Legenda Jupiterów

388

Na jednej ze szkolnych uroczystości, w auli trzebnickiego liceum (to była wtedy tzw. jedenastolatka), w ramach tzw. części artystycznej, usłyszałem po raz pierwszy fascynujące dźwięki gitar (chyba jeszcze akustycznych) i  rockandrollowe rytmy. Wystąpili moi starsi koledzy; byli wśród nich zapewne Wojtek Mroczek,  słynny na całą szkołę wielbiciel i naśladowca Elvisa oraz Jacek Lechowski. Nowoczesnej muzyce towarzyszył program kabaretowy, z jego wykonawców zapamiętałem Zbyszka Wilka, który mieszka obecnie w Nysie i chyba także Zbyszka Parkitnego.

A potem przeżyłem niezwykłą przygodę z zespołem Jupiter Beat, który przez kilka lat był the best na trzebnickiej scenie muzycznej. Co prawda nie miałem zdolności muzycznych, ale jakimś cudem „załapałem się”, pełniąc zaszczytną rolę konferansjera.

W ubiegłym roku, po wielu, wielu latach przerwy nawiązał ze mną kontakt Andrzej Wicherkiewicz gitarzysta i współtwórca legendarnych Jupiterów, od wielu lat mieszkający w Kanadzie. Dzięki jego pomocy udało się odtworzyć trochę informacji o niezwykłej, a zapomnianej dziś grupie – Jupiter Beat.

Zaczęło się trochę „dziwnie”. Chyba pod koniec 1965 pani Szurkawska z trzebnickiej PSS (Powszechna Spółdzielnia Spożywców) zakupiła, zapewne w ramach działalności socjalno – kulturalno –  oświatowej, jaką prowadziły wtedy zakłady pracy, trzy wspaniałe czeskie gitary elektryczne marki Jolana. Wkrótce znalazło się w Trzebnicy paru zapaleńców, w większości uczniów trzebnickiego Liceum Ogólnokształcącego, interesujących się muzyką mocnego uderzenia. Jako salę prób otrzymali od PSS-u lokal przy ul. Obrońców Pokoju, nad ówczesnym Zaciszem (dziś mieści się tam klub Fama, jak głosi reklama lokalu „miejsce kultowe”), gdzie mogli przeprowadzać próby. „Oczywiście gitary to nie wszystko, potrzebowaliśmy jeszcze wzmacniaczy, głośników, no i perkusji. Wszystko to „załatwialiśmy” własnym sumptem; wzmacniacz i jakieś głośniki zapewnił nam kolega elektronik Leszek Krzak, a części perkusji przywoził z Wrocławia nasz pierwszy perkusista pan Wiesiek” – wspomina po latach Andrzej Wicherkiewicz. W początkach grupy wokalistą był Wojtek Mroczek, na gitarze basowej grał Jacek Lechowski, na rytmicznej Marian Zielonka, a na „wspaniałej czerwonej solówce” właśnie Andrzej. Pierwszy utwór, jak zagrali Jupiterzy to słynny „Red River Rock” (znany był także wtedy w wersji popularno – kolonijnej jako „Piękne życie spędzają kowboje”).

Na jednej z pierwszych prób, nad Zaciszem ustalona została (prawdopodobnie w wyniku „burzy mózgów”) nazwa zespołu. Funkcjonowała ona w wersji oficjalnej jako Jupiter Beat (wyraźne wpływy mitologii – w starożytnym Rzymie Jupiter, inaczej Jowisz był najwyższym bóstwem, władcą m.in. burz i piorunów, ale także astronomii – Jupiter to nazwa największej planety naszego układu słonecznego). Była także nazwa potoczna – Jupitery – widniała ona na logu zespołu, którego twórcą był obdarzony od lat najmłodszych talentem plastycznym Zbyszek Lubicz – Miszewski. Dzisiejszy prezes TMZT, a wtedy sąsiad Andrzeja, odegrał istotną rolę w promocji Jupiterów wykonując – bezinteresownie wiele oryginalnych i niepowtarzalnych afiszów, informujących o koncertach grupy. Robił to całkiem bezinteresownie (nawet nie korzystał z darmowych wejściówek!) i często na „ostatnią chwilę”.

Po paru miesiącach prób zespół osiągnął już taki poziom, że zainteresował się nim ówczesny, słynny ze swych talentów organizatorsko – menadżerskich dyrektor Trzebnickiego Ośrodka Kultury Feliks Mułka. Tym samym „przygoda z PSS-em” dobiegła końca i cały sprzęt wraz z Jupiterami został przekazany do domu kultury. „Tam dopiero się zaczęło, nareszcie mieliśmy normalną perkusję, odpowiednie nowe wzmacniacze, no i dostęp do sali prób kiedy tylko chcieliśmy. W międzyczasie testowaliśmy nowych muzyków, no i koncertowaliśmy gdzie tylko się dało” – napisał z Toronto Andrzej Wicherkiewicz.

W składzie zespołu zaszło parę zmian – występowali w nim uczniowie LO –   obok Mariana Zielonki i Andrzeja Wicherkiewicza, na basie grał Krzysiek Sokól (był także wokalistą), na perkusji Heniek Klik, a na klawiszach (to był specjalnie zakupiony instrument, zdaje się klawiset) Jasiu Smaha. Wokalistką zespołu, świetną wykonawczynią piosenek Salvatore Adamo, była Hanka Walczak. Śpiewał także z Jupiterami Marek Wojtaśkiewicz. Zespół posiadał także konferansjera – pierwszym był Andrzej Wołoszyn, a obsługę techniczną zapewniał pan Wacek z trzebnickiego PDK. Opiekunem beatowej grupy i znakomitym organizatorem koncertów był Roman Głuszek, do niedawna dyrektor trzebnickiego Urzędu Pracy.

W repertuarze zespołu było ok. 40 utworów. Najbardziej pamiętam superdynamiczną wersję przeboju Beatlesów „Dizzy Miss Lizzy”, której gitarowy riff i prosta, ale doprawdy szalona melodia wywoływały entuzjazm każdej widowni. Na zawsze zapamiętałem grany przez Jupiter Beat utwór Rolling Stonesów „Get Of Off My Cloud” („Spadaj z mego obłoczka”). Była też „Bala Bala” – kawałek o prostym tekście, ale obłędnym rytmie, brawurowo śpiewany przez Marka. Legenda mówi, że przy wykonaniu tego utworu w Piotrkowiczkach zdemolowane zostały wszystkie krzesła w nowo otwartej świetlicy. Były także utwory spokojniejsze, choćby modna wtedy gitarowa wersja standardu „Maria Elena” oraz także instrumentalne: „Smak Miodu”, „Angelina”, no i kilka hitów gitarowego zespołu The Shadows jak: „Apacze”,  „Brazylia”, „Guitar Tango”, „Foot Tapper” i „FBI”. Były także, jak wspominałem piosenki Salvatore Adamo („Niech pada śnieg” oraz ” Przyjdź moja brunetko”) oraz śpiewane przez Krzyśka polskie przeboje „Ballada ratuszowego zegara (Piotra Janczerskiego), czy `Żal” (Wojciecha Gąssowskiego z poetyckim tekstem Antoniego Słonimskiego). Natomiast na „mojej” studniówce w 1967 r., w sali gimnastycznej trzebnickiego LO, największym, wielokrotnie bisowanym przebojem był utwór Chochołów „Księżyc nad Soliną”. W repertuarze Jupiterów były także kompozycje własne członków zespołu, najczęściej z imionami dziewcząt w tytule.

Grupa grała wiele koncertów, które cechowały się niepowtarzalną, spontaniczną atmosferą. Młodzi bigbeatowi słuchacze odbierali Jupiterów niemal jak Beatlesów. Trudno dziś dociec jak to było naprawdę w Piotrkowiczkach, ale jak wspomina Andrzej „kiedy graliśmy w sali kinowej w Obornikach i tak „zagrzaliśmy” fanów, że zaczęli rzucać krzesłami z balkonu – to było niebezpieczne, aż musieliśmy przerwać ten koncert”. Do prestiżowych występów Jupiterów zaliczyć z pewnością można koncert grany na dużej sali Wojewódzkiego Domu Kultury na ul. Mazowieckiej we Wrocławiu – było to zdaje się w czasie przeglądu zespołów big – beatowych. Była także studniówka w Liceum Pedagogicznym (dziewczęcym) w Obornikach Śląskich. Pamiętne były także pojedynki rockowe toczone z grupami beatowymi z innych miasteczek („Gitariady, czy „Beatoramy”) – najbardziej zapamiętałem taki koncert w Górze, gdzie rywalami Jupiterów były miejscowe Zjawy. Zapowiadając utwór o szalonej pannie Luizie, krzyczałem (a właściwie ryczałem) wtedy do mikrofonu, przedstawiając skład Jupiterów: ” na prowadzącej gitarze – żylecie gra  Andrzej Wicher – Wicherkiewicz”.

Był także pamiętny koncert grany wraz z inną trzebnicką grupą Uczniacy, którą kierował dzisiejszy szef znanego w całym świecie Teatru Gardzienice – Włodek Staniewski. Była to właściwie szkolna akademia z okazji Dnia Nauczyciela. Zgodnie z ówczesnym zwyczajem odbywała się na dużej sali trzebnickiego domu kultury. Naszych ukochanych belfrów usadziliśmy na najbardziej honorowych miejscach, czyli w pierwszym rzędzie, tuż przy głośnikach. Program imprezy był niewinny – utwory muzyczne przeplatane były skeczami i monologami satyrycznymi (to była domena mego, nieżyjącego już niestety przyjaciela Stefka Nadziei). Gdy jednak wyczerpaliśmy ustalony wcześniej program, za namową muzyków z obu formacji, zapowiadałem kolejne i kolejne utwory, żeby było sprawiedliwie: raz Jupiterów, a raz Uczniaków. Atmosfera była cudowna, młodzież bawiła się wspaniale, pokrętła wzmacniaczy ustalone były już na maksimum. Wychodziłem właśnie, by zapowiedzieć kolejny utwór grupy Jupiter Beat (nomen omen „Melodię dla Barbary”), gdy nagle wstała ze swego miejsca nasza wychowawczyni i wspaniała opiekunka kółka artystycznego śp. Barbara Sułkowska wypowiadając bardzo głośno, w imieniu grona profesorskiego taką kwestię: „Wojtek, kończ wreszcie, bo my już nie możemy.”

I jeszcze raz oddajmy głos gitarzyście Jupiterów: Najbardziej jednak lubiliśmy grać w PDK-owskiej kawiarni, tej z podświetlaną podłogą; był to nasz home turf i naprawdę czuliśmy się tam jak w domu. Tak to trwało gdzieś do początków 1969, kiedy to nasza „prywata” czyli różne cele, a także sprawy rodzinne doprowadziły do rozpadu Jupiter Beat – szkoda!  Tak by to wyglądało w skrócie, oczywiście trudno oddać tę atmosferę tych koncertów, czy to zabaw tanecznych, wiesz najlepiej, to trzeba było przeżyć!”

Nic dodać, nic ująć. Jupiterzy, tak jak ich pamiętam, to była wspaniała grupa, wykonująca muzykę głośną i dynamiczną, bardzo nam bliską; muzykę – symbol naszego pokolenia; muzykę, która różniła się od wszystkiego co było wcześniej. Elektryczne gitary, perkusja, klawisze pozwalały wyrazić dynamikę przemian, jakie wtedy następowały, a długie włosy były symbolem buntu przeciw obowiązującym stereotypom. Ich muzyka poruszała, dawała radość, pozwalała nie przejmować się szarością powszednich dni.

Losy Jupiterów potoczyły się różnie, jak to ludzkie losy. Nie ma już wśród nas, niestety Jacka Lechowskiego i Krzysztofa Sokóla. Najwierniejszym Trzebnicy pozostał doktor Marian Zielonka, który od wielu lat przyjmuje pacjentów w przychodni. Andrzeja los zaniósł do  Mississaugi (przedmieście Toronto), Jasiu Smaha mieszka prawdopodobnie w rodzinnym Strzelinie, a Hanka Walczak w Lubinie.

Pozostały piękne wspomnienia i trochę starych fotografii. A może jest ich więcej (i zdjęć, i kartek pamięci). Proszę o kontakt wszystkich, którzy mogliby coś wnieść, uzupełnić, dopowiedzieć do historii nie tylko zespołu Jupiter Beat, ale także innych trzebnickich, obornickich, żmigrodzkich grup mocnego uderzenia. Pozbierajmy wspólnie okruchy wspomnień, ocalmy je od zapomnienia.

 

 

 

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here