Trzebnica – miasto mojej młodości, cz. II

817

W tymże roku (1956) w szkole organizację pionierską zastąpiło harcerstwo. Wstąpiłem w jego szeregi dochodząc do funkcji drużynowego. Książeczkę harcerską z wpisem mnóstwa zdobytych sprawności zachowałem do dziś. Miałem także szczęście i zaszczyt być uczestnikiem obozu w Przesiece (tuż za Cieplicami), rozbitego nad górskim potokiem. Komendantem obozu był pan Zbigniew Budas, a jego syn Jurek był w moim zastępie (Sępów). Ciekawostką był fakt, że prycze (łoża do spania) musieliśmy sami wykonać – była to dobra, praktyczna nauka życia. Przeżyłem tam wspaniałe przygody – dyżury w kuchni polowej, nocne warty, nocne podchody i alarmy. Mój zastęp zbudował z górskich kamieni mały polowy ołtarz, przy którym ks. dziekan Wawrzyniec Bochenka odprawił Mszę św., do której służyłem, jako ministrant. Pamiętam też przygodę z małym dreszczykiem strachu, spowodowaną wylewem potoku (ulewny deszcz) – obóz był zagrożony zalaniem. Komenda ewakuowała nas do pobliskiego gospodarstwa i zakwaterowała w stodole na sianie (tylko na jedną noc, a szkoda), razem z podobozem żeńskim – to była radocha! Na obozie pełniłem funkcję nie tylko zastępowego, ale również i trębacza. Grałem na fanfarze – na pobudki, na „ciszę nocną” oraz na nocne alarmy.

Moja przygoda z trąbką, zaczęła się już w IV klasie szkoły podstawowej. Śp. ks. Grzegorz Czech chcąc uzupełnić wszystkie braki w orkiestrze dętej, wybrał kilku ministrantów (wśród nich i ja się znalazłem) i uczył nas gry na trąbce od podstaw. Naukę zaczęliśmy w połowie miesiąca września, a już w grudniu zostaliśmy włączeni (w ilości trzech osób), w szeregi członków orkiestry. Tak więc mój debiut nastąpił na pasterce. Pamiętam instrument, na którym grałem (nie tylko ja), był poniemiecki, zużyty, z małymi dziurkami, które uszczelniało się rozpuszczalnym woskiem.

Ministrantem zostałem jeszcze wcześniej, już w wieku przedszkolnym. Gdy miałem  6 lat moja mama czytała na głos ministranturę w języku łacińskim, a ja za nią powtarzałem głośno wszystko, po kilka razy. Taką to metodą nauczyłem się jej w całości. Mogłem więc samodzielnie służyć do Mszy św. Byłem za niski i za słaby, aby móc sobie poradzić, podczas ceremonii mszalnej, z przeniesieniem ciężkiego mszału, wraz z jego drewnianą podstawą z jednej strony ołtarza na drugi. Zawsze w tej czynności pomagał mi ksiądz. Częstokroć delegowany byłem przez ks. dziekana Wawrzyńca Bochenka do służenia do Mszy św. odprawianych przez księży przyjezdnych (gości). Księża ci, ujęci moim młodym wiekiem i umiejętnościami ministranta, obdarowywali mnie częstokroć cukierkami lub czekoladą.

Mój związek w owym czasie z kościołem (bazyliką) był bardzo ożywiony. Przez długie lata (ponad 10), codziennie rano służyłem do Mszy św., czasem przy obrzędach pogrzebowych, a wieczorem przy nieszporach. Ponadto pomagałem, zgodnie z potrzebami, również przy różnego rodzaju pracach kościelnych, które wykonywał wówczas brat zakonny. Ponadto w okresie świat Bożego Narodzenia chodziłem z księżmi po kolędzie. Pełniłem też rolę posłańca ks. Grzegorza Czecha. Polegało to na zawiadamianiu członków orkiestry o mających się odbyć próbach, lub grze na różnego rodzaju uroczystościach religijnych. Tę czynność wykonywałem pieszo i trwała ona od 1 do 2 dni, gdyż członkowie orkiestry mieszkali w różnych częściach miasta i w kilku pobliskich wioskach.

Młodość – to życie licealne i studenckie, pełne przygód. Były to przeżycia związane z nauką, z którą różnie bywało, zdarzały się nawet wagary (głównie w „szkółkach” – na terenie dzisiejszych Sadów), oraz pierwszymi niewinnymi randkami. Z wybranką chodziłem na spacery, trzymając się za rączki, chodziliśmy głównie na Kocią Górę i do Lasu Bukowego. Zaliczyłem też pierwsze potańcówki w szkole, a potem w karczmie leśnej.

Uprawiałem też czynnie sport – grałem w piłkę nożną przez parę sezonów w drużynie juniorów. Pamiętam, abym mógł grać, musiałem otrzymać pisemną zgodę dyrektora liceum. Otrzymałem tę zgodę, podpisaną przez zastępcę dyrektora – pana Janusza Przetakiewicza.

Każdy okres wakacyjny, począwszy od klasy IV, był dla mnie nie czasem wypoczynku, ale pracy. Musiałem wspomóc rodzinę – zasilić budżet rodzinny, ponieważ mój ojciec zginął w wypadku drogowym. Więc w okresach wakacyjnych pracowałem przy rwaniu czereśni; byłem w tym bardzo dobry – potrafiłem w ciągu „dniówki” narwać od 90 do 150 kilogramów. Zatrudniałem się też jako wychowawca na koloniach prowadzonych przez dyrektora Liceum Ogólnokształcącego, pana Józefa Pieluszczaka. Pracowałem także jeden sezon wakacyjny przy budowie starego basenu pod lasem. Kierownikiem budowy był pan Bartosiewicz (późniejszy poseł na sejm RP). Zatrudniony byłem również w okresie wakacyjnym przy prowadzeniu przystani kajakowej na stawie znajdującym się pod Lasem Bukowym. Na tym stawie jest wysepka, którą wraz z kolegami ochrzciliśmy „wyspą rób co chcesz”. Wieczorami paliliśmy tam ognisko i śpiewaliśmy harcerskie piosenki, przy akompaniamencie akordeonu. Oprócz tego pracowałem też na 1/4 etatu w sanatorium. Prowadziłem tam drużynę harcerską. Komendantem obozu był bardzo zaangażowany w życie harcerskie dyrektor szkoły sanatoryjnej pan Adam Waniek. Byłem tym, który pierwszy zorganizował życie obozowe. Obóz składał się z dwóch dwudziestoczteroosobowych namiotów, w których zamieszkali „sanatoryjni” harcerze. Było to dla nich wielkie przeżycie. Codziennie grałem im na trąbce „ciszę nocną”, a rano pobudkę. Tradycja obozowa była kontynuowana w okresach letnich przez następne lata, ale już bez trębacza.

Po ukończeniu studiów na Uniwersytecie Wrocławskim i zawarciu związku małżeńskiego, wyjechałem na Górny Śląsk, gdzie mieszkam do dziś.

Rozstanie z Trzebnicą było dla mnie przygnębiające i smutne. Ciężko było opuszczać miasto, w którym się wychowałem i z którym mocno emocjonalnie się związałem, miasto, w którym spędziłem najpiękniejsze chwile. Jednakże nigdy o Trzebnicy nie zapomniałem. Odwiedzałem i odwiedzam Trzebnicę. Ilekroć zbliżam się do trzebnickich wzgórz i samego miasta, serce mi bije żywiej. Serce wypełnione jest radością i dumą, gdy patrzę na dynamiczne zmiany, jakie zachodzą w tym mieście, jak ono się rozwija i pięknieje, jakie inwestycje zostały w nim podjęte, jakie wykonano prace modernizacyjne i rewitalizacyjne wielu zabytkowych obiektów. Podczas kolejnych odwiedzin obowiązkowo zaliczam spacery po mieście. Podziwiam Rynek, nowe budownictwo mieszkaniowe, piękne – powstające jak grzyby po deszczu – osiedla domków jednorodzinnych, a przede wszystkim zagospodarowany Las Bukowy, Park Wodny „Zdrój” i zaglądam do kościółka w Lesie Bukowym. Zaliczam wejście na Kocią Górę, z której podziwiam panoramę miasta, z majestatycznym, pocysterskim zespołem klasztorno – kościelnym.

Trzebnico – jesteś miastem bogatym nie tylko w historię, ale i w osobliwy urok, którego nie da się opisać. Jesteś miastem przyjaznym i przyszłościowym.

Tak Cię widzi i ocenia były mieszkaniec miasta, który je kiedyś z żalem opuścił. Mimo to – jesteś dalej moim miastem…

Ziemio Trzebnicka! Ziemio piastowskich książąt: Henryka I Brodatego i Henryka II Pobożnego. Ziemio św. Jadwigi, śp. ks. dziekana Wawrzyńca Bochenka, śp. ks. Antoniego Kiełbasy – nie zapomnij o nich, daj im należne miejsce na kartach Twojej historii…

Ziemio osadników przybyłych do ciebie z różnych stron Polski. Ziemio nowych pokoleń wyrastających z twojej gleby i trwających wiernie przy Tobie, otocz ich swoimi opiekuńczymi skrzydłami. Daj im pod swoim dachem zdrowie, spokój, cierpliwość i mądrość. Daj im dostatek, możliwość rozwoju i samorealizacji. Niech na twojej glebie godnie kontynuują dzieło rozpoczęte przez ich dziadków i ojców.

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here