Wizyta białoruskich dziennikarek

219

Chociaż dziewczyny przyjechały do Trzebnicy w niedzielę, poznały cały zespół redakcyjny NOWej dopiero dzień później, w dniu składania kolejnego numeru NOWej. Przypatrywały się naszej intensywnej pracy, zapoznały się również z programem do składu gazety, na którym pracujemy – w swoich redakcjach nie mają jeszcze tak specjalistycznego oprogramowania do obróbki i składu gazety. We wtorek spotkały się z młodzieżą klasy humanistycznej w trzebnickim LO (relację z tego spotkania przedstawimy za tydzień – przyp. red.), a potem brały udział w naszym cotygodniowym kolegium, gdzie omawiamy aktualny numer i przedstawiamy propozycje tematów na kolejne wydania.

Szpital robi wrażenie

Nasze białoruskie koleżanki odwiedziły w tym dniu także starostwo powiatowe. – Nie wiem czy wiecie, ale wcześniej w tym budynku swoją siedzibę miał I sekretarz partii, a w czasach przedwojennych lekarz, to tak z ciekawostek – zaczął rozmowę starosta Robert Adach. Potem wyjaśnił gościom zasady związane z funkcjonowaniem powiatu: mówił, że radni wybierani są przez społeczeństwo, a następnie wybierają starostę i zarząd powiatu, który kieruje pracą tego organu samorządu. Julię interesowały kompetencje starostwa, była zaskoczona, że tak dużo zależy od wyboru obywateli. Na zakończenie spotkania starosta oprowadził Julię i Tatianę po wydziałach i pokrótce opowiedział o pracy urzędników. Po wizycie w starostwie mieliśmy udać się do Zarządu Dróg Powiatowych, bowiem Julię interesował sposób wydatkowania pieniędzy na remonty dróg, a także stosowana technologia. Ale wcześniej wpadliśmy na inny pomysł: może pokażemy im szpital. – To możemy tam pojechać bez wcześniejszej zapowiedzi? – zapytały nas zaskoczone, – No pewnie, już jedziemy – odpowiedzieliśmy z uśmiechem. Tylko z niedowierzaniem pokręciły głowami, na podobną wizytę na Białorusi trzeba byłoby poczekać kilka tygodni. Najpierw należałoby umówić się telefonicznie z dyrektorem szpitala, a potem dzwonić i „przypominać” co jakiś czas o zaplanowanym spotkaniu i czekać aż dyrekcja zgodzi się wreszcie  by porozmawiać.

Odwiedziny w szpitalu zrobiły wrażenie na naszych koleżankach. Nie spodziewały się, że zastaną szpital powiatowy w kilkunastotysięcznym mieście tak doskonale wyposażony w nowoczesny sprzęt medyczny. – To jest podstawa jak na oddział o takim standardzie – wyjaśniał dziennikarkom dr Adam Domanasiewicz, ordynator Szpitalnego Oddziału Ratunkowego, który oprowadzał dziewczyny po oddziale. – Ale czy wy naprawdę przyszywacie tutaj ręce? – zapytały nie kryjąc zdziwienia. – Pewnie, nie tylko ręce, ale także uszy i inne części ciała… – odpowiedział uśmiechnięty ordynator.

Po wizycie w szpitalu, udaliśmy się  do Zarządu Dróg Powiatowych, by porozmawiać o bieżących naprawach i remontach. Tutaj głównie Julia prowadziła rozmowę z Sabiną Misiak, dyrektorką ZDP, my tylko przysłuchiwaliśmy się tej rozmowie i czasem pełniliśmy rolę tłumacza, gdy pewne kwestie nie były zrozumiałe dla naszej koleżanki. Tatiana, która na co dzień pisze w swojej gazecie o sprawach związanych z kulturą, poszła zwiedzać bazylikę i klasztor. Zainteresował ją temat związany z niesieniem pomocy udzielanej przez siostry zakonne potrzebującym – bezdomnym, na Białorusi raczej nie praktykuje się podobnych form pomocy.

Po intensywnym dniu wrażeń poszliśmy do jednej z naszych restauracji. I tu kolejne zaskoczenie – Dlaczego jest tak pusto, przecież jest godzina 18? – zapytały nas zdziwione. Wyjaśniliśmy im, że w tak małym mieście jak Trzebnica, nie ma co liczyć na późne przesiadywanie w knajpkach, zwłaszcza w tygodniu.

Z wizytą u burmistrza

W środę, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami udaliśmy się na spotkanie do burmistrza Marka Długozimy. I niestety początku tej wizyty nie można zaliczyć do udanych… Burmistrz, który najpierw zgodził się przyjąć nas z naszymi gości, kilkanaście godzin przed wizytą… zmienił zdanie. Za pośrednictwem swojego sekretarza zaproponował, by jednak Julia z Tatianą przyszły same, a jeżeli już mieliby im towarzyszyć redaktorzy z naszej gazety, to burmistrz proponuje… także zaprosić przedstawicieli innych mediów. I bez naszej zgody, tak też uczynił, bowiem, na nasze (podkreślenie autor) spotkanie przyszli urzędnicy (3 osoby) redagujący urzędową gazetę oraz wydawcy innych lokalnych gazet. Dlaczego tak się stało, jak do tego doszło i co z tego wynikło, piszemy w osobnym artykule – obok.

Dziewczyny, co przyznały potem w rozmowie, nie czuły się komfortowo, postawione w takiej sytuacji: – Jesteśmy dziennikarkami i jesteśmy przyzwyczajone do tego, że to my zadajemy naszym gościom pytania, a nie, że któryś z dziennikarzy pyta nas. To nas trochę peszyło – powiedziały Julia i Tatiana, – Podczas rozmowy ze starostą, to ja zadawałam pytania. Nie podobało mi się, że twarze pozostałych dziennikarzy był zwrócone na nas – dodała Julia, a Tatiana ze zdziwieniem stwierdziła, że nie spodziewała się, że relacja z naszego spotkania ukaże się w innych gazetach. To trochę tak jakby na prywatne spotkanie z burmistrzem, nagle ktoś inny wepchał się do pokoju.

Wiceburmistrz Jerzy Trela, podczas pierwszej części spotkania wyjaśniał dziennikarkom pracę samorządu trzebnickiego i jego kompetencje. Julia bardzo zainteresowana była obsługą prawną urzędu, a konkretnie kancelarią prawą, której za pieniądze zlecono pisanie sprostowań do naszej gazety: – Ta kancelaria prowadzi również doradztwo dla naszego urzędu – wyjaśnił Daniel Buczak. Wiceburmistrz dodał, że ta kancelaria ma za zadanie „monitorować” wszystkie gazety opisujące wydarzenia z gminy. Jednak, wtedy  pojawiła się wątpliwość, w jaki sposób owi prawnicy mogą wiedzieć, że nasza redakcja popełniła błąd w tekście. Tego już wiceburmistrz nie wytłumaczył. Jedna z urzędniczek obecna na spotkaniu stwierdziła, „tylko z naszą gazetą jest problem”, bowiem jesteśmy w ich opinii nierzetelni i przekłamujemy wypowiedzi naszych rozmówców – ale oczywiście nie potrafiła wskazać konkretnego przykładu. Stwierdzono za to, że między innymi dlatego, musimy za każdym razem zwracać się do urzędu z pytaniem na piśmie.

Tymczasem Julia, która otrzymała egzemplarz urzędowej gazetki, z zaciekawieniem spostrzegła, że prawie na każdej stronie jest zamieszczonych po kilka zdjęć Marka Długozimy: – Dlaczego tych zdjęć jest tak dużo, nawet nasze białoruskie gazety urzędowe nie zamieszczają tylu fotografii mera – zapytała Trelę. Odpowiedź na to pytania była co najmniej zaskakująca: – Nasz burmistrz jest gospodarzem, ten numer był poświęcony głównie otwarciu Szkoły Podstawowej nr 2. Pan burmistrz jako gospodarz gminy osobiście doglądał postępu prac remontowych i w nich uczestniczył. Jako gospodarz uczestniczy we wszystkich inwestycjach  i uroczystościach na terenie gminy, stąd tyle zdjęć w gazecie.

Z zachodu seks i narkotyki

W trakcie spotkania przyszedł burmistrz Marek Długozima. – Proszę podać trzy powody, dla których cieszy się pan, że jest w Polsce wolność – zapytała burmistrza Julia. – Cieszę się, że burmistrzowie i radni są wybierani przez społeczeństwo, że ludzie mogą wybierać w wyborach bezpośrednich, że mamy wolność, cieszę się, że nie ma już kolejek – odpowiedział włodarz. Natomiast zapytany o podanie „minusów” z posiadania demokracji, powiedział : – Jako naród straciliśmy naszą tożsamość, z zachodu mamy seks i narkotyki… A po kilkunastu minutach przypomniał sobie jeszcze jedną niedogodność: – Gazety stały się bardzo atakujące, żądne sensacji. 

Tuż przed wyjazdem zapytaliśmy nasze koleżanki o podsumowanie kilkudniowego wyjazdu: – Nie spodziewałyśmy się, że macie tyle tematów do opisania, mieszkając w tak małym mieście – wasza gazeta liczy więcej stron niż nasze! Tatiana i ja zwróciliśmy uwagę na to, że tak samo jak my, macie problem z uzyskaniem informacji. Burmistrz czy wiceburmistrz patrząc w oczy powie, że „nie udzieli tej informacji”. U nas nikt tak do dziennikarza nie mówi, burmistrz będzie kręcił, powie np. „proszę zadzwonić później” i ucieknie, ale na takie zachowanie jak burmistrz Trzebnicy się nie odważy. U nas nikt by nie powiedział, że z nami nie rozmawia, bo piszemy nieprawdę. U nas urzędnicy są czasem bezczelni, ale nigdy tak nie powiedzą.

4 KOMENTARZY

  1. Chwila. chwila – jakie nasze spotkanie? Przecież Nowa jest gazetą uczciwą i transparentną i nic jej nie peszy a już na pewno nie widok twarzy innych dziennikarzy. Ciekawe, że Panie z Białorusi pozwoliły na opublikowanie swoich uroczych twarzyczek w sąsiedztwie Pana Starosty – razy dwa i Pana Doktora. A w przypadku Długozimy jedna dostała ataku śmiechawy a druga nie zgodziła się na publikowanie swojego wizerunku w sąsiedztwie Długozimy. Może mi coś umknęło, czy fotografia z Długozimą to już taki obciach ?

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here