Urzędowe gierki

    122

    Zwykłe spotkanie z trzebnicką władzą przerodziło się w spektakl, który u naszych gości z Białorusi wywołał konsternację i zażenowanie. Ale od początku. Jak już pisaliśmy, od niedzieli do czwartku, dziennikarki z Białorusi gościły w naszej redakcji i zwiedzały różne instytucje. A ponieważ, gmina Trzebnica jest największą w naszym powiecie, postanowiliśmy wysłać do burmistrza zaproszenie na spotkanie. Chcieliśmy, aby poznały na czym polega samorząd. I chyba udało się to nawet lepiej niż zaplanowaliśmy. Po wysłaniu przez nas oficjalnego zaproszenia i propozycji spotkania, początkowo otrzymaliśmy maile z akceptacją, ale już dzień przed spotkaniem otrzymaliśmy przedziwne warunki. Otóż trzebnicka władza sugerowała, aby spotkanie odbyło się… bez udziału dziennikarzy NOWej. Nie wierzyliśmy własnym oczom, ale oczywiście odpisaliśmy na mail. Obok publikujemy całą korespondencję mailową, tak by każdy Czytelnik mógł sam sobie wyciągnąć wnioski z tej niecodziennej sytuacji.

    Sądziliśmy, że te niezrozumiała propozycja, to jakaś pomyłka, ale czekając w urzędzie zauważyliśmy, że pod umówioną salą gromadzą się urzędniczki redagujące gazetkę urzędową. Za chwilę pojawił się też przedsiębiorca, który wydaje i za darmo rozdaje swoje pismo. Po chwili, tuż za wiceburmistrzem Trelą i sekretarzem Buczakiem pod drzwi przyszedł również wydawca dwutygodnika Kurier Trzebnicki. Gdy zapytaliśmy, dlaczego wszyscy chcą wejść na nasze prywatne (czyli naszej redakcji) spotkanie z burmistrzem, usłyszeliśmy, że oni zostali zaproszeni przez burmistrza, który powiedział, że robi konferencję prasową z dziennikarkami z Białorusi. Wtedy wyjaśniliśmy, że burmistrz nie robi żadnej konferencji, że dziennikarki są naszymi gośćmi i że to my, zaproponowaliśmy burmistrzowi spotkanie. Dodaliśmy, że jak oni spotykają się z burmistrzem, to nikt z dziennikarzy NOWej im się do pokoju nie wpycha. To przecież elementarne zasady kultury.

    Wtedy wydawca Kuriera stwierdził, że w takim razie został wprowadzony w błąd, bo myślał, że to jest otwarte spotkanie, i że to burmistrz gości te Panie, a skoro są one naszymi gośćmi i jest to faktycznie nasze spotkanie z burmistrzem, to on w takim razie, widząc niezręczność, nie weźmie w nim udziału. I faktycznie, tylko on nie wszedł do sali nr 12. Pozostałe, nieproszone przez nas osoby, czyli 3 pracownice piszące do urzędowej gazety (Dlaczego były aż trzy, a nie jedna? Czy nie mają nic ciekawszego do roboty? To pytania, które nasuwały się same.) i ów Pan, który wydawaną przez siebie gazetkę rozdaje za darmo, bez pardonu wpakowali się na nasze spotkanie. No cóż, stwierdziliśmy, że mimo, iż sytuacja jest niezręczna i krępująca dla naszych gości, to przecież nie będziemy się z nikim szarpać. W końcu kulturę osobistą albo ktoś ma, albo nie i tyle.

    Samo spotkanie, które miało przebiegać spokojnie, na którym włodarze mieli wyjaśnić na czym polega samorząd i jakie ma zadania, skupiło się wokół naszej gazety. Nie wiadomo dlaczego, ale obecne, a nieproszone osoby nagle zaczęły przepytywać naszych gości. Co więcej wtrącały się do wypowiedzi czy dyskusji między Białorusinkami a włodarzami. Czasami wydawało się, że to one chcą odpowiadać za burmistrza czy sekretarza. W pewnym momencie Julia zapytała, a gdzie Panie pracują i kim są? Okazało się, że jedna z tych „niby dziennikarek”, jest zatrudniona jako inspektor w TCKiS, druga pracuje tam na umowę zlecenie i robi zdjęcia na imprezach, a trzecia pracuje w gminie, w ogólnie pojętym dziale promocji. Dla Julii wszystko było już jasne. Po spotkaniu powiedziała z uśmiechem: – U nas też władza lubi tylko tych dziennikarzy, którzy piszą o niej dobrze.

    W pewnym momencie spotkania dyskusja nie wiadomo czemu, zeszła na… ocenę poziomu jaki reprezentuje nasza gazeta. Zamiast odpowiadać na pytania dziennikarek z Białorusi i wyjaśniać codzienną pracę trzebnickiego samorządu (z jakimi boryka się problemami? jakie zadania realizuje?), władze i obecni sprzyjający im „dziennikarze” wylewali gorzkie żale i opowiadali, jacy to niby jesteśmy nierzetelni itp. Oczywiście nie przytaczali konkretnych przykładów. Na zakończenie burmistrz Długozima oznajmił, że od dawna chce się umówić na wywiad autoryzowany, ale dziennikarze NOWej nie chcą się na to zgodzić. Na naszą uwagę, że jest to nieprawda, bo przecież umawialiśmy się już na wywiad i to przy kamerze (wtedy nikt nic nie może pominąć, jak np. przy pisaniu tekstu – przyp. red.), to właśnie burmistrz tuż przed spotkaniem odwołał wywiad. Powiedzieliśmy też, że nie ma problemu by przeprowadzić taki wywiad i nagrać go na dyktafon, tak żeby nie było żadnych wątpliwości. Wtedy burmistrz odpowiedział, że tak to on nie chce. Mówił, że on by chciał wywiad, ale musimy mu najpierw przesłać pytania na piśmie. Wtedy jedna z dziennikarek z Białorusi zauważyła, że to już nie będzie wywiad.

    Na koniec, ktoś zasugerował, by dziennikarki napisały, że spotkanie przebiegło spokojnie. – Ja na pewno, nie nazwałabym go spokojnym i tak bym nie napisała – odpowiedziała, wyraźnie zdziwiona Julia. Przed samym wyjściem burmistrz jeszcze poprosił, by stanęły z nim do zdjęcia, które robiono do urzędowej gazetki. Zaskoczone nie protestowały, ale po wyjściu nie kryły zdziwienia. – O rany i jeszcze to zdjęcie, takie sztuczne – komentowały „na gorąco”.

    ODPOWIEDŹ

    Please enter your comment!
    Please enter your name here