a przy mentalnie budującej wierze w osiągnięcie zamierzonego celu. Im należy poddać pod uwagę, że podjęcie opisanych wyzwań i start w biegu, wzmacnia poczucie wartości, pozwala się sprawdzić, mieć swoje tzw. pięć minut, uznanie, a nawet podziw. Czy warto dla tych chwil, uznania i podziwu jednych, a tzw. pukania się w głowę innych, czy własnej satysfakcji być na trasie 15, 20, 25 godzin, a może nawet dwa razy tyle, na najdłuższym z kolei dystansie biegów górskich w Polsce podczas tego samego festiwalu, każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Biorąc pod uwagę, że na trasie również coś się dzieje, coś co przynosi równie wielką satysfakcję, nie zapominając, że działamy w przestrzeni, która pozostaje piękna krajobrazowo, wiele przemawia za taką próbą i podjęciem wyzwania.

Może ten nieco przydługi opis, trochę odmitologizuje casus biegów ultra, ale nie zmienia to faktu, że jest to bieg dla ludzi ambitnych, z charakterem, potrafiących wcześniejszą ciężką pracą /treningami/, wiarą, uporem, umiejętnościami i konsekwencją w dążeniu do celu, pokonywać trudy będące wielokrotnie na krawędzi możliwości, czy bariery wydające się być nieosiągalnymi. Jak się okazuje, te oczekiwane cechy osobowościowe, które omawiane biegi pozwalają też kształtować, a nie tylko solidne przygotowanie fizyczno – biegowe, pozwalają na osiąganie wskazywanych celów i pokonanie trasy ultra. Z pewnością jednak dobre przygotowanie biegowe, którego również nie sposób osiągnąć bez podobnie definiowanych cech, znacznie ułatwia osiągnięcie zamierzonego celu i to jak się wydaje zdecydowanie mniejszym kosztem na samym biegu, nie mówiąc już o wyniku rywalizacji, czy późniejszej regeneracji organizmu.

23 sierpnia 2014 r. [/hidepost]

|

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here