Tragedia pod Prusicami: cysterna przygniotła karetkę i spłonęła

653

O tej tragedii mówił w poprzednim tygodniu cały kraj. Przypomnimy, że do wypadku doszło tuż za Prusicami, w kierunku Żmigrodu. Byliśmy pierwszymi dziennikarzami na miejscu zdarzenia. Kiedy dojechaliśmy, strażacy kończyli gasić samochody i rozpoczynali studzenie aut. Nie było wiadomo było ile osób jechało karetką, która znajdowała się pod cysterną. Dopiero po kilku godzinach ustalono, że w ambulansie znajdowała się jedna osoba. Był to 46-letni mężczyzna, który wracał z Wielkopolski do Sosnowca, godz pracował. Jeszcze podczas akcji ratowniczej pojawiały się głosy, opisujące przebieg wypadku. Według relacji okolicznych mieszkańców, kierowca cysterny jechał z od strony Wrocławia do Poznania. Miał przed nim jechać samochód osobowy, który, według słów mieszkańców, nagle zahamował na widok jadącej z przeciwka karetki. W tej sytuacji, aby nie uderzyć w tył osobówki, kierowca cysterny nagle zahamował, zjechał na lewą stronę drogi, nie zapanował nad pojazdem, w którym było około 26 ton ładunku i wtedy pod kabinę cysterny wbiła się jadąca z przeciwka karetka.

Takiej wersji wydarzeń nie chcą jeszcze potwierdzić ani policjanci ani prokuratorzy prowadzący sprawę. – Po przeprowadzeniu wstępnej ekspertyzy postawiliśmy zarzut z art. 177 kk, paragraf 2 kierowcy cysterny. Jest to spowodowanie wypadku drogowego. Sprawa jednak nie jest prosta i ewidentna – mówi Leszek Wojtyła, prokurator rejonowy z prokuratury w Trzebnicy. – Kierowca ciężarówki, 36-letni mieszkaniec podwrocławskiej miejscowości usłyszał zarzuty. Zastosowano w tym przypadku środek zapobiegawczy w postaci poręczenia majątkowego. Mężczyzna został zwolniony do domu. Pewne jest, że kierowca cysterny nie zachował należytej ostrożności, nie obserwował starannie otoczenia. Wypadek miał skutek śmiertelny, zginął człowiek. W takim przypadku oskarżonemu grozi kara więzienie od 6 miesięcy do 8 lat. Oskarżony nieumyślnie spowodował ten wypadek, ale powtarzam, że nie  zachował należytej ostrożności – mówi Leszek Wojtyła. Prokurator dodał, że ten wypadek jest bardzo skomplikowany. – Trzeba poczekać na wszystkie opinie, przesłuchać świadków, w tym również tego, który jest bardzo ważny dla sprawy. Cały czas prowadzone są czynności mające na celu wyjaśnienie wszystkich okoliczności tragedii. Dopiero po zebraniu wszystkich materiałów będzie można stwierdzić, w jakim stopniu kierowca cysterny jest winny, czyli w jakim stopniu przyczynił się do wypadku – powiedział prokurator rejonowy Leszek Wojtyła i dodał, że w tej chwili nie może przekazać więcej informacji.

Jak wypadek wyglądał naprawdę? Tego dowiemy się zapewne za kilka miesięcy. Jedna ze stacji telewizyjnych stworzyła symulację komputerową, która pokazywała jego przebieg. Pełną wiedzą mamy jedynie na temat wydarzeń, które miały miejsce już po przyjeździe służb ratowniczych.

Groźny wyciek

Akcja ratownicza była bardzo trudna, ponieważ auta paliły się, a strażacy nie mieli pewności co do zawartości cysterny, nie było wiadomo również ile osób jechało karetką.

Służby otrzymały zgłoszenie z jednostki z Wrocławia. Jak mówi Dariusz Zajączkowski, rzecznik prasowy PSP w Trzebnicy, od pierwszego października działa nowy system. wszystkie połączenia na 112 odbierane są we Wrocławiu i stamtąd w konkretne miejsca kierowane są odpowiednie służby. Z samego opisu wynikało, że wypadek jest bardzo groźny. Dyżurny skierował na miejsce całe siły państwowej straży z Trzebnicy, a także  z ochotniczych jednostek, zarówno tych, które są w krajowym systemie ratunkowych, których było 8  i jednej spoza systemu, a także jednostki z Rawicza i Wrocławia.  W sumie w akcji brało udział 75 strażaków i 23 jednostki. – Kiedy pierwsza jednostka dotarła na miejsce, cały zestaw, ciągnik siodłowy i cysterna były objęte pożarem. Kierowca cysterny był już poza pojazdem. Został on szybko przewieziony do szpitala w Trzebnicy. Zestaw leżał na prawym boku w kierunku Wrocławia, a ciągnik siodłowy był w rowie. Na początku nie wiedzieliśmy jakie auto jest pod zestawem, w pierwszej chwili nie wiedzieliśmy też ile osób się  znajdowało się w osobówce – mówi Dariusz Zajączkowski. Jak dodaje, strażacy najpierw zaczęli gasić pożar specjalną pianą. W międzyczasie na miejsce wzywano specjalistów z różnych dziedzin, dojeżdżali kolejni strażacy, policjanci, biegli, technicy. Bardzo szybko na miejscu pojawił się też helikopter lotniczego pogotowia ratunkowego, a godzinę od wypadku na miejscu byli dziennikarze największych stacji telewizyjnych. Niestety, nie brakowało również gapiów, którzy o zgrozo, nie tylko sami przyszli „popatrzeć”, ale zabrali ze sobą małe dzieci.

Służby bardzo szybko wyznaczyły strefę bezpieczeństwa, do której miały wstęp tylko upoważnione osoby. W powietrzu unosił się drażniący zapach palonych opon i rozgrzanego metalu. Zanim strażacy nie opanowali sytuacji, nikomu nie było wolno zbliżać się samochodów. – Nie mieliśmy pewności co znajdowało się w cysternie. Była ona oznaczona, ale musieliśmy mieć pewność z czym mamy do czynienia. Okazało się, że były to estry metylowe, biokomponent do produkcji biopaliw. Są to substancje palne, wytwarzane z oleju rzepakowego; temperatura zapłonu takiej substancji jest wysoka, nie był to materiał niebezpieczny pożarowo. Oczywiście, jego kaloryczność wpływała na rozwój pożaru. Nie wiemy co zainicjowało pożar, to stwierdzą biegli. Przyczyny mogą być bardzo różne, od tarcia metalu po zaiskrzenie od akumulatorów.  Stosunkowo rzadko zdarzają się wypadki, po których wybuchają pożary – ocenia Dariusz Zajączkowski. Strażak dodaje, że  ściągnięto jednostkę chemiczną z ul. Teatralnej we Wrocławiu, która czuwała nad przebiegiem akcji. Kiedy już strażacy ugasili pożar pianą, zaczęli schładzać wodą konstrukcję cysterny, która wcześniej stała w płomieniach.- Cysterna była rozszczelniona. Część zawartości zapaliła się, a część wyciekła i spłynęła do rowów. Na miejsce zdarzenia wezwano również osobę z Wojewódzkiego Instytutu Ochrony Środowiska, która potwierdziła, że cysterna zawierała to, co było na niej opisane. Zawsze dopuszczamy taką możliwość, dla bezpieczeństwa ratowników i otoczenia, że może być przewożona inna substancja niż jest to zadeklarowane. Musimy mieć pewność czy mamy do czynienia z kwasem, czy z zasadą i wtedy dobieramy odpowiedni środek gaśniczy. Na miejscu nie ma precież laboratorium, nie ma czasu na przeprowadzanie badań. Jednak fachowiec z WIOŚ potwierdził również, że substancja nie jest niebezpieczna dla środowiska i pozostawiono ją do biodegradacji w glebie. Nie było w związku z tym potrzeby wypompowywania pozostałości z cysterny – tłumaczy Dariusz Zajączkowski.

Aby paliwo nie rozprzestrzeniało się, strażacy wykopali tak zwaną zastawkę, swoisty kopiec. Dopiero kiedy schłodzono resztki pojazdów, do swojej pracy mogli przystąpić policyjni technicy, a także ekspert od wypadków drogowych. Fachowcy zabezpieczali ślady, fotografowali, aby po analizie materiału móc określić, co było przyczyną wypadku i jaki był jego przebieg.

Dopiero wtedy, za pomocą lin, dźwigów i specjalistycznych samochodów ratownictwa drogowego podniesiono wrak cysterny. Samochód osobowy był tak zgnieciony, że wcześniej w ogóle nie było go widać pod kabiną ciężarówki. Dopiero kiedy wydobyto wrak ambulansu, ratownicy mogli jednoznacznie stwierdzić, że we wnętrzu znajdowała się jedna osoba. Kiedy oficjalnie stwierdzono zgon kierowcy karetki, służby usunęły resztki konstrukcji samochodów i zostały one przewiezione do dalszych badań. Droga była przejezdna dopiero około godz. 16.

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here