„Użądleni” kolarze wspominają…

635

Radość Prusiczan!

Siedmiu rowerzystów intensywnie przygotowywało się do startu: troje z nich, tj. Sylwia Saladra, Tomasz Saldra i Łukasz Saladra, wyruszyło w trasę mega (liczącą 150 km), pozostali – Patryk Wysopal, Piotr Poprawski, Marta Poprawska i Marian Błoński – wybrali trasę najkrótszą (dystans mini wynosił 75 km). Wszyscy bez problemu zaliczyli maraton. Swoimi wrażeniami podzielili się z internautami na oficjalnym facebookowym profilu stowarzyszenia BFT. Dzięki uprzejmości Tomka Saladry, zamieszczamy niektóre relacje uczestników.

 

VII Trzebnicki Maraton Rowerowy zaliczony wspomnienia Tomka:

„Pobudka o 6 rano. Poranna kawka postawiła mnie „troszku” na nogi oraz pożywne spaghetti przygotowane przez Kryś w nocy, bym z rana mógł uzupełnić węglowodany 😉

Szybki przegląd, czy aby na pewno nic nie zapominałem i o 7 wyruszam do Trzebnicy.  Sylwia z Łukaszem  dołączają po drodze. Przygotowujemy nasze rowerki, tzn. mój już gotowy z numerami itp., a Sylwia z Łukaszem przygotowywali swoje. Oczywiście nie obeszło się bez komplikacji. Torebka podsiodełkowa odmówiła posłuszeństwa, a raczej zamek. Na szczęście gumką towarową udało się zabezpieczyć moją zapasową dętkę. Docieram na linię startu. Rozmowy ze znajomymi, których przez okres zimowy się nie widziało. O godz. 8.22 wyruszyła Sylwia Saladra. 20 min po niej nadeszła pora na mnie. Pierwsze km obiecałem sobie, że pojadę spokojnie. I tak do Sułowa starałem się trzymać 27-35 km/h. Czasami „starałem się złapać” jadący „pociąg” kolarzy, niestety ich tempo było dla mnie za mocne. Na 46 km zajeżdżam na PK PŻ gdzie dolewam wodę do bidonu, zabieram w kieszeń 3 kawałki banana i dalej w trasę. W myślach mam, że zaraz dojadę do Sylwii, i że wspólnie pojedziemy dalej. Jak się później okazało, do końca nie udało mi się jej dogonić. Dojeżdżam do kolejnego punktu żywieniowego na 96 km. Tu troszkę dłuższa przerwa: wciągam 2 banany, babeczkę i ruszam dalej w trasę. Endomondo krzyczy, że mam już za sobą 100 km, ucieszony, że to już 2/3 trasy za mną pędzę dalej. Gdy dojeżdżałem do Złotowa dopadł mnie tzw. kryzys a raczej moje 4 litery 🙂 i od tamtej pory jazda na stojąco była u mnie dominująca, biorąc również podjazdy pod uwagę. Między Złotowem a Czeszowem zaatakowały mnie 3 psy, przez co straciłem panowanie nad rowerem i „zaliczyłem” rów. Szybko się pozbierałem i pojechałem dalej. Na 120 km przed samym słynnym podjazdem Prababka dochodzi mnie Łukasz, który startował szosą. Zaczyna padać (ogólnie kocham w deszczu jeździć, ale ten wiatr był zabójczy i ostatnie 30 km trzepało mną dosłownie na rowerze). W myślach układam sobie co przede mną i już wiem, że jeszcze czeka mnie około 8 podjazdów i meta w Trzebnicy. Krzyczące „endo” mówi że 6 godz jazdy już za mną. Myślę sobie: czyżby padł mój rekord z tamtego roku, kiedy to przygotowując się do „Żądełka” pokonałem tę trasę w 7 godz 34 min? I jak się potem okazało mój czas to wstępnie 6:33. Szczęśliwy i z bananem na twarzy wjechałem na linię mety. SYLWIA BARDZO CI DZIĘKUJE że namówiłaś mnie na dystans mega 😉

P.S teraz oficjalnie też dziękuję wszystkim co mnie (nas) wspierali ;)”

 

Żądło Szerszenia 2013 oczami Patryka i Piotrka:

Patryk: „Wstałem szybciej niż planowałem… Miałem wstać o 7 (w końcu startowaliśmy po 9), a jednak wstałem o 6. Dzień zacząłem od pysznego śniadania (pierś z kurczaka sprawiła, że na trasie nie byłem zaraz głodny…Potem jeszcze poszedłem ostatecznie przygotować rower do Żądła. Po wszystkich przygotowaniach czekałem na Piotrka, tak jak się umówiliśmy (jednak nieco się spóźnił).”

Piotr: „W pogardzie mając chłodny wiatr z zachodu wstałem i załadowałem rowery. Przez swoje wielkie sieroctwo spóźniliśmy się na maraton 🙁 Wynikiem czego była utrata przez Patryka pierwszego miejsca, a ja straciłem podium -wyruszyliśmy z siedmioma minutami straty, ale dziś wiem, że to było już ostatni raz –człowiek uczy się na błędach. Ruszyłem z Patrykiem jak pocisk przeciwpancerny przez Trzebnicę, tnąc wiatr jak kartkę papieru tępym nożem. Przez wyboje i gazowaną wodę wystrzeliła mi górna pokrywa od bidonu… Nieznajomy zawodnik ją podniósł doganiając minie i marnując swoje siły, by mi ją oddać (WIELKIE DZIĘKI NIEZNAJOMY 🙂 ). Później niczym przecinak ruszyliśmy na kolejne miejscowości na trasie. Przyłączając się do innej grupy przejechałem z Patrykiem prawie całą trasę dopóki… nie złapał go skurcz. Dojechałem do mety cały i reszta drużyny też, więc jest dobrze..  Daliśmy radę!”

Patryk: „Gdyby nie ten skurcz bym był lepszy niż nie jedna szosówka (ale stało się i nic na to nie poradzimy). Szkoda tylko, że się trochę spóźniliśmy, bo byliśmy lepsi od innych… Ale za rok na pewno się nie spóźnimy i będziemy pierwsi!”

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here