Układ czy reklamacja?

216

Podleśniczy Arkadiusz K. jest oskarżony o kradzież ze zrębu w okolicach Gruszeczki ponad 80 m sześc. wielkogabarytowego drewna sosnowego o wartości ponad 30 tys. zł. Do kradzieży doszło dwukrotnie: 18 i 25 stycznia br., kiedy jako pracownik Nadleśnictwa Żmigród Arkadiusz K. pełnił nadzór nad wycinką drzew i jego transportem do odbiorców, m.in. z Rawicza, Dunkowej i Pracz. I właśnie właściciel tartaku w Praczach był drugim z oskarżonych w sprawie, lecz już na pierwszej rozprawie 21 sierpnia przyznał się  do paserstwa, za co został skazany zgodnie z sugestią milickiej prokuratury na karę 5 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 2 lata. Warto wspomnieć, że oprócz przyznania się do winy Włodzimierz G. wystąpił również z wnioskiem o dobrowolne poddanie się karze, stąd tak niewielki wyrok. Inaczej postąpił Arkadiusz K., w związku z czym koniecznym stało się przeprowadzenie pełnego procesu.

Do tej pory w procesie Arkadiusza K. przesłuchano 7 świadków, w tym właścicieli firm transportujących drewno z lasu do zakładów przetwórstwa drzewnego. Opisali oni zasady pozyskiwania, transportu i sprzedaży drewna. Duże znaczenie miały również zeznania nadleśniczego Nadleśnictwa Żmigród Przemysława Wrońskiego, który kategorycznie zaprzeczył, by pozyskiwane na terenie nadleśnictwo drewno miało słabą jakość oraz by zdarzały się reklamacje obejmujące kilkadziesiąt kubików drewna. Jest to istotne o tyle, że linia obrony Arkadiusza K. polega m.in. na dowodzeniu, że Włodzimierz G., właściciel tartaku w Praczach w sposób nieformalny reklamował jakość wielkogabarytowego drzewa sosnowego pozyskanego na zrębie w Gruszeczce, jako przegniłego i zainfekowanego hubą.

 Ile dasz, tyle będzie

W środę 5 grudnia sędzia Paulina Krzemińska przesłuchała aż dziewięciu świadków, których podzielić możemy na dwie grupy: właścicieli firm transportujących drewno z lasu i strażników Straży Leśnej, którzy na zlecenie żmigrodzkiego nadleśniczego działali w tzw. grupie interwencyjnej, poszukującej na terenie 7 tartaków skradzionego drewna. Zeznania transportowców wniosły niewiele do sprawy. Niezwykle za to interesujące były zeznania strażników leśnych: opisali oni ze szczegółami przebieg akcji poszukiwawczej i zatrzymania właściciela tartaku w Praczach. Kiedy fakt kradzieży drewna został ujawniony pod koniec stycznia przez przebywającego do tej pory na urlopie leśniczego z leśnictwa Ujeździec Mały, nadleśniczy Nadleśnictwa Żmigród w porozumieniu z Regionalnym Dyrektorem Lasów Państwowych we Wrocławiu powołał do życia zespół interwencyjny Straży Leśnej, w skład którego weszło 10 strażników m.in. ze Żmigrodu, Milicza i Legnicy. Podczas odprawy wytypowano do kontroli kilka tartaków, które na początku roku pozyskiwały drewno ze zrębu w okolicach Gruszeczki. Takich tartaków było 7, w tym w Dunkowej i właśnie Praczach. 5-osobowe zespoły strażników działały niezależnie od siebie, ale po natrafieniu na niewiadomego pochodzenia drewno wielkogabarytowe, czyli jeszcze nie przetarte w Praczach, wszyscy strażnicy dokonali dokładnego przeszukania feralnego tartaku. Właściciel, Włodzimierz G., początkowo zachowywał spokój, pokazując strażnikom tylko część zgromadzonego na placu drewna, na które posiadał oryginalne i niesfałszowane kwity przewozowe, jednak po chwili, kiedy ujawnione zostały jeszcze inne partie drewna, załamał się i przyznał do jego nielegalnego kupna. Złożył też pisemne oświadczenie, w którym wyjaśnił, jak do kradzieży doszło. Okazało się, że przedsiębiorca zgłosił do podleśniczego Arkadiusza K. zastrzeżenia do części dostarczonego mu legalnie drewna, które wykazywało pewne nieprawidłowości, jeżeli chodzi o masę, a przede wszystkim jakość. Jednak podleśniczy powiedział mu, aby się o nic nie martwił, bo „wszystko zostanie wyrównane”. Cała operacja miała kosztować przedsiębiorcę 8,5 tys. zł, przekazanych bezpośrednio podleśniczemu Arkadiuszowi K. Właściciel tartaku przyznał, że osobiście odebrał dwa transporty nielegalnego drewna. Okazało się, że do dnia kontroli Straży Leśnej, czyli 7 lutego, kiedy panował siarczysty mróz, drewno tartaczne nie zostało przerobione w całości, dzięki czemu strażnicy mogli zabezpieczyć tabliczki znamionowe określające długość, średnicę, jakość i klasę drewna, a także rozpoznać numery partii drewna, zgadzające się z numerami poszukiwanymi. Co ciekawe, dotyczyło to tak tzw. dłużyzny, czyli długich pni sosnowych jeszcze nie przetartych, jak i niektórych partii asortymentu tartacznego (np. belek), na których te numery częściowo się zachowały.

Zdaniem świadków, członków zespołu interwencyjnego Straży Leśnej, dostarczone do Pracz drewno było dobrej jakości, świeże i niezahubione, a więc nie wykazujące cech zgnilizny. Utrzymywali przy tym, że Włodzimierz G. nie wspominał w rozmowie z nimi, ani w pisemnym oświadczeniu, że zamierza drewno reklamować, co czyni się w określony sposób, z zastosowaniem precyzyjnej procedury (powołuje się m.in. wspólną z Nadleśnictwem komisję weryfikacyjną, odszkodowanie wypłaca się tylko w formie pieniężnej, a nie w naturze). Tutaj jednak pojawiły się rozbieżności w zeznaniach świadków, stąd konieczne było przeprowadzenie konfrontacji między członkami zespołu interwencyjnego. Zdaniem jednego ze strażników właściciel tartaku „stwierdził niezgodności” w legalnie dostarczonym drewnie i nielegalne dwie partie drewna, które zostały dostarczone „miały związek z reklamacją, którą właściciel tartaku rozważał”. Jednym słowem, Włodzimierz G. chciał drewno reklamować i dlatego dzwonił do podleśniczego Arkadiusza K., by ten „jakoś to załatwił”. Wtedy też obaj panowie mieli „wejść w układ” i sprawę załatwić nielegalnie, z pominięciem obowiązujących procedur reklamacyjnych, przy czym właściciel tartaku miał działać na zasadzie „ile dasz, tyle będzie”. W trakcie konfrontacji strażników Majewskiego i Lecha sądowi udało się ustalić, że Arkadiusz K. bał się konsekwencji finansowych zgłoszenia reklamacji i dlatego zaproponował „wyjście nieformalne”, co było zgodne ze zwyczajami, które panowały w Lasach Państwowych jeszcze kilkanaście lat temu. Mówił o tym wyraźnie świadek Ryszard Lech: – Kiedyś była taka praktyka, że kiedy właścicielowi tartaku nie podobały się np. dwie sztuki drewna wielkogabarytowego w partii, to dzwonił do leśnictwa, i mówił, że będzie reklamował całą partię drewna. Wtedy przyjeżdżał do niego leśnik i proponował, chcąc uniknąć konsekwencji służbowych za dostarczanie złej jakości drewna, że w zamian dostarczy za darmo np. 4 sztuki drewna dobrej jakości. Wydaje się, że tutaj była podobna sytuacja, tylko że na większą skalę. W każdym wypadku obrót gotówką, jak i dorzucanie drewna to jest kradzież, to jest absolutnie nielegalne.

Sąd zamierza na kolejnej rozprawie, którą wyznaczono na 13 lutego, przesłuchać kolejnych świadków, co najmniej sześciu, w tym trzech świadków obrony. Będzie to też prawdopodobnie ostatnia rozprawa przed ogłoszeniem wyroku.

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here