Językowe dziwadełka

52

Z jednej strony w wolnym i niewątpliwie demokratycznym kraju (a to już przecież ćwierć wieku tej, autentycznej demokracji) publikacje powinny odpowiadać zapotrzebowaniu i gustom społeczeństwa. Strona druga to niezbywalne prawo troski o możliwie wysoki poziom przekazywanych treści, ale także formy w jakiej się one ukazują.

Obserwujemy przecież, że dynamicznie zmienia się także język, którym się posługujemy. Uczestnicząc w redagowaniu i korygowaniu gazety zadaję często pytanie: jak dalece wyrażenia z języka potocznego mogą (powinny) znajdować swe odbicie w artykułach? Osobiście twierdzę, że prasa (podobnie jak książki) powinna stanowić pewien wzorzec dobrego, poprawnego języka, bo uleganie oddolnym (potocznym) wzorom może doprowadzić do degradacji i języka, i kultury w ogóle.   

Teraz o paru przykładach językowych dziwadełek, które trafiają do naszej mowy. Są wyrazy kiedyś pogardzane, które zdobywają sobie prawo normalnego używania. Kilka lat temu stała się moda na „kapele”, dawniej tylko ludowe, teraz już także rockowe. Pogardliwe ongiś słowo „knajpa” stało się dziś nazwą także porządnego lokalu gastronomicznego. Niezasłużoną (tak uważam) karierę robi przymiotnik „darmowy”. Kojarzy mi się on nieodparcie z czym dawanym z łaski, z ostatnim ochłapem. O wiele bardziej elegancko jest stwierdzić, że coś jest „bezpłatne” czy „gratisowe”. Ale „darmowy” wciska się wszędzie, określa nawet dostępne dla ogółu obywateli porady prawne.

Nie mogę także wciąż zaakceptować dwóch pojęć związanych z opisami kolizji w ruchu drogowym. „Dachowanie” i „czołówka” są dziś bardzo popularne (bo krótkie), ale bardzo banalizują opis tragicznej przecież sytuacji. Przy czym widzę tu zasadniczą różnicę. „Dachowanie” oddaje istotę rzeczy, bowiem mówi o sytuacji, gdy samochód znalazł się na dachu, ale owa „czołówka” to już wymysł absolutny, bo przecież auta nie mają czół, a sam termin oznacza tych, którzy prowadzą, np. w wyścigu, czy w manifestacji .

Podobna zmiana znaczenia, chyba nieuzasadniona następuje w określeniu „klimatyczny” odnoszącym się do wykonawcy koncertu. Owszem mogę zrozumieć, że artysta pięknie wykonując piosenki wytworzył swoisty klimat, ale taki skrót myślowy jest chyba niepotrzebny. Podobnie irytuje mnie panoszący się przymiotnik „modowy”, choć przyznać muszę, że zapełnia on pewną próżnię językową, bo wszak „modny” oznacza całkiem co innego.

Przy ogólnopolskiej dyskusji o kierowcach prowadzących pojazdy pod wpływem alkoholu pada często argument, że istnieje przyzwolenie społeczne, a nawet pobłażliwość wobec takich, nagannych przecież sytuacji. Chciałbym zauważyć, że używane (i nadużywane) określenia jazdy „po pijaku”, czy też „na podwójnym gazie” też są takiego przyzwolenia elementem. To coś jak określenie „wódeczka” w stosunku do napoju wywołującego tragiczne skutki.

Do dziwadełek zaliczyłbym także sformułowanie „godziny czynności”, które znalazło się niedawno na drzwiach jednej z aptek. Bo to, że „apteka jest czynna”, albo że „pracuje w godz….” to jest jasne, ale czy apteka może wykonywać jakiekolwiek czynności?… dziwne.

I jeszcze dwa zdania o powszechnie używanych skrótach. KPP jako skrócona nazwa Komendy Powiatowej Policji wciąż budzi skojarzenia z osądzoną od czci Komunistyczną Partią Polski. Natomiast PUP jako skrót Powiatowego Urzędu Pracy nie brzmi jednak odpowiednio poważnie w stosunku do tak ważnego urzędu.  

Oczywiście, nie będąc nawet polonistą, nie mogę rościć sobie prawa do ostatecznego rozstrzygania zasygnalizowanych kwestii. Wzorem jest tu dla mnie prof. Jan Miodek, który uznając potrzebę zachowania piękna naszego ojczystego języka, wykazuje dużą tolerancję dla nowych tendencji i prób jego wzbogacania.

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here