Nuty Chopina, ławeczka Tuwima

542

Pierwsze kilometry trasy prowadziły drogą główną („dwójką”), ale dobrze do potrzeb rowerzystów przystosowaną – szerokie asfaltowe pobocze. Ruch nie był zresztą zbyt wielki – letnia sobota to dzień bez tirów. W niemal zupełnie płaskim krajobrazie dominowały wielkie, jabłkowo – śliwkowe sady. Po kilkunastu kilometrach zjechaliśmy na drogi lokalne, ale też przyjazne, bo równe, bez wybojów. Po drodze do powiatowego Sochaczewa odwiedziliśmy kościółek św. Mikołaja w Kozłowie Szlacheckim nad Bzurą. Świątynia pamięta wiek XV, chociaż była potem przebudowywana. Wewnątrz piękne, barokowe rzeźby.

Sochaczew leży w widłach trzech rzek: Bzury, Utraty i …Pisi. To miasto spore (ponad 40 tys. mieszkańców) i bardzo interesujące. Ale ponieważ cel mieliśmy bardzo ważny i konkretny, przeto zatrzymaliśmy się jedynie w centrum. Obejrzeliśmy stosunkowo nowy, bardzo okazały kościół, konsekrowany przez prymasa Stefana Wyszyńskiego, wstąpiliśmy na chwilkę w progi ratusza, w którym mieści się Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą. Warto to obejrzeć  chociaż na stronie internetowej – http://www.e-sochaczew.pl/muzeum/stala.html Musieliśmy niestety  zrezygnować z wycieczki do Muzeum Kolei Wąskotorowej (kursuje tu turystyczna ciuchcia do Puszczy Kampinoskiej). No cóż, do Sochaczewa trzeba koniecznie powrócić.

Ale w tym dniu najważniejsza była Żelazowa Wola, miejsce gdzie 203 lata temu urodził się i spędził pierwsze miesiące swego życia nasz genialny kompozytor Fryderyk Chopin. Na szczęście nie było żadnych problemów z wejściem do parku i muzeum, jak i z umieszczeniem na strzeżonym parkingu naszych „stalowych rumaków”. Początkowe wrażenia nie były najlepsze. Współczesny pawilon wejściowy budził skojarzenia z … hotelową recepcją. Ale gdy już zakupiliśmy bilety i zaopatrzyliśmy się w audioprzewodniki wkroczyliśmy do parku, a tam był już zupełnie inny, czarodziejski świat. Bardzo piękne jest tu połączenie wrażeń wizualnych i zapachowych  – najprzeróżniejsza wielobarwność pięknie zakomponowanych drzew i roślin – oraz słuchowych – w powietrzu unosiły się dźwięki szopenowskiej muzyki.  Dodatkowo błękit nieba i słoneczne promienie – to wszystko czyniło naszą przechadzkę bardzo przyjemną. Obejrzeliśmy skromny, biały dworek z ekspozycją  poświęconą Fryderykowi i jego rodzinie.Wkrótce potem okazało się, że mamy szczęście wysłuchać plenerowego koncertu chopinowskiego w wykonaniu młodej pianistki z Katowic Ewy Danilewskiej, z czego oczywiście skorzystaliśmy.

Przepełnieni artystyczno – estetycznymi wrażeniami dosiedliśmy swych „wypoczętych” rowerów. Wkrótce dotarliśmy do tablicy informacyjnej z napisem – „Warszawa 44 km”. Zrodziła się wtedy pokusa, by zrezygnować z dalszego planu zwiedzania i pojechać prosto do tablicy z nazwą stolicy, a potem wrócić (choćby koleją). Ale zwyciężył rozsądek i główną trasą dojechaliśmy tylko do Kampinosu, gdzie obejrzeliśmy piękny, zbudowany z sosnowego drewna kościółek, reprezentujący polski barok. Ponieważ godzina stawała się już „zaawansowana”, na skrzyżowaniu pojechaliśmy w prawo, zostawiając „na inną okazję” nie tylko Warszawę (prosto), lecz także urokliwą Puszczę Kampinoską (droga w lewo).

Po kilku kilometrach dotarliśmy do Niepokalanowa, miejsca związanego z działalnością św. Maksymiliana Kolbego. Franciszkański klasztor  powstał w 1927 r. Jeszcze  przed wybuchem II wojny światowej był tu duży ośrodek wydawniczy pism religijnych. Męczeńska śmierć ojca Maksymiliana w Auschwitz wpłynęła na rozwój ruch pielgrzymkowego. W trudnych latach 1948 – 1954 zbudowano potężną świątynię Matki Bożej Niepokalanej, która w 1980 r. podniesiona została do rangi bazyliki. Kościół i przylegające obiekty wyglądają monumentalnie i wywierają wrażenie.

Dalsza droga prowadziła „szlakiem weselnym”, bo parokrotnie (od Niepokalanowa do Bolimowa) napotykaliśmy orszaki ślubne (wiadomo sobotnie popołudnie, a w dodatku w miesiącu z „r” nazwie). I tak dotarliśmy do Nieborowa, a stamtąd już blisko było „Pod Złotego Prosiaka”, gdzie zregenerowaliśmy siły, by triumfalnie, pod wieczór powrócić do Łowicza.

Następny, niedzielny dzień przeżyliśmy nietypowo, więc jego opis nie będzie długi. Zaplanowaliśmy spędzić go w Łodzi i tak się stało. Rowery zostały w domu, bo nauczeni doświadczeniami z lat poprzednich nie chcieliśmy ryzykować jazdy po nieznanym, pełnym ruchliwych ulic mieście. Dojechaliśmy więc busem  z Łowicza do Łodzi Kaliskiej, a potem udaliśmy się na Petrynkę, jak w  czasach Tuwima zwano ulicę Piotrkowską. Spacer rozpoczęliśmy od strony południowej, gdzie wznosi się powstała przed 101 laty katedra św. Stanisława Kostki z potężną ponadstumetrową wieżą. Przed świątynią znajduje się Grób Nieznanego Żołnierza, a obok pomnik księdza Ignacego Skorupki, bohatera wojny z 1920 r. Wnętrze kościoła budzi podziw – ołtarze obfitują w elementy ozdobne i potężne posągi. Charakterystyczne, że ich fundatorami, co można odczytać z inskrypcji, byli nie tylko bogaci właściciele, lecz także rzemieślnicy (np. rzeźnicy), a nawet robotnicy łódzkich fabryk.

Idąc dalej najdłuższą łódzką ulicą podziwialiśmy secesyjne kamienice i pałace, przysiadaliśmy na ławeczkach wraz z wielkimi postaciami – Julianem Tuwimem, czy Władysławem Reymontem, kosztowaliśmy ciasteczek, lodów, kawy, etc. W końcowej części Petrynki, zakończonej potężnym pomnikiem Tadeusza Kościuszki, przygnębiają swym wyglądem zaniedbane zabytkowe obiekty: kościół garnizonowy, czy archiwum (dawny ratusz). Na zakończenie tej długiej, pieszej wycieczki obejrzeliśmy jeszcze okazały, neobarokowy pałac rodziny Poznańskich, a potem, tym razem koleją powróciliśmy do Łowicza.

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here