Co zaszło na szkolnej wycieczce?

1156

Do przystanku i z powrotem

Sprawa zaczęła się w czerwcu 2008 roku, kiedy to grupa dzieci z gimnazjum im. Macieja Rataja w Żmigrodzie wyjechała na wycieczkę szkolną do miejscowości Małe Ciche koło Zakopanego, z dwoma nauczycielami wf-u. Podczas wyjazdu, wskutek napaści miejscowej młodzieży oraz pobicia, jeden z młodych żmigrodzian stracił dwa zęby. Uszczerbek na zdrowiu okazał się bardziej dotkliwy, ze względu na jednoczesne uszkodzenie aparatu ortodontycznego, który nosił poszkodowany chłopiec. Jak do tego doszło?

W późnych godzinach wieczornych opiekun „za karę” polecił dzieciom przebiec się z ośrodka, w którym nocowali na pobliski przystanek autobusowy. Podczas wykonywania polecenia uczniowie natknęli się na miejscowych młodych górali i to wtedy chłopak został uderzony w twarz przez jednego z nich. Jego mama Bogumiła Lewandowska, chce się z nami podzielić swoją wersją wydarzeń, która rzuca wątpliwości na prawidłowe działanie szkoły oraz opiekunów w tej sprawie.

– Wskutek pobicia mój syn stracił dwa zęby. Po tym wypadku uczniowie wrócili do pensjonatu i stwierdzili, że trzeba…  iść znaleźć te zęby. Wtedy można by było chirurgicznie je przymocować. Nauczyciel jednak zabronił wrócić uczniom w miejsce pobicia. Dopiero po jakimś czasie się zgodził i syn z kolegą oraz kierowcą poszli szukać tych wybitych zębów. Gdy z nimi wrócili, opiekun nie posiadając żadnej wiedzy, co należy zrobić z zębami, zawinął je w chusteczkę. Z tego co wiem, to nawet nie powiadomił pogotowia ratunkowego. Stomatolog, z którym później się skontaktowałam z prośbą o radę powiedział, że w takich przypadkach najważniejszy jest czas… Opiekun, bez mojej wiedzy pojechał do dentysty, który zdjął mu aparat z zębów. Dopiero wtedy syn do mnie zadzwonił i dowiedziałam się o całym zajściu. Podczas rozmowy opiekun odebrał synowi telefon i powiedział do mnie, że tak się zdarzyło,  że syna pobito, ale „kiedyś musi być ten pierwszy raz” – opowiada nasza rozmówczyni. W naszej rozmowie mama pobitego chłopca podnosi jeden, poważny zarzut w stronę opiekuna. Twierdzi, że w trakcie zdarzenia był on po spożyciu alkoholu. Pani Bogumiła mówi, że dowiedziała się tego od uczniów przebywających na tej wycieczce. – W sprawie zdarzenia podczas którego doszło do pobicia mojego syna zostało zorganizowane jedno spotkanie, to było po powrocie. Uczestniczyli w nim rodzice, nauczyciele oraz komendant policji. O samym piciu alkoholu przez opiekuna w trakcie wycieczki nie padło ani jedno zdanie. Ja zapytałam nauczyciela, co robił w chwili, w której dzieci były same bez opieki, ale nie otrzymałam jednoznacznej odpowiedzi. To nie zostało wyjaśnione. Miesiąc później zaczęłam zadawać pytania, w jaki sposób rozmawiano z dziećmi o tej sprawie, skoro nikt z pedagogów ani nauczycieli nie ustalił, że na wycieczce nauczyciel pił alkohol przy dzieciach. Dostarczyliśmy nawet zdjęcia, na których trzyma on puszkę z piwem przy ognisku. Ale praca szkoły polegała na tym, żeby sprawę pozamiatać pod dywan. Jedyną decyzją, którą podjęła pani dyrektor po spotkaniu z rodzicami, to ukarała go naganą z wpisem do akt. Mam wrażenie, że była niechętna do posiadania trudnej wiedzy o tym, co się naprawdę działo na tej wyciecze. Próbowałam pozwać tego nauczyciela do sądu. Moja pani adwokat powiedziała, że jedyną możliwością jest pozwanie gminy, nie można wytoczyć nauczycielowi procesu. A za odszkodowanie zapłacą podatnicy. Gmina jako instytucja mi nie zawiniła, ale nie miałam innej możliwości dochodzenia swoich praw – relacjonuje pani Bogumiła. Kobieta pozwała więc gminę Żmigród o odszkodowanie i zadośćuczynienie za doznane straty.

Udajemy się zatem do dyrekcji gimnazjum, żeby poznać stanowisko drugiej strony.

 Procedury są ważne

– Zaraz po otrzymaniu informacji o wypadku podjęłam odpowiednie kroki, które przez kuratorium oraz organ prowadzący zostały ocenione jako prawidłowe. Natychmiast skontaktowałam się z matką ucznia. Rodzic podczas bezpośredniego spotkania ze mną podpisał dodatkową zgodę, która dotyczyła opieki nad dzieckiem w sprawie podejmowania decyzji medycznych. Regulaminowa zgoda matki na udział syna była złożona w maju przed wycieczką. Współpracujemy z panią Lewandowską i naprawdę nie odczuwałam z jej strony takiego żalu, o jakim Państwo mówicie. Rodzic miał do nas ogromne zaufanie. Niech o tym świadczy fakt, że matka nie pojechała na miejsce wypadku i powierzyła opiekunom dziecko do końca wycieczki – mówi w rozmowie z nami dyrektorka gimnazjum im. Macieja Rataja w Żmigrodzie Katarzyna Lech.

Regulamin wycieczek szkolnych mówi, że jeśli podczas wycieczki dojdzie do zdarzenia zagrażającego zdrowiu dziecka, rodzic powinien niezwłocznie przyjechać po dziecko i otoczyć je niezbędną opieką. – Chciałam tam jechać, ale pani stomatolog, u której szukałam pomocy powiedziała mi, że nie ma sensu, bo liczy się czas. Poradziła mi, żeby zadzwonić do opiekuna i poprosić go, aby wsiadł w samochód i jak najszybciej pojechał z synem do najbliższej kliniki stomatologicznej w Krakowie. Dopiero to działanie miało przynieść mojemu dziecku konkretną pomoc  – tłumaczy pani Bogumiła.

Sprawą szkolnej wycieczki zajęło się też kuratorium. W szkole pojawiło się kilkunastu niezależnych psychologów, którzy rozmawiali z uczestnikami wycieczki. Dzieci zostały także przesłuchane przez policję oraz Sąd w postępowaniu procesowym. Sama dyrektorka nałożyła na dwóch nauczycieli będących opiekunami naganę za nieprzestrzeganie regulaminu, z wpisem do akt. Po kontroli wydano oświadczenie, że skoro opiekun został ukarany przez dyrekcję, to kuratorium nie może wyciągać od niego innych sankcji dyscyplinarnych. Oprócz kontroli z kuratorium, sprawą zajmowała się również komisja rewizyjna z ramienia organu prowadzącego, czyli gminy Żmigród. Komisja miała wgląd do całej dokumentacji wycieczki. Nie stwierdzono żadnych uchybień ze strony dyrektorki szkoły. Jedynymi osobami, które posiadają wiedzę na temat tego, co naprawdę działo się na wycieczce, posiadają dzieci i opiekunowie. Bogumiła Lewandowska mówi, że rozmawiano z nimi w taki sposób, aby te niewygodne informacje nie wypłynęły na zewnątrz.

 „Nagana była bezzasadna”

Opiekun wycieczki, oskarżany przez Bogumiłę Lewandowską o wyżej opisane zaniedbania, zgodził się z nami porozmawiać: – Tej nocy kiedy doszło do pobicia, dzieci zachowywały się skandalicznie. Krzyczały, nie znajdowały się w swoich pokojach pomimo panującej ciszy nocnej. Gospodarze pensjonatu, w którym się zatrzymaliśmy poprosili mnie, żeby ich jakoś uspokoić. Kazałem więc im przebiec się na przystanek autobusowy, który znajdował się nieopodal naszego ośrodka. Z tego co wiem, to chłopcy z naszej szkoły sprowokowali bójkę z miejscowymi góralami. Kiedy zobaczyłem pobitego chłopaka, powiadomiłem policję oraz pogotowie, które nie przyjechało ze względu na brak zagrożenia życia. Dałem mu leki przeciwbólowe i opatrzyłem. Zachowywał się bardzo po męsku, nie skarżył się na nic, byłem pełen podziwu dla jego postawy. Następnego dnia pojechałem z nim do stomatologa, następnie za radą tego lekarza skierowałem ucznia z drugim nauczycielem do kliniki stomatologicznej w Krakowie. Chłopak nie chciał po incydencie wracać do domu, został z nami do końca wycieczki! Zrobiłem rzeczy, które były ponad moje obowiązki. Zapłaciłem za leczenie chłopaka z własnych pieniędzy. Jego mama potem oddała mi te pieniądze, chociaż tego nie oczekiwałem – mówi nauczyciel. Pytamy, czy w takim razie uważa naganę daną przez szkołę za zasadną: – Oczywiście, że nie. Dyrektorka odczuwała ogromną presję z zewnątrz, żeby jakoś mnie ukarać i stąd to się wzięło. Ta nagana rzuciła cień na moją nienaganną opinię oraz dotychczasowe osiągnięcia. Nie wiem o co chodzi pani Lewandowskiej. Nie piłem alkoholu podczas tej wycieczki. Gdyby tak było, policja podczas rozmowy ze mną z pewnością by to wyczuła i wyciągnęła z tego konsekwencje. Rozmawiałem z chłopcem po wycieczce o tym, jak się czuje. Powiedział, że nie ma do mnie żalu, ani pretensji o to, co się stało – podsumowuje.

A co na to mama chłopca? – Opiekun nie powiadomił pogotowia, w aktach sprawy znajduje się informacja, że tej nocy dyspozytor nie przyjął takiego zgłoszenia. Podejrzewam, że nie zrobił tego ze względu na stan, w jakim się wtedy znajdował – mówi kobieta. Po tym wszystkim, co usłyszeliśmy, czas najwyższy udać się do sądu i zobaczyć, co na temat tej sprawy zawierają akta sądowe.

 Podatnicy zapłacą

Sąd pomimo tego, że podczas procesu przesłuchiwał i młodzież, i nauczycieli, rozpatrywał sprawę pod kątem roszczenia odszkodowania oraz zadośćuczynienia, o które ubiegał się pokrzywdzony uczeń. W uzasadnieniu nie wziął pod uwagę stanu, w jakim znajdowali się opiekunowie, bo nie to było przedmiotem sprawy oraz roszczenia.

27 marca tego roku Sąd Rejonowy w Trzebnicy odczytał wyrok. Pani Bogumile przyznano odszkodowanie w wysokości ponad 15 tys. zł oraz ponad 4 tys. zł zwrotu kosztu procesu. Kwota została ustalona na podstawie przedstawionych rachunków za leczenie oraz opinii biegłego specjalisty. W uzasadnieniu Sąd stwierdza, że uczniowie w chwili pobicia były pozostawione bez opieki. Uwzględnił, że dzieci w tym wieku, mimo tego, że są samodzielne, to w grupie trzeba brać pod uwagę występowanie psychologii tłumu. Sąd stwierdził także, że do pobicia by nie doszło, gdyby opiekunowie byli przy uczniach. Według Sądu nauczyciele nie przeprosili za zaistniałą sytuację. Szukaliśmy w aktach informacji, czy pogotowie było wezwane na miejsce zdarzenia. Sąd jednak oddalił wniosek o sprawdzenie bilingu telefonu, z którego tej nocy opiekun miał wykonać to sporne połączenie. Zeznania świadków podczas procesu są niespójne. Dwójka uczestników wycieczki zeznała, że widziała, jak nauczyciel pił alkohol, większość jednak stwierdziła, że nie może tego na pewno stwierdzić. Inny uczestnik wycieczki wyznał, że podczas rozmów z kuratorem w ogóle nie padło pytanie o obecność alkoholu podczas wycieczki. Sąd jednak nie uwzględnił tych oskarżeń w tym procesie oraz podczas wydawania wyroku na korzyść skarżącej.

Za odszkodowanie dla ucznia gimnazjum, prawdopodobnie zapłacą podatnicy. Wysyłamy więc zapytanie do gminy, i pytamy jak gmina zamierza się ustosunkować do decyzji sądu.

– Gmina najprawdopodobniej będzie odwoływać się od wyroku, jednak ostateczna decyzja nastąpi po zapoznaniu się z uzasadnieniem wyroku Sądu Rejonowego w Trzebnicy. Wniosek o uzasadnienie został złożony przez pełnomocnika gminy w dniu 3 kwietnia i obecnie czekamy na przedłożenie uzasadnienia – informuje nas na piśmie Zdzisław Średniawski, wiceburmistrz Żmigrodu.

Pytamy Katarzynę Lech, czy rzeczywiście szkoła zrobiła wszystko, co mogła, żeby wyjaśnić okoliczności wypadku, do którego doszło podczas wycieczki oraz czy opiekunowie spożywali wtedy alkohol. – Szkoła absolutnie niczego nie zamiata pod przysłowiowy dywan. Takim oskarżeniom mówię wyraźne i zdecydowane nie. Postępowanie wyjaśniające przeprowadzone przez Kuratorium Oświaty we Wrocławiu wykazało, że dyrektor szkoły dopełnił wszystkich obowiązków związanych z nadzorem nad organizacją i przebiegiem wycieczki szkolnej oraz dopełnił obowiązku rzetelnego wyjaśnienia nieprawidłowości zaistniałych podczas wycieczki szkolnej. Można mieć żal do konkretnego nauczyciela, że nie dopilnował obowiązków, z czym się zgadzam, ale nie do całej szkoły. Jeden taki bezzasadny zarzut rzutuje na dobre imię nas wszystkich. Zastanawiam się, czemu ma służyć wyciąganie tej sprawy po pięciu latach?

4 KOMENTARZY

  1. I pęk mit o idylli w gimnazjum Rataja w Żmigrodzie. I jak tam oddać dziecko na naukę. Rodzice, którzy tam posyłają swoje dzieci, są odważni. Podziwiam.

  2. ” Zastanawiam się, czemu ma służyć wyciąganie tej sprawy po pięciu latach?”
    Jak to czemu? Uniknięciu zemsty na poszkodowanym uczniu. Jeżeli pięć lat temu ktoś był gimnazjalistą, to po pięciu latach zapewne jest już po maturze i wypadł z kręgu zainteresowania powiatowych placówek edukacyjnych i można mu naskoczyć.

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here