Jak gmina działkę sprzedała, a potem straciła kilkadziesiąt tysięcy złotych

660

Wszystko zaczęło się niewinnie. W czerwcu 2008 roku jeden z młodych mieszkańców gminy Trzebnica postanowił kupić działkę pod budowę domu jednorodzinnego. Aby uniknąć nieprzewidzianych kłopotów, na które czasami można się natknąć, gdy zawiera się transakcję z prywatnymi podmiotami, pan Tomasz (pełne dane do wiadomości redakcji) postanowił, że działkę kupi od gminy. I faktycznie, po przetargu za ponad 166 tys. zł, nabył około 15 arów, działki budowlanej, na której zamierzał postawić wymarzony dom. Z operatu szacunkowego sporządzonego na polecenie gminy, wynika, że na działce nie stwierdzono żadnych wad, które mogłyby wpłynąć na jej wartość, a przydatność do zagospodarowania oceniono jako bardzo dobrą. Co więcej, pan Tomasz, wraz z ojcem, przed kupnem działki dokładnie zapoznali się z dokumentami, widzieli też miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, który jasno wskazywał, że ta działka przeznaczona jest pod budownictwo jednorodzinne. Co więcej, dostawał też zapewnienie od samych urzędników, że działka jest dobra i nie ma żadnych obaw by ją kupić.Po takich zapewnieniach nawet nie przypuszczał, że aby zbudować zwykły dom jednorodzinny będzie musiał zrobić palowanie gruntu, które grubo przekroczy wartość działki.

Podczas podpisywania aktu notarialnego oraz wydawania działki, żaden pracownik urzędu miejskiego nie poinformował mieszkańca, że w czasie budowy domu może napotkać na trudności. Do tej pory wydawało się, że wszystko jest w należytym porządku.

W kwietniu 2009 roku, pan Tomasz zaczął uzbrajać działkę. Do nieruchomości doprowadził wodę i kanalizację, za co zapłacił prawie 16 tys zł. Po miesiącu na działce pojawił się prąd, za który zapłacił ponad 2000 zł. Również w kwietniu otrzymał pozwolenie na budowę budynku mieszkalnego, jednorodzinnego z usługami.

Dobre, złego początki

Budowa rozpoczęła się wiosną 2010 roku. Co ciekawe kierownikiem budowy został Zbigniew Zarzeczny – naczelnik wydziału inwestycyjnego w trzebnickiej gminie. Okazało się, że mimo ustawowego zakazu może on prowadzić działalność usługową, ponieważ burmistrz Marek Długozima zdjął z niego upoważnienie do wydawania decyzji administracyjnych. Ten mały zabieg pozwolił ominąć restrykcyjną ustawę o pracownikach samorządowych, która naczelnikom zabrania prowadzenia działalności gospodarczej.

W maju wykonano wykopy pod fundamenty i wtedy kierownik budowy stwierdził, że na poziomie planowanego posadowienia budynku znajduje się grunt organiczny w postaci namułu, co sugerowało, że kiedyś w tym miejscu mógł być staw. Zbigniew Zarzeczny nakazał wstrzymać roboty budowlane, ponieważ jak stwierdził, na takim podłożu nie można postawić fundamentów. O całej sprawie oczywiście poinformował pana Tomasza.

Zaskoczenie było olbrzymie. Dlatego w lipcu 2010 roku trzebniczanin zlecił firmie Geskop z Wrocławia wykonanie dokumentacji geotechnicznej. Chciał wiedzieć, czy może tam postawić dom czy też nie.

Niestety wyniki okazały się fatalne. Eksperci jasno stwierdzili, że warunki gruntowe są złożone. Wtedy kierownik budowy stwierdził, że dalsza budowa budynku możliwa jest tylko w wypadku zastosowania specjalistycznej metody, przewidującej wykorzystanie pali.

Pan Tomasz zwrócił się do firm budowlanych z zapytaniem jaki będzie koszt zastosowania takiej właśnie metody. Otrzymał dwie oferty. Jedną na kwotę prawie 200 tys. zł brutto, a drugą na 160 tys. zł netto. Okazało się więc, że palowanie działki byłoby droższe niż sama działka. Trzebniczanin postanowił spotkać się z burmistrzem Długozimą. Chciał z nim jakoś polubownie załatwić problem, tym bardziej, że czuł, że zostałem przez gminę wprowadzony w błąd.

Dwa razy próbował umówić się na spotkanie. Sekretarka wpisała go do kalendarza, po czym okazało się, że burmistrz na spotkanie nie przyszedł. Tłumaczono, że albo gdzieś wyjechał, albo coś tam załatwiał. Pan Tomasz wyczuł, że burmistrz, po prostu nie ma zamiaru się ze nim spotykać. Wtedy nie pozostało mu nic innego, jak wysłać oficjalne pismo.

Nieme negocjacje i proces

22 października 2010 roku, pan Tomasz wysłał pismo, w którym oświadczył, że „uchyla się od skutków prawnych oświadczenia woli złożonego przy zawieraniu w dniu 18 czerwca 2008 r. umowy sprzedaży nieruchomości.” Wskazał też, że został wprowadzony w błąd, albowiem na działce brak jest możliwości bezpośredniego posadowienia budynku. Wezwał też burmistrza Marka Długozimę do zapłaty ceny w kwocie ponad 166 tys. zł, a sam zobowiązał się do oddania gminie bezużytecznej działki. W listopadzie burmistrz odpisał, że nie podziela stanowiska pana Tomasza i nie uznał jego oświadczenia. W tym miejscu warto dodać, że przepis na który powołał się pan Tomasz jest mało znany. Otóż, każdy nabywca nieruchomości czy ruchomości, gdy stwierdzi, że został wprowadzony w błąd i to bez znaczenia, czy sprzedający o tym wiedział czy nie, może odstąpić od umowy poprzez, właśnie złożenie oświadczenia o uchyleniu się od skutków prawnych oświadczenia woli. Można to zrobić nawet wtedy, gdy zawarty już został akt notarialny. Należy tylko pamiętać, że na złożenie pisemnego oświadczenia (bo tylko takie jest honorowane przez Sąd) mamy tylko rok, od momentu zauważenia usterki lub wady ukrytej, a nie od momentu nabycia owej rzeczy.

Tak właśnie postąpił pan Tomasz. Niestety burmistrz ani myślał, by iść na ugodę. Mieszkańcowi nie pozostało więc nic innego jak wystąpić na drogę sądową. Wiedział, że to będzie żmudny proces, bo sam jest prawnikiem, ale jak stwierdził nie miał innego wyjścia. 18 listopada 2010 roku pan Tomasz złożył pozew przeciwko gminie Trzebnica. Tym razem żądał już nie tylko zwrotu pieniędzy za działkę, ale pozwał też gminę o zwrot poniesionych nakładów na zrobienie przyłączy. W sumie domagał się ponad 185 tys zł, do tego zażądał zwrotu ustawowych odsetek i  kosztów procesu. A te, nie były małe, bo wartość sporu była znaczna. Gmina, odpowiadając na pozew, oczywiście domagała się jego odrzucenia, a ponadto zażądała od pana Tomasza zapłaty kosztów zastępstwa procesowego. Mimo to, Sąd dał jeszcze stronom miesiąc na polubowne załatwienie sprawy.

Trzebniczanin był gotowy do rozmowy z burmistrzem Długozimą. Chciał dokonać np. zamiany tej działki na podobną na ulicy Czereśniowej, z tych które gmina posiada. Jednak nikt się do niego nie odezwał, a gdy doszło do pierwszej rozprawy prawnik gminy oświadczył, że burmistrz Marek Długozima, nie wyraził zgody na ugodę.

Podczas procesu przesłuchano wielu świadków, głównie pracowników urzędu, powołano także biegłego. Sąd zauważył, że koszty palowania przekraczają wartość działki. Uznał także, że oświadczenie woli zostało złożone skutecznie. Co ciekawe w trakcie procesu pan Tomasz wykazał, że gmina Trzebnica, a właściwie jej pracownicy mogli wiedzieć o błędzie, a już na pewno, pracownicy mogli tę wadę działki zauważyć. Sąd zauważył, że już w 2007 roku gmina Trzebnica budowała w okolicach tej działki łącznik między ulicą Prusicką a Milicką. Wtedy też wykonano odpowiednie badania geologiczne, z których jasno wynikało, że grunt w tych okolicach jest bardzo złożony i należy stosować specjalne technologie, by posadowione budowle nie zapadały się. Co ciekawe, odwierty i badania były prowadzone zaledwie 18 metrów od działki, która później została sprzedana panu Tomaszowi. Sąd zauważył, że gmina jeszcze na kilka miesięcy przed sprzedażą działki, powinna była wiedzieć o możliwych utrudnieniach, a mimo to, zupełnie zignorowano tę wiadomość i przed sprzedażą nieruchomości i przed zawarciem z panem Tomaszem umowy gmina nie zleciła wykonania żadnych badań geotechnicznych.

Sąd nie ma wątpliwości

6 sierpnia zapadł wyrok w Sądzie Okręgowym we Wrocławiu. Sędzia nie miał żadnych wątpliwości. Unieważnił umowę sprzedaży nieruchomości między gminą Trzebnica, a panem Tomaszem. Sąd nakazał gminie zapłacić ponad 183 tys. zł plus ustawowe odsetki na rzecz pana Tomasza. W tym zawierała się cena zapłacona za działkę oraz zwrot poniesionych nakładów na przyłącza. Dodatkowo nakazał gminie pokryć w całości koszty procesu, które wyniosły ponad 12 tys. złotych.

Wydawało się, że na tym sprawa się zakończy, ale okazało się, że burmistrz nie mógł pogodzić się z przegraną i nakazał złożyć apelację. Tu warto dodać, że aby wnieść apelację gmina musiała zapłacić na rzecz sądu kolejną opłatę sądową, która w tym wypadku przekroczyła kwotę 9 tys. zł. Oczywiście w przypadku przegranej kwota ta przepada.

Tymczasem, wyrok sądu pierwszej instancji satysfakcjonował pana Tomasza i to mimo tego, że Sąd nie uznał mu prawie 1200 zł, które zapłacił za prąd. Sąd po prostu nie zauważył, że opłata za prąd następuje w ratach, a on pierwszą wpłatę uczynił od razu przy zawieraniu umowy, a na drugą miał dodatkową fakturę. Ale skoro gmina postanowiła się odwoływać, to i Pan Tomasz skorzystał z okazji i też złożył apelację, co do tej nieuznanej kwoty.

Sąd apelacyjny również nie miał żadnych wątpliwości i 14 listopada 2012 roku zapadł wyrok. Sąd oczywiście uznał wszystkie racje pana Tomasza. Apelację gminy oddalił, ale za to uznał apelację pana Tomasza i dodatkowo przyznał mu prawie 1200 zł wraz z ustawowymi odsetkami.

Burmistrz mógł jeszcze wnieść kasację do Sądu Najwyższego, ale pewnie prawnicy przekonali go, że nie ma to sensu, a może tylko dodatkowo narazić gminę na niepotrzebne koszty, postanowił zatem uznać wyrok.

Kto za to zapłaci?

Czy długi i kosztowny proces był w ogóle potrzebny? Kto poniesie karę za dodatkowe wydatki z budżetu gminy? Dlaczego burmistrz nie chciał pójść na ugodę z panem Tomaszem? Czy naczelnik gminy powinien być jednocześnie kierownikiem budowy u prywatnych inwestorów? Między innymi o to, chcieliśmy zapytać burmistrza Marka Długozimę. Wielokrotne próby telefonicznego kontaktu nie dały rezultatu. W środę udaliśmy się więc z kamerą do Urzędu Miejskiego. Burmistrz był w gabinecie, ale mimo to nie chciał nas przyjąć, ani nawet do nas nie wyszedł, żeby umówić się na jakiś inny dzień. Mimo to nalegaliśmy, by sekretarka zadzwoniła do burmistrza i poprosiła, aby podał konkretną datę, kiedy będziemy mogli porozmawiać o sprawach ważnych dla mieszkańców. Po chwili okazało się, że burmistrz zgodził się na rozmowę, ale dopiero w dniu… 24 kwietnia. Gdy zauważyliśmy, że przecież w kalendarzu jest pełno innych wolnych terminów, bezradnie rozłożyła ręce. Mimo to, nasza dziennikarka postanowiła umówić się z burmistrzem na rozmowę jako mieszkanka gminy, okazało się, że dla niej termin znalazł się – 10 kwietnia.

Podsumujmy, ile gminę kosztował ów proces? Panu Tomaszowi gmina musiała oddać pieniądze, które wcześniej zainkasowała za sprzedaż działki – około 166 tys. zł. W tym miejscu gmina była właściwie „na zero”, bo działka wróciła do jej majątku, choć wydaje się, że są marne szanse na sprzedaż „trefnej” nieruchomości. Dodatkowo gmina musiała zapłacić ponad 18 tys. zł za media, które na swój koszt wykonał pan Tomasz. Do tego za pierwszą rozprawę sądową gmina zapłaciła 12,5 tys. zł, a za apelację dodatkowo ponad 9 tys. zł. I na koniec, doszły jeszcze odsetki, które wyniosły około 50 tys. zł! Razem, gmina Trzebnica, musiała przelać na konto pana Tomasza niebagatelną kwotę około 235 tys. zł. A do tego, na konto Sądu musiała wpłacić ponad 21 tys. zł. Tak więc pod koniec roku z budżetu wypłynęło około 256 tys. zł.  Na razie nie wiemy, czy za ten proces zapłacono również prawnikom, którzy reprezentowali gminę. Przypomnijmy, że od 6 lutego nie możemy przejrzeć umów, jakie gmina zawarła z prawnikami, bo burmistrz odpisał nam, że udostępni nam je, dopiero 28 marca.

Tajne przez poufne

Tu pojawia się kolejna ciekawostka. Pan Tomasz zauważył, że radni decyzję o zabezpieczeniu w budżecie środków na wypłatę tych pieniędzy podjęli dopiero na sesji w dniu 7 grudnia 2012 r. Pyta więc, jak to możliwe, skoro on pieniądze otrzymał mniej więcej w połowie listopada.

Sprawdziliśmy. Faktycznie na grudniowej sesji radni podejmowali decyzję o zabezpieczeniu środków, na „zwrot gruntów do zasobów gminnych„. Co ciekawe skarbnik Barbara Krokowska uzasadniała, że „jeden z kontrahentów z lat ubiegłych w związku ze zmianą sytuacji rodzinnej ale też pewnie innej, wniósł do Sądu o rozwiązanie umowy.” O jaką sytuację rodzinną chodzi? Tego Pan Tomasz nie wie, chyba, że skarbnik miała na myśli śmierć jego ojca, ale co to ma wspólnego z meritum całej sprawy?

Skarbnik słowem nie wspomniała, że chodzi o przegrany przez gminę proces i to nawet wtedy, gdy zapytał o to radny Wojciech Wróbel, który zauważył, że kwota jest znaczna. Co ciekawe, Krokowska podała, że gmina zwróci 184 tys. zł. Radny Wróbel zapytał wtedy o jakie to grunty chodzi. Skarbnik odparła, że w tym momencie nie umie powiedzieć. Wróbel poprosił, by przesłano mu tę informację na piśmie. Mimo, że skarbnik obiecała, że informację prześle, radny do dzisiaj żadnego pisma nie otrzymał.

Zadzwoniliśmy do Regionalnej Izby Obrachunkowej z zapytaniem, czy można z budżetu wydać pieniądze przed odpowiednią uchwałą rady. Okazało się, że nie, bo możemy w tym miejscu mówić o naruszeniu dyscypliny finansów publicznych.

Sprawa wydatków wróciła też na ostatniej, nadzwyczajnej sesji rady, podczas pytań o gminne procesy. O dziwo i w tym wypadku burmistrz Marek Długozima nie ujawnił całej prawdy, albo po prostu z premedytacją okłamał radnych. Na wyraźne zapytanie radnego o ten właśnie proces, odparł, że „gmina musiała zwrócić środki na zakup działki w kwocie ok. 140 tys. zł„. Dlaczego nie powiedział prawdy i nie przyznał się do wszystkich związanych z tym procesem wydatków?

Czy w tej sprawie można by dojść do ugody? Pewnie tak. Wystarczyło porozmawiać z poszkodowanym mieszkańcem i zaproponować mu zamianę. A tak, na procesy, odsetki itp zmarnowano dziesiątki tysięcy złotych. Czy było to konieczne? Swoją drogą ciekawe czy burmistrz poniesie jakiekolwiek konsekwencje takiej, a nie innej decyzji?

Ponury żart

Cały proces, nie dość, że ciekawy, to był też bardzo kontrowersyjny, ale to co się stało na początku tego roku, jest po prostu bulwersujące. Otóż decyzją burmistrza Marka Długozimy z dnia 30 stycznia 2013 roku, pan Tomasz został obciążony podatkiem rolnym za 2013 r. w wysokości 44 zł, od działki, której już dawno nie jest właścicielem, a która wróciła do gminy.  Można zrzucić to na karb bałaganu, który panuje w urzędzie, ale trudno to zrozumieć. W końcu chodzi o gminną kasę. Co ciekawe, w lutym, w księdze wieczystej, jako właściciel działki, dalej figurował Pan Tomasz. A skoro tak, to mógł np.wziąć kredyt i zadłużyć, nie swoją już działkę.

Niestety na tą bądź, co bądź, błędną decyzję i tak musiał złożyć odwołanie do Samorządowego Kolegium Odwoławczego we Wrocławiu. Na szczęście gmina nie czekając na decyzję SKO, sama poprawiła błąd i cofnęła panu Tomaszowi błędną decyzję, oddając też podatek od nieruchomości za lata poprzednie, bo zgodnie z orzeczeniem Sądu umowa kupna – sprzedaży została unieważniona.

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here