Dzień z życia trzebnickich lekarzy

905

Postanowiliśmy towarzyszyć lekarzom pracującym na trzebnickim oddziale podczas jednego z ich dyżurów. Po południu złożyliśmy im wizytę. Chociaż za oknem panowała nieciekawa aura: śnieg i śliska nawierzchnia, można było spodziewać się mnóstwa pacjentów skarżących się na stłuczenia i złamania. Tymczasem na korytarzu było spokojnie. Jak nas poinformowali lekarze, w tym dniu przyjęli raptem kilku pacjentów.

Przychodząc na trzebnicki SOR wcześniej umówiliśmy się na rozmowę z ordynatorem oddziału – dr Adamem Domanasiewiczem. Musimy czekać, bowiem doktor właśnie przyjmuje pacjenta. Korzystając z wolnej chwili rozmawiamy z p. Dorotą, pielęgniarką triażową (triaż to inaczej segregacja medyczna), zajmującej się rejestracją pacjentów:- Muszę wyłonić te osoby, które wymagają natychmiastowej pomocy i od razu skierować je do lekarza (np. skarżących się na ból w klatce piersiowej, który może być symptomem zawału serca). Zwracam także uwagę na tych, którzy oczekują na przyjęcie w poczekalni, patrzę czy ich stan zdrowia nie ulega zmianie. Nie raz już, z samej obserwacji widzę, że pacjentowi nic nie dolega, jednak nie mogę nikogo odesłać „z kwitkiem” – mówi pani Dorota. W trakcie naszej rozmowy do okienka zgłasza się młody mężczyzna. Zapytany co mu dolega, odpowiada, że dzień wcześniej uległ wypadkowi i skarży się na ból głowy i odcinka szyjnego kręgosłupa.

Każdy pacjent, który zgłosi się do szpitalnego oddziału ratunkowego najpierw jest rejestrowany i podlega wstępnej selekcji, potem jest kierowany albo do pokoju konsultacyjnego, albo też do zabiegowego, gdzie rozpoczyna się leczenie (w ciężkich przypadkach podłącza się aparaturę EKG, pobiera krew do badań, sprawdza saturację krwi tlenem, mierzy ciśnienie i tętno, zakłada wkłucie, cewniki, robi się przyłóżkowe USG lub RTG).

Na ordynatora SOR czekamy już na korytarzu, przed gabinetem zabiegowym. Nagle ratownicy medyczni przywożą bezdomnego mężczyznę, skarżącego się na duszności. W tym czasie lekarze w pokoju zabiegowym zajmują się kolejnym pacjentem.

Każdy niepotrzebnie badany przypadek to koszty

SOR w społecznym odczuciu zapełnia lukę w systemie. Pacjent, który nie dostał się danego dnia do lekarza przyjeżdża do nas, albo wzywa karetkę. Potem twierdzi, że źle się czuje, a w przychodni nie było miejsc, albo lekarz wyszedł wcześniej i pojechał na wizyty domowe. Wówczas odbywa się awantura między lekarzami a takimi pacjentami, dlatego, że domagają się od nas pomocy, która im się nie należy. Przykład: przychodzi pacjent i uskarża się na ból, jaki odczuwa już od kilku dni, przecież tę sprawę mógłby załatwić u lekarza rodzinnego. Od nas tacy właśnie pacjenci domagają się diagnostyki i leczenia, a kiedy im odmawiamy to wówczas udają się na skargę do dyrektora czy starosty. Przyjmując u siebie pacjenta musimy przeprowadzić segregację: najpierw zbadać, potem wdrożyć postępowanie, które ma wykazać czy się nadaje na nasz oddział, czy też nie. Już tworzą się koszty osobowe, zlecamy badania, a na końcu okazuje się, że ten pacjent w ogóle nie powinien do nas trafić, tylko do przychodni – komentuje ordynator trzebnickiego oddziału SOR dr Adam Domanasiewicz

 

Cztery kolory

Pacjenci pogrupowani są według kodów: „czerwony”, wymagający natychmiastowej pomocy – to najczęściej ciężkie przypadki, ofiary wypadków, których przywozi pogotowie i od razu kierowani są do sali zabiegowej. Drugi typ, „żółty” oznacza pacjentów, którym pilnie udzielana jest pomoc. Trzeci typ, „zielony” oznacza tych, którzy mogą poczekać nawet kilka godzin aż zostaną zbadani. Dr Domanasiewicz jest zdania, że ci pacjenci w ogóle nie powinni trafić na ten oddział, ponieważ jeśli bez uszczerbku na zdrowiu mogą spokojnie poczekać w kolejce do lekarza, to mogą udać się następnego dnia do swojej przychodni. Jest także czwarty typ „niebieski”: – To tacy pacjenci, którym skończyły się leki, a nie zgłosili się do lekarza po wypisanie kolejnej recepty, albo też są w trakcie zmiany leku i źle reagują na nowy. Przyjeżdżają do nas z żądaniem wypisania kolejnej recepty, albo podania nowych środków. Przecież powinni takie zmiany na bieżąco konsultować ze swoim lekarzem prowadzącym, który zna historię ich choroby. Pacjenci często nie znają nawet nazw leków, które przyjmują „o, takie małe, różowe”, informują nas jakie leki aktualnie zażywają – mówi ordynator.

Każdy jest badany

Lekarze swój dyżur pełnią przez 24 godziny na dobę, każdego pacjenta przyjmują natychmiast, ale wg kolejności kolorów (czerwony, żółty, zielony): – Musimy sprawdzić czy za dolegliwościami, na które uskarża się pacjent, nie kryje się coś poważnego. Każdy przypadek dokumentujemy, wpisujemy dane personalne do akt oraz poszczególne etapy badań, najpierw nazywając każdą wykonywaną czynność, a następnie potwierdzając ją specjalnie przypisanym kodem cyfrowym, których jest kilka, co zabiera dużo dodatkowego czasu. Zlecamy badania, które trzeba rejestrować kolejnymi kodami – znowu zużyte kolejne minuty – po badaniach często okazuje się, że takiemu pacjentowi nic nie grozi i musimy mu powiedzieć, żeby udał się do lekarza rodzinnego. Dużo osób słysząc od nas te słowa wpada w złość i awanturuje się. Nie rozumieją, że nie odmawia im się pomocy, tylko kieruje do innego lekarza, do którego powinni trafić.

Na korytarzu czeka starsza kobieta, która rano zgłosiła się z pewnymi dolegliwościami do lekarzy. Po wykonaniu wstępnych badań stwierdzono, że jej stan nie jest poważny na tyle, by pozostawić ją na oddziale SOR, dlatego wypisano ją do domu. Jednak po kilku godzinach okazało się, że wyniki nie są najlepsze. Szybko skontaktowano się z kobietą, którą poproszono o ponowne zgłoszenie się do oddziału.

W rejestracji zajmujemy się głównie pracą „biurową”, wypisywaniem dokumentacji. Znacznie więcej pracy czeka nas na samym oddziale, gdzie do naszych obowiązków należy zajmowanie się pacjentami: umycie ich, przygotowanie do zabiegów, zawożenie na badania, asysta np. przy szyciu – przygotowanie zestawu, łącznie ze sterylizacją narzędzi nieraz zajmuje więcej czasu niż samo szycie – opowiada pielęgniarka, p. Dorota.

Karetka jak taksówka

Zespół lekarzy w jak najszybszym czasie musi zdiagnozować i ustabilizować pacjenta, po to, by przekazać go do dalszego specjalistycznego leczenia na odpowiedni oddział (np. intensywnej terapii czy internistyczny) lub na salę operacyjną. W jednym z pomieszczeń znajduje się kilka łóżek, gdzie trzymani są pacjenci poddani obserwacji. Lekarze nie stwierdzili jeszcze dokładnie co im dolega, ale ich stan zdrowia nie wymaga podjęcia natychmiastowych działań, poza badaniami i lekami przeciwbólowymi – są w trakcie diagnozowania.

Kto powinien trafić na szpitalny oddział ratunkowy? – zapytaliśmy dr Adama Domanasiewicza: – Na przykład osoby, które są ofiarami wypadków, doznały poważnych urazów, mają objawy zawału, udaru, utratę przytomności, bóle w klatce piersiowej, duszności, zatrucia, świeże poparzenia, zaostrzenia chorób chirurgicznych, czy w niektórych przypadkach np. u małego dziecka czy osoby starszej, wysoką gorączkę, bo to znaczna różnica czy wysoko gorączkuje małe dziecko lub schorowany starzec, czy młody zdrowy dotychczas człowiek, który ma grypę.

Problemem, według naszego rozmówcy, są częste, nieuzasadnione wezwania karetki, które powinny skutkować karą finansową:Niedawno mieliśmy taki przypadek, że panią od 1,5 roku bolała noga, więc wezwała karetkę i przyjechała do nas, albo inny, kiedy pan zadzwonił na pogotowie i uskarżał się na duszności, a w rzeczywistości okazało się, że skończyły mu się recepty. Ratownicy nie mogą wystawiać recept, więc przywieźli go do nas. Może kiedyś się zdarzyć, że ktoś kto będzie naprawdę potrzebował pomocy, może nie doczekać się na przyjazd karetki, bo te permanentnie jeżdżą z osobami, które tej pomocy nie potrzebują. Z drugiej strony, starsze, samotne osoby niepełnosprawne, nie mają możliwości dostania się do lekarza o własnych siłach, nawet z mniejszymi schorzeniami. Źle funkcjonuje system wizyt domowych w ramach podstawowej opieki, więc wezwanie karetki staje się naturalnym rozwiązaniem i tak się pogłębia ten problem.

SOR, to nie izba wytrzeźwień, a jednak…

Ordynator trzebnickiego SOR zwraca także uwagę na inną grupę pacjentów, którzy każdego dnia trafiają na oddział. To alkoholicy, śpiący w parkach czy skwerkach. Mieszkańcy zgłaszają takie przypadki na pogotowie: – Zamiast skupić siły i środki na ludziach w stanie zagrożenia życia lub poważnym zagrożeniu zdrowia stajemy się izbą wytrzeźwień. Każdego pijaka pielęgniarka musi umyć, ogrzać, podać płyny dożylnie i zajmować się nim. Bardzo często tacy pacjenci rozrabiają: obsikują wszystko, często wymiotują i trzeba po nich sprzątać. Trzeba go pilnować aby nie zrobił sobie lub komuś krzywdy. To często najkosztowniejsi pacjenci, często nieprzytomni z upicia lub mocno splątani, trzeba natychmiast wykonać u nich kosztowne badania diagnostyczne np. tomografię, na którą inni czekają miesiącami, aby wyjaśnić czy nie mają, poza upojeniem, innych chorób czy urazów dodaje dr Adam Domanasiewicz.

W zależności od warunków atmosferycznych na poczekalni SOR można spotkać grupy pacjentów z określonymi dolegliwościami: w okresie zimowym odnotowany jest znaczny wzrost złamań, poparzeń w okresie grillowania, natomiast w soboty i niedziele dominują przypadki… imprezowych pobić lub kontuzji piłkarzy.

Co zrobić

Pacjenci, którzy zgłaszają się na oddział domagają się od lekarzy natychmiastowej pomocy: – Nie ważne czy pacjent ma ciężki uraz głowy, czy skaleczony palec, ropień od tygodnia, a nie był w ogóle u lekarza i nie może wytrzymać z bólu. Ludzie nie widzą różnicy, awanturują się o miejsce w kolejce, „ja byłem przed panem” itp. Nie rozumieją, że o kolejności decyduje ciężkość zachorowania, a nie czas przybycia na SOR. Mamy jako społeczeństwo bardzo słabo rozwiniętą świadomość zdrowotną, ludzie czekają do ostatniej chwili, licząc, że samo przejdzie. A przecież łatwiej gasić mały pożar, niż kiedy ogień obejmie cały dom. Takie postępowanie oczywiście generuje wyższe koszty leczenia. Zamiast zgłosić się do przychodni i ugasić „pożar w zarodku” przychodzimy na SOR po paru dniach, ba tygodniach, z zaostrzeniem schorzenia. A przecież to wspólne pieniądze. Udzielamy pomocy, przyjmujemy do szpitala z pełną świadomością, że można było tego uniknąć. Nie pomagają tłumaczenia, nie możemy z każdym się awanturować, więc spokojnie odsyłamy ich do innych lekarzy czy poradni. Przy pierwszych kilku przypadkach grzecznie wyjaśniamy, ale dla pacjentów to odmowa, więc wysłuchujemy wszystkich żalów. Ale ile razy można wysłuchiwać inwektyw na swój temat, tylko dlatego, że odsyła się pacjenta by udał się po pomoc do właściwego dla tego schorzenia lekarza. Tacy niezadowoleni pacjenci bardzo często straszą nas sądem, prasą czy telewizją. Udają się na skargę do starosty, czy dyrektora, albo do gazety. Jesteśmy jak chłopiec do bicia. Władze dzwonią do nas i próbują wyjaśnić przyczyny, dla których niektórym pacjentom odmówiono leczenia, często okazuje się że skarżący nie mieli racji. Dyrektor czy starosta grają „dobrego wujka” i wysłuchują na nas skargi, ale jak dotąd nie znaleziono w Polsce recepty, jak rozwiązać problem z tymi pacjentami, którzy przychodzą do SOR, chociaż nie powinni, bo pomocy powinni szukać u swoich lekarzy rodzinnych lub w przychodniach.

Pokazał to dobitnie raport NIK podający niezasadność udzielania pomocy w SOR-ach w Polsce w granicach 50-70%, a powstające z tego tytułu przekroczenia budżetu oceniono na 50-60%. Niedawno przeprowadzony w naszym szpitalu audyt potwierdził to dane, SOR musiałby mieć o co najmniej 50% większy budżet, aby zbilansować się w dotychczasowej sytuacji.  Pamiętajmy, nikt nie wzywa jednostki antyterrorystycznej do awantury pod sklepem, od tego jest straż miejska lub policja, a SOR jest właśnie taką jednostką „antyterrorystyczną” przewidzianą do interweniowania w najcięższych przypadkach, nie zastępuje POZ i lecznictwa ambulatoryjnego

Dr Adam Domanasiewicz twierdzi, że w obecnej sytuacji nie ma innej możliwości jak wystosowanie apelu do pacjentów, by z rozwagą zgłaszali się na oddział ratunkowy lub też, otworzyć przy SOR izbę przyjęć funkcjonującą przez całą dobę, dla wszystkich zgłaszanych przypadków, tyle, że wówczas trzeba byłoby zatrudnić dodatkowych lekarzy i personel medyczny.  A na to, zapewne nie ma pieniędzy.

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here