Na ratunek dawnych przedmiotów. Krótka historia Muzeum Ludowego w Marcinowie

473

Marcinów to niewielka wioska położona kilka kilometrów od Trzebnicy. Tam, po wojnie zamieszkał wraz z rodziną Marian Kowalski, założyciel i kustosz muzeum. Sam zbudował Muzeum Ludowe, które dokładni 30 lat temu w 1983 r. rozpoczęło swoją oficjalną działalność.

Marcinowskie Muzeum Ludowe z pewnością imponuje nagromadzonymi przedmiotami. Eksponaty, zbierane przez lata przez gospodarza i jego rodzinę, zdobią sale tematyczne. W ciągu tych 30- ciu lat istnienia muzeum Marianowi Kowalskiemu udało się zbudować kilka izb. Zwiedzając muzeum można więc obejrzeć krosna, młynki, unikatowe zabawki, przedmioty codziennego użytku, możemy je oglądać w salach: kominkowej, muzycznej, chlebowej, czy zegarowej. Co ciekawe, przedmioty, które przez lata zbierał kustosz muzeum, chociaż nieraz mają po kilkadziesiąt lat, to nadal są sprawne!

Jak wspomnieliśmy, muzeum niedawno obchodziło swój jubileusz. O tym dlaczego Marian Kowalski postanowił zbudować muzeum, mówił niedawno w wywiadzie udzielonym naszej lokalnej telewizji. – Pomysł narodził się w mojej głowie już w latach 60 -tych. Wtedy postanowiłem, że będę gromadził dawne przedmioty, by ocalić je od zapomnienia. Podam nawet kilka przykładów: ten elektryczny młynek do kawy, jest tym samym co kiedyś babcia na swoich kolanach ucierała. Podobnie jak z żelazkiem – to używane dawnej np. na duszę, czy na węgiel, po latach ludzie wyrzucali na złom. Chciałem te przedmioty ocalić – wspomina Marian Kowalski.

Nasz rozmówca przekonywał nas wówczas, że dla kolekcjonera każdy przedmiot jest ważny i unikatowy. Pan Marian swoją pasję przekazał swoim synom: Tomasz i Miłosz również są kustoszami i oprowadzają wycieczki po muzeum, przekazując swoją wiedzę. Słuchaczom przekazują dawną historię i sposób wykorzystywania zgromadzonych w muzeum przedmiotów. Z pewnością dla pasjonatów odkrywanie takich małych muzeów jest nie tylko ciekawe i pozwala na zdobycie dodatkowej wiedzy, ale czasem nawet i poruszające. O jednej z takich historii opowiedział nam Marian Kowalski: – Kiedyś przyjechała wycieczka z Białorusi, starsze osoby. Gdy jedna z pań zwiedzała muzeum chleba i wzięła do ręki kankę od mleka, pocałowała ją, popłakała się i powiedziała, że taką kanką w czasie okupacji po cichu wykarmiła rodzinę. Tu nie chodzi o piękny mebel czy obraz, to zwykła, prymitywna kanka. W muzeum znajdują się właśnie takie cenne eksponaty – opowiadał pan Marian.

Założyciel i kustosz muzeum przekonywał, że nie sposób opowiedzieć o wszystkich przedmiotach zgromadzonych przez te wszystkie lata w Muzeum Ludowym. – Tu jest wszystko, to nie jest muzeum wiejskie, gdzie znajdują się brony. Tutaj są przedmioty wytworzone przez ludzi, które trzeba było ocalić. Począwszy od moździerza kamiennego, który ma ok 2 tys. lat i pochodzi z okresu kultury łużyckiej, po żarna, które mają 150 lat. Lwią część życia spędziłem tutaj na budowie muzeum i zbieraniu przedmiotów. Odwiedziło mnie ponad 138 tys. ludzi, z 30 państw. Muzeum zwiedzały  delegacje, a to z Peru, z Afryki Północnej, Brazylii, Sudanu, Francji czy Grodna. W podziękowaniu mam od nich pamiątki

Przypomnijmy, że działalność Mariana Kowalskiego nie ogranicza się tylko i wyłącznie do prowadzenia muzeum. Przed laty założył bowiem rodzinną kapelę Marciny, z którą gra i koncertuje do dnia dzisiejszego. Jest muzycznym samoukiem, jednak jego talent dostrzegli również muzycy z big bitowej grupy Czerwono-Czarni, popularnej w latach 60-tych. Marian Kowalski zgłosił się na przesłuchania, jakie odbywały się wówczas w ośrodku kultury w Trzebnicy (grupa poszukiwała zdolnego i utalentowanego perkusisty). Jego występ spodobał się muzykom na tyle, że z powodzeniem mógłby grać z zespołem, a następnie zdobywać uznanie na ogólnopolskiej estradzie. Marian Kowalski nie wybrał jednak kariery muzyka rozrywkowego. Jak twierdzi, o jego wyborze zadecydowały względy osobiste i rodzina. Swoją drogę muzyka tak kiedyś skomentował: – Najpierw byłem muzycznym samoukiem, potem zrobiłem uprawnienia II stopnia, a w 1978 r. założyłem kapelę ludową. Z dawnego składu pozostałem jedynie sam, ale potem w muzykowanie włączyła się moja rodzina. Gramy i śpiewamy na dożynkach, festynach czy koncertach.

Smykałkę do muzyki po swoim ojcu odziedziczyli również synowie: Tomasz i Miłosz. Ale to już temat na inny artykuł.

1 KOMENTARZ

  1. Nowa gloryfikuje samowolkę budowlaną, a jak zrobiono imprezę na nie odebranym obiekcie to Burmistrza Trzebnicy podaliście do sądu, to jest obiektywizm Nowej.

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here