Spór o miliony. Starostwo zawiadamia prokuraturę

885

Na nie swojej działce

Kilka lat temu Grupa Kapitałowa Toya chciała zainwestować w budowę luksusowego osiedla TOYA GOLF w obrębie Kryniczna (gmina Wisznia Mała). Firma zakupiła w tym celu teren o powierzchni prawie 173 ha. Na wniosek firmy, w 2007 roku wójt Wiszni Małej wydał decyzję zatwierdzającą podział nieruchomości na mniejsze działki. Została w niej zawarta informacja o tym, iż jedna z działek zostanie przeznaczona na poszerzenie drogi powiatowej, a więc z chwilą uprawomocnienia się decyzji, wydzielona nieruchomość przejdzie na własność powiatu trzebnickiego. Starosta wraz z firmą TOYA mieli ustalić odszkodowanie, które pokryłoby inwestorowi stratę w postaci przejęcia tego gruntu na potrzeby poszerzenia drogi. Wójt jednak zamiast starostwa, o decyzji powiadomił Zarząd Dróg Powiatowych, który z własnością majątku w powiecie nie ma nic wspólnego. Równie dobrze, takie zawiadomienie mogła otrzymać inna jednostka organizacyjna powiatu, np. szkoła. Starostwo zatem funkcjonowało nadal w nieświadomości, że decyzją podziałową wójta zostało „obdarowane” działką, za którą miało „stratnemu” inwestorowi wypłacić stosowne odszkodowanie. O fakcie tym instytucja dowiedziała się kilka lat później, z pisma wystosowanego przez inwestora, wzywającego do zapłaty znacznie większego roszczenia, niż wartość samej działki. W dokumencie tym, firma TOYA, zgłasza wniosek o ustalenie odszkodowania na… ponad 2 mln złotych! Okazało się, że kwota ta uwzględnia również odszkodowanie za inwestycję zarurowania rowu oraz budowę kolektora odprowadzającego ścieki, który przez te lata firma zdążyła już na nieswojej działce zbudować. Starosta owszem, zgodził się zapłacić za działkę, ale ani myśli płacić za kolektor, tym bardziej, że wokół inwestycji pojawiło się sporo niejasności. Jak jest w rzeczywistości? Pukamy do wielu różnych drzwi, obydwu stron konfliktu, aby sprawdzić kto ma rację. Niestety nie wszystkie zostają nam otworzone.

Ludzie listy piszą

Na nasz wniosek, starosta Robert Adach udostępnił nam wszelką dokumentację i korespondencję, która była prowadzona między powiatem a przedstawicielem inwestora. Po jej przestudiowaniu nasuwa nam się szereg wątpliwości i pytań, które chcemy zadać odpowiednim osobom.

Aby móc wypłacić należne firmie TOYA odszkodowanie za działkę, starostwo na podstawie stosownego operatu szacunkowego określającego wartość tego gruntu zaproponowało inwestorowi nieco ponad 333 tys. zł. Pouczono też inwestora, że kwota odszkodowania za grunt zostaje ustalona na podstawie jego wartości z dnia wywłaszczenia, a wycena została sporządzona przez biegłego. Podpierając się odpowiednimi przepisami ustawy, starostwo stwierdziło, że firmie należy się zapłata, ale tylko za „gołą” działkę, bez zwrotu kosztów za wybudowany kolektor. Jasno mówi o tym ustawa o gospodarce nieruchomościami, brakuje więc podstaw do wypłaty żądanej przez inwestora kwoty, czyli ponad 2 mln złotych.

Gdy starostwo wysłało taką informację do prawnika wynajętego przez firmę TOYA, ten przesłał odpowiedź, że firma zgadza się na wycenę. Podano też numer konta, na który powiat miał przesłać pieniądze. Gdy kwota została wysłana, nagle firma TOYA stwierdziła, że wypłata została dokonana niezgodnie z prawem i… złożyła skargę na starostwo do Regionalnej Izby Obrachunkowej. Intrygujące? Z pewnością. Starosta nie rozumie takiego postępowania. Pokazując nam dokumenty mówi, że przecież TOYA sama zaakceptowała wycenę. – Ponadto RIO przeprowadziło kontrolę i nie stwierdziło żadnych nieprawidłowości – tłumaczy Robert Adach.

Cały czas jednak zastanawiamy się nad jedną rzeczą. Jak to możliwe, że starostwo nic nie wiedziało o tym, że decyzją wójta, powiat stał się właścicielem spornej działki.

My nie negujemy prawomocności tej decyzji. Zarząd Dróg Powiatowych nie miał prawa do dysponowania tą działką, tylko Zarząd Powiatu, a to duża różnica. TOYA zaczęła się domagać odszkodowania, ale ja uznałem, że nikt nie rozmawiał z powiatem trzebnickim, co do partycypacji kosztów zarurowania tego rowu – stwierdza starosta.

W piśmie od prawnika reprezentującego firmę TOYA, stwierdzono: „na tej nieruchomości została wykonana wspólnie i w uzgodnieniu ze Starostwem inwestycja w postaci zarurowania rowu melioracyjnego, co do której przecież Starosta wydał decyzję o zatwierdzeniu projektu budowlanego i udzieleniu pozwolenia na budowę”.  Pytamy więc, czy to stwierdzenie jest prawdą.

Nie. TOYA używa argumentu, że Zarząd Dróg Powiatowych podpisał się na projekcie ingerencji sąsiedniej działki, którą zarządza ZDP. Zarząd ten nie może dysponować mieniem, które nie jest w jego posiadaniu. Jeśli ktoś robi na nie swojej działce inwestycję za 2 mln, to powinien sporządzić umowę. Taki dokument nigdy nie powstał, nikt nas nie pytał o zgodę na budowę – tłumaczy starosta. A co ze twierdzeniem inwestora, że włodarz wyraził zgodę na współudział w kosztach budowy kolektora, bo wydał pozwolenie na jego budowę?

– To kolejny absurd. Pozwolenie na budowę wydaje wydział architektury w starostwie, który nie musi sprawdzać prawdziwości oświadczeń o dysponowaniu danym gruntem, który przedstawia interesant. Wydział wydaje mnóstwo takich pozwoleń, zarówno dla firm, jak i osób prywatnych, nie jest więc możliwa kontrola wnioskodawców: co i na jakim terenie chcą postawić i czy rzeczywiście grunt jest w jego posiadaniu. Takie oświadczenie, składane przez inwestora, zawiera klauzulę z informacją o tym, że za poświadczenie nieprawdy grozi odpowiedzialność karna i wnioskodawca musi mieć tego świadomość – tłumaczy starosta. – Wydane pozwolenie na budowę nie jest równoznaczne ze zgodą na wspólną inwestycję na naszej działce. Czy wydanie komuś pozwolenia na budowę domu, jest równoznaczne z tym, że starostwo, chce z petentem wspólnie go finansować? – pyta retorycznie starosta.

Sprawdzamy dokumenty złożone w 2009 roku w wydziale architektury i budownictwa, a dotyczące wniosku o wydanie pozwolenia na budowę.

Okazuje się, że wiceprezes firmy oświadczył, że to TOYA jest właścicielem działki, na której ma powstać kolektor. Ale jak to możliwe, skoro od 2007 roku właścicielem działki był już powiat? Faktem jest, że w księgach wieczystych, TOYA dalej figurowała jako właściciel. Dlaczego zatem starostwo nie ujawniło się w księgach wieczystych jako właściciel gruntu?

Po pierwsze w 2009 roku, nie wiedzieliśmy, że ta działka stała się naszą własnością, a po drugie, w momencie kiedy starostwo powzięło informację o tym, że taka decyzja została wydana, a stało się to wtedy, kiedy TOYA zaczęła domagać się odszkodowania czyli chyba w roku 2011, podjęliśmy kroki żeby wpisać się do księgi wieczystej. Okazało się jednak, że na księdze wpisana jest hipoteka na rzecz banku, więc wystąpiliśmy do banku, żeby ją wycofać. Nie można się ujawnić w księdze wieczystej jako właściciel gruntu obciążonego hipoteką przez poprzedniego właściciela. To opóźnienie nastąpiło przez nieskuteczne powiadomienie nas o decyzji podziałowej. Co do oświadczenia, formalnie mimo, że byli wpisani do księgi wieczystej jako właściciele, to nie byli już właścicielami działki, bo ta na podstawie decyzji wójta o podziale, przeszła na rzecz powiatu. Decyzja była prawomocna i TOYA, jako wnioskodawca musiała o tym wiedzieć. Zresztą na podstawie tej samej decyzji podziałowej firma występowała o pozwolenia na budowę domów na tych działkach – tłumaczy starosta.

We wrześniu 2012 roku starostwo poinformowało prokuraturę, że mogło dojść do przestępstwa. – Nie jest moim celem, żeby każdą taką sprawę oddawać do prokuratury, ale tutaj nie mieliśmy innego wyjścia. Istnieje podejrzenie, że firma TOYA poświadczyła nieprawdę, starając się o pozwolenie na budowę tego kolektora. To wynika z tego oświadczenia – mówi Robert Adach. Na wniosek inwestora, z postępowania wyjaśniającego został wyłączony powiatowy Inspektor nadzoru Budowlanego Maciej Rataj. TOYA stwierdziła, że Rataj nie będzie obiektywy w ocenie prac nad budową kolektora. Sprawą w tej chwili zajmuje się powiatowy Inspektorat z Wrocławia. Odwiedziliśmy także Prokuraturę Rejonową w Trzebnicy. Od kwietnia regularnie usiłowaliśmy się dowiedzieć,czy prokuratura zamierza wszcząć śledztwo w tej sprawie. W tej chwili sprawa jest w toku.

Czy sprawa trafi do sądu?

Jest jeszcze jedna ciekawostka. Inwestycja do dnia dzisiejszego nie została odebrana. Jak mówi Robert Adach, dziwne jest to, żeby ktoś domagał się pieniędzy na podstawie nieodebranej inwestycji, formalnie będącej budową. Stan takiej nieruchomości nie podlega wycenie. – Ktoś przychodzi do podatnika po olbrzymie pieniądze. Ta sprawa nie może się rozstrzygnąć inaczej, niż na kanwie sądu, bo to jest jedyny odpowiedni organ żeby tę sprawę rozwiązać. Ja reprezentuję pieniądz podatnika i nie mogę inną drogą wypłacić takiego odszkodowania, którego domaga się TOYA. Nie będziemy udowadniać, kto tu ma rację, a kto jej nie ma. Firma powinna wystąpić z tym roszczeniem do sądu, a my powinniśmy tam udowadniać swoje racje.

Dodajmy, że w jednym z pism firma domagała się także ponad miliona złotych odsetek. Trudno stwierdzić, od czego to są odsetki i na jakiej podstawie zostały obliczone, skoro inwestycja nadal jest niezakończona.

W tej sprawie odbyło się jedno oficjalne spotkanie, na którym przyjąłem prezesów firmy TOYA. Powiedzieli, że wybudowali kolektor, chcieli nawet negocjować kwotę swojego roszczenia. Stwierdziłem, że nie widzę możliwości wypłaty publicznych pieniędzy bez wyroku sądu. Nie chcę tworzyć wrażenia, że chcę zrobić komuś na złość. Prosiłbym na przyszłość wszystkich inwestorów, że jeżeli będą chcieli domagać się pieniędzy podatnika, to najpierw należy z zarządem powiatu uzgodnić potencjalną partycypację w kosztach, a nie dopiero po wykonaniu danej inwestycji. Ja nie zamierzam budować konfliktu, ale nie mam pojęcia, dlaczego inwestor do tej pory nie oddał tej sprawy do sądu – dziwi się włodarz powiatu.

Podsumowując, wygląda na to, że inwestor równie dobrze mógłby postawić na tym terenie (przypomnijmy, na nieswoim gruncie) hotel albo inną drogą budowlę i domagać się o wiele wyższego odszkodowania. Po rozmowie przeprowadzonej  z Robertem Adachem oraz uważnym przestudiowaniu korespondencji, która miała miejsce pomiędzy starostwem, a firmą TOYA rodzą się pytania i wątpliwości:

Na jakiej podstawie firma TOYA domagała się zapłaty pieniędzy za budowę kolektora na nieswojej działce, a po otrzymaniu należności za samą działkę zarzuciła starostwu, że organ zrobił to niezgodnie z prawem? Dlaczego firma ubiega się o odszkodowanie na podstawie decyzji wydanej przez wójta w 2007 roku, potwierdzając tym samym, że to starostwo jest właścicielem działki, przy czym dwa lata później składa oświadczenie, że działka należy do firmy? Dlaczego inwestor stara się o odszkodowanie za inwestycję, która nie została odebrana i posiada na dzień dzisiejszy status budowy? I najważniejsze: dlaczego firma nie zgłosiła swojego roszczenia do sądu, tylko przedstawiciele firmy pojawili się u starosty osobiście próbując negocjować wysokość odszkodowania? Jak jest naprawdę? Czy istnieje racjonalne postępowanie firmy TOYA?

Chcieliśmy poznać wersję drugiej strony. Ale tutaj zaczynają się schody. Usiłowaliśmy skontaktować się z przedstawicielami firmy TOYA. Prosiliśmy o spotkanie. Odbyliśmy telefoniczną rozmowę z głównym akcjonariuszem firmy, który poprosił o przesłanie pytań na maila. Pytania oczywiście wysłaliśmy. Minęło kilka tygodni i do tej pory nie otrzymaliśmy na nie żadnej odpowiedzi. Dzwoniliśmy do prawnika, który reprezentował firmę w kontaktach ze starostwem. Dowiedzieliśmy się od sekretarki, że nie wiadomo, czy mecenas będzie w ogóle chciał się wypowiadać w tej sprawie. Zostawiliśmy swoje numery telefonów. Niestety nikt się nie odezwał. Zarówno do reprezentującej firmę kancelarii, jak i do samej firmy wysyłaliśmy ponownie pytania i to na różne adresy mailowe oraz dzwoniliśmy, aby dowiedzieć się, czy otrzymamy jakąkolwiek informację na temat konfliktu ze starostwem. Do dnia dzisiejszego żadnego stanowiska drugiej strony nie udało nam się uzyskać. Mamy nadzieję, że firma TOYA S.A. mimo wszystko odpowie na nasze pytania. W końcu to firma giełdowa, a sprawa dotyczy publicznych pieniędzy, a więc wszystko powinno być jak najbardziej jasne i przejrzyste.

1 KOMENTARZ

  1. Podobno postępowanie prokuratorskie zostało umorzone, czyli prokuratura nie dopatrzyła się znamion przestępstwa. Może jako rzetelni dziennikarze powinniście to sprawdzić i coś o tym napisać

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here