Rodzina szukała Andrzeja przez 10 lat. Dzisiaj odbędzie się pogrzeb

978

Zaginięcie Andrzeja Wolskiego, było niewyobrażalną tragedią dla Jego rodziny i przyjaciół. Poszukiwania trwały bardzo długo, jednak nie przynosiły rezultatu.

Andrzej wyszedł jak co dzień do pracy, pomagał na budowie swojemu koledze w Ujeźdźcu Wielkim. Kiedy nie wrócił na noc do domu, zadzwoniła do nas, jego żona Jowita. Była zaniepokojona. Pytała, czy wiemy co się z nim stało? Natychmiast rozpoczęliśmy poszukiwania, zaczęliśmy przeczesywać lasy niedaleko Ujeźdźca, a policja prowadziła równolegle swoje śledztwo. Dostawaliśmy różne sygnały od ludzi, którzy dzwonili i wskazywali, że widzieli podobną osobę do Andrzeja. Szukaliśmy Go w schroniskach dla bezdomnych, sam chciałem jechać w Bieszczady, by tam spróbować odszukać brata – wtedy to była taka enklawa dla tych, którzy chcieli zniknąć na jakiś czas, zaszyć się. Dwa razy emitowano reportaż o Andrzeju w programie telewizyjnym o zaginionych. Niestety, nasze poszukiwania na nic się zdały. Andrzej przepadł jak kamień w wodę. Szukaliśmy Go, aż do nadejścia zimy, potem już zdaliśmy sobie sprawę z tego, że albo coś się stało Andrzejowi albo, że ukrył się tak skutecznie, ponieważ tego chciał – tak wspomina tamte wydarzenia po latach Paweł Wolski, brat Andrzeja.

Policja nieprzerwanie od września 2003 r. prowadziła poszukiwania, co jakiś czas informowała rodzinę o wynikach śledztwa. Kilka miesięcy temu pobrano do badania próbkę materiału DNA od Pawła Wolskiego i jego matki. W lipcu otrzymali wiadomość o odnalezieniu szczątków ciała zaginionego: kość ramienia i czaszkę, które ktoś znalazł przypadkowo w lesie. Krótko po tym wydarzeniu, rodzina dowiedziała się, że prawdopodobnie zaszła pomyłka, a szczątki znalezione w lesie, należą do kogoś innego. W listopadzie przyszły jednak wyniki badań DNA, potwierdzające niemal w stu procentach, że odnalezione w lipcu tego roku szczątki, należą do Andrzeja Wolskiego.

– Musimy przyjąć każdą wersję. Nigdy nie dowiemy się, w jakich okolicznościach od nas odszedł. Chcemy jednak wierzyć w to, że umarł spokojnie, że nikt Mu w tym nie pomógł. Myślę, że po tylu latach odczuliśmy ulgę, wiedząc, że znamy miejsce jego spoczynku. Nasza mama będzie mogła pójść na grób, zapalić świeczkę i z nim porozmawiać. Oczywiście chcielibyśmy nadal wierzyć w to, że badania kłamią, że to jednak nie jest Andrzej. Chcielibyśmy wiedzieć, że nadal jest gdzieś wśród nas, że gdzieś żyje… – dodaje Paweł Wolski.

Zamknięty w sobie, pacyfista…

Chyba najtrudniejszym dla rodziny jest wspomnienie zmarłego. Przecież jeszcze do niedawna żyli nadzieją, że uda się Go odnaleźć. Teraz przed nimi najtrudniejszy i najboleśniejszy moment – ostatnie pożegnanie. Jak zapamiętali Andrzeja najbliżsi?

Andrzej lubił muzykę, grał na gitarze w czasach szkoły, miał swój zespół, był znany w środowisku lokalnych muzyków. Był pacyfistą, chłopakiem z długimi włosami. W roku 1987, w czasach głębokiej komuny, trafił do wojska. Nie potrafił jednak dostosować się do tego rygoru, więc uciekł. Mam nawet zachowany pamiątkowy egzemplarz „Żołnierza wolności”, z artykułem o moim bracie, gdzie został przedstawiony jako człowiek, któremu na niczym nie zależy, a z którego wojsko zrobiło mężczyznę – czysta propaganda. Pamiętam, że gdy udało mu się uciec, to najpierw do naszego ojca wysłano list, by w wyznaczonym dniu stawił się w jednostce, ponieważ syn nie chce wykonywać rozkazów. Potem ktoś z jednostki przyjechał do nas do domu. W tym czasie ojciec poszedł do mamy do pracy. Wtedy zauważył Andrzeja idącego sobie, jak gdyby nigdy nic ulicą. Mój brat ma żonę i trójkę dzieci – najstarszy syn skończył teraz 20 lat, a bliźniaki 18. Gdy zaginął, jego dzieci były małe, bliźniaki miały 8 lat, a najstarszy syn raptem 10. Żona Andrzeja najpierw pracowała jako nauczycielka w Szkole Podstawowej nr 3 , a teraz jest fizjoterapeutką u sióstr zakonnych. Andrzej po wyjściu z wojska pracował najpierw w szpitalu: był sanitariuszem, salowym – wspomina Paweł Wolski.

Dla Marii Wolskiej, mamy Andrzeja, wiadomość o odnalezieniu ciała syna jest bardzo bolesnym przeżyciem. Przez cały czas żyła nadzieją, że jeszcze Go zobaczy.

Sąsiedzi nam powiedzieli, że w lipcu znaleziono szczątki ludzkie, niedaleko Ujeźdźca. Zadzwoniłam na policję, ale tam dowiedziałam się, że zostały wzięte do badania. Potem dostałam nieoficjalną wiadomość, że to nie jest Andrzej. 18 listopada przyszedł do nas policjant z informacją, że to jednak jest mój syn, potwierdziły to badania DNA. We wrześniu tego roku minęło 10 lat od Jego zaginięcia. Chociaż czas zrobił już swoje, to jednak ciągle żyłam tą nadzieją, że jeszcze zobaczę mojego syna. Z czasem odczuję tę ulgę wiedząc, gdzie jest, że zapalę za Niego świeczkę, ale na razie jest mi bardzo ciężko. Dopóki nie było ciała istniał ten cień nadziei, że jednak Andrzej się odnajdzie, że kiedyś się odezwie. Teraz już mamy pewność, że już Go nie ma. Dla mnie, te ostatnie 10 lat były bardzo ciężkie, żyłam w ciągłej niewiadomej: nie wiedziałem czy gdzieś leżą jego kości czy też może chodzi wśród ludzi. Bardzo żałuję, że Andrzej już nigdy nie zobaczy swoich dzieci, wyrosły na bardzo mądrych ludzi – opowiada z płaczem Pani Maria, i dodaje – Andrzej chodził swoimi drogami, był bardzo skryty, nigdy nie mówił o tym, czy jest mu dobrze, czy źle. Wszystko trzymał w sobie. Ciężko było wyczuć co w nim siedzi. Ożenił się, miał dzieci. Każdego roku, na święta Bożego Narodzenia odkładaliśmy dla niego opłatki z wigilii, teraz złożyliśmy je do trumny – powiedziała nam Maria Wolska.

Andrzejowi Wolskiemu, w Jego ostatniej drodze towarzyszyć będą najbliżsi. Pogrzeb odbędzie się na cmentarzu przy ul. Spokojnej, w dniu dzisiejszym (3 grudnia) o godz. 13.00.

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here