Legenda o pasterzu Jakubie, Pradziadzie i Owczarni

554

Na słonecznym stoku góry zwanej Pradziadem od lat wypasał owce stary Jakub. Długo już był sam, żona mu zmarła, a dzieci rozeszły się po świecie. Każdej wiosny Jakub wyganiał owce na górskie pastwiska, przez całe lato wyrabiał sery, a jesienią powracał do swej rodzinnej wioski – Ludwikowa. I tak przybywało mu lat a ubywało owiec w stadzie, bo o tym, że nogi mu już nie służyły jak dawniej, zwiedziały się wilki i bez strachu przychodziły porywać tłuste sztuki.

I przyszedł taki czas, że Jakubowi została jedna już tylko owca i stary, kulawy pies o imieniu Zagraj. Gdy owej wiosny pasterz wyruszał w góry, niektórzy w Ludwikowie śmiali się z niego, a inni litowali nad nim. Wszyscy zaś żegnali go, sądząc, że już nie wróci ze swej ostatniej wyprawy.

Jakub, Zagraj i owieczka doszli wąwozem aż pod Piotrowe Kamienie. Tam starzec zbudował kolibę, nazbierał suchego mchu na posłanie, skrzesał ogień i wyczerpany usiadł na kamieniu. – Starzyśmy już, braciszku – powiedział do swego wiernego psa. – Już tu długo nie pobędziemy. Ale trochę przecież sobie pożyliśmy… –  i pogłaskał po głowie drzemiącego Zagraja.

Następnego dnia rano Jakub pozostawił owcę pod opieką psa, a sam poszedł na obchód swych myśliwskich pułapek i zastawionych wcześniej sideł. – Muszę upolować jelenia, żebyśmy mieli co jeść – powiedział sam do siebie. Ale jakoś nie dopisywało mu szczęście.

Gdy trzeciego dnia wrócił z pustymi rękami do koliby, psa już tam nie zastał. Na próżno go wołał. Została po nim tylko krwawa kałuża i odcisk wilczej łapy w błocie.  Na noc Jakub zabrał owieczkę do szałasu. Kiedy słońce znów wzeszło ponad górami powiedział do niej: – Musisz pójść ze mną. Zrobimy jeszcze jeden obchód, może trafi nam się jelonek lub sarna. Drżącymi palcami nałożył jej na kark powróz i powiódł stokiem w dół, ku lasowi. Ale wszystkie wnyki znów były puste.

Gdy Jakub wracał do szałasu, przyszło mu do głowy, że mógłby zabić owcę i najeść się jej mięsem. Ale wnet odegnał od siebie tę złą myśl i wypuścił z dłoni rękojeść noża zatkniętego za pasem.

Siły go opuszczały z każdym kolejnym dniem. Wygasł ogień, skończyła się woda. Któregoś wieczora owca nie wróciła z pastwiska. Pewnie nie usłyszała słabego, starczego nawoływania.  A Jakub był zbyt zmęczony, żeby jej szukać. Usiadł przed szałasem i zastanawiał się czy nadszedł już jego koniec. Patrzył na Wielki Wóz, który toczył się ku północy po gwieździstym niebie i tak doczekał wschodu słońca. W chwili, gdy pierwszy słoneczny promień zabłysnął nad górami, owczarz Jakub zapadł w twardy sen. Gdy się obudził, słońce miał już wysoko nad głową. Rozejrzał się dokoła i zdziwił, że wciąż jest przy życiu. „Muszę pójść do wioski, do ludzi”, pomyślał i zaczął zbierać się do drogi.

Aż tu patrzy, a zboczem góry, rozkwitłą łąką pachnącą i barwną idzie ku niemu inny starzec, ale dziarski i krzepki. Stanęli naprzeciw siebie i spojrzeli sobie w oczy. – Już się wybierasz do domu? – zapytał przybysz. – Ano muszę. Wprawdzie dałem sobie słowo, że wytrwam tu w górach do jesieni, ale widzę, że nie dam rady –  odparł Jakub wzdychając. – A czego byś potrzebował, żeby dotrzymać obietnicy? – chciał wiedzieć nieznajomy. Stary pasterz zadumał się: „- A czegóż  mógłbym chcieć? Codziennie kawałek chleba, trochę soli i trochę myśliwskiego szczęścia. I jeszcze pieska takiego, jak był mój Zagraj. I owieczki, ze dwie, może trzy.  – Nic więcej? –  upewnił się przybysz. – No i tu na górze chciałbym zostać – dodał Jakub. – Skromny jesteś. To dobrze. No, bądź zdrów Jakubie, mnie już czas ruszać w drogę – rzekł gość i poszedł dalej.

Spogląda Jakub za nieznajomym, jak ten idzie stokiem pod górę i nagle słyszy szczekanie psa, patrzy a na zboczu przy szałasie pasą się owce z jagniętami, a nawet rogaty baran. Wchodzi do szałasu, a tam na stole leży bochenek chleba i drewniana miseczka pełna białej soli.

Jakub ukroił chleba dla psa, nasypał soli owcom i na koniec sam zabrał się do jedzenia. A kiedy chciał później resztę chleba powiesić w płóciennym woreczku u stropu, żeby nie dobrały się do niego myszy, ze zdumieniem spostrzegł, że bochenek wciąż jest cały, soli w miseczce po brzegi, a dzban napełniony chłodną górską wodą, jakby dopiero co przyniesioną ze źródełka. Zagnał owce do zagrody, wydoił mleko do wiadra.

Rano zostawił owce pod opieką psa, a sam wyruszył na polowanie. I niedługo potem przyniósł do koliby młodego jelenia. Ani się obejrzał, był już wieczór. Siedzi stary pasterz przy ognisku, pies leży u jego stóp, pachnie pieczone jelenie mięso. Jakub podśpiewuje sobie jak za młodu.

I tak sobie żyli w spokoju, aż do jesieni i nikt do nich na górę nie zaglądał. Widać w Ludwikowie o Jakubie już zapomnieli, susza była tego roku i nieurodzaj, ludzie mieli dość własnych problemów.

W końcu zszedł Jakub do doliny. Kroczył dumnie i pewnie jak młodzieniec. W wiosce zwołał sąsiadów, poczęstował ich serem, kroił i rozdawał chleb, dzielił się solą z drewnianej miseczki. Zanim jeszcze śnieg pokrył szlaki, wybrał się w odwiedziny do najstarszego syna, który żył w bogatej okolicy. I tam susza wyrządziła wiele szkód, ale jedzenia im jeszcze nie brakowało. Wrócił więc Jakub do swej wioski i przez całą zimę żywił jej mieszkańców i wszystkich biedaków, którym udało się przedostać przez głębokie śniegi.

A wiosną znów wyruszył z psem i owieczkami w góry. Bochenek i miseczkę z solą zostawił ludziom w Ludwikowie. Czuł, że już się bez nich obędzie.

W środku lata na łące przed kolibą pojawił się ten sam starzec, którego Jakub spotkał w minionym roku. Teraz pasterz wiedział już, że to sam Duch Gór przyszedł do niego w odwiedziny. – No i jak, tam, Jakubie? – zapytał gość. – Witaj – odparł owczarz. – Czekam już na Ciebie. Powiedz mi, co teraz z nami będzie? – Nic się nie bój, mój przyjacielu, zadbam o was wszystkich – uśmiechnął się Pradziad. Rozejrzał się Jakub raz jeszcze po górach i dolinach, nad którymi zapadał już cichy wieczór…

Tego dnia bochenka chleba zaczęło ubywać, aż się całkiem skończył. Mieszkańcy Ludwikowa zrozumieli, że stary Jakub zmarł. Szukali go, by wyprawić mu pogrzeb, ale nie znaleźli. Szałas był pusty i zimny, tylko na zboczu przybyło nowych kamieni: wyrosły jakby spod ziemi. Jeśli dobrze im się przyjrzeć można zobaczyć przygarbionego starca z laską, który pasie stadko owiec, a pies mu pomaga. Tak właśnie Pradziad to urządził, spełniając ostatnią prośbę starego Jakuba.

Dziś na zboczu pod Piotrowymi Kamieniami nie ma już pasterskiej koliby, ale miejsce to nadal nazywane jest Owczarnią. A nieopodal góruje potężny Pradziad.

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here