Ostatnia lekcja

47

To było tak  dawno temu. Od naszej matury w trzebnickim Liceum Ogólnokształcącym minęło przecież w tym roku już równe 40 lat. Pamięć zaciera szczegóły tamtych, szkolnych lat. Pozostają tylko fragmenty, epizody, okruchy. I naturalnie każdy pamięta tamte czasy nieco inaczej.

Faktem jest, że w ówczesnej klasie dziewiątej (czyli drugiej licealnej) „dostaliśmy” nową wychowawczynię, która równocześnie uczyła nas języka ojczystego – panią profesor Barbarę Sułkowską. Jeśli pamięć mnie nie myli w pierwszym roku ogólnokształcącej edukacji zyskaliśmy opinię klasy niesfornej i rozbrykanej, a więc trudnej. Nowa wychowawczyni stanęła więc przed niełatwym zadaniem, ale dobrze sobie z nim poradziła, bo do egzaminu dojrzałości przystępowaliśmy jako grupa zgranych koleżanek i kolegów, a wiele szkolnych więzi przetrwało  do dnia dzisiejszego.

Niewiele pamiętam z lekcji polskiego, ale z pewnością Pani Profesor była wymagająca i konkretna.  Szczególnie ceniła samodzielność i oryginalność wypowiedzi, zarówno ustnych, jak i pisemnych. Ukształtowała w nas także przekonanie o pięknie języka, którym mówimy i o potrzebie korzystania z dorobku polskiej i światowej literatury. Bardzo ważną sprawą był Jej stosunek do poezji. Umiłowanie do czytania (a wtedy recytacji) wierszy pozostało do dzisiaj.

Pani Profesor była także opiekunką  kółka artystycznego. Przez parę lat przygotowaliśmy programy na ważniejsze szkolne uroczystości, a potem na tzw. akademiach prezentowaliśmy je całej szkole. Tradycją było, że odbywały się one na dużej sali Powiatowego Ośrodka Kultury. Były to programy zarówno poważne (szczególnie pamiętam inscenizację dramatu Leona Kruczkowskiego „Niemcy” – reżyserem i wykonawcą głównej roli był mój serdeczny kolega Stefan Nadzieja), jak i estradowe. Ponieważ były to lata, w których najważniejszymi instrumentami były gitary elektryczne, staraliśmy się nasze akademie wzbogacić także big -beatowymi  brzmieniami. Pani Profesor chociaż podkreślała, że nie jest to jej muzyka okazywała zrozumienie i tolerancję, więc ówczesne rockowe grupy Jupiter Beat i Uczniacy prezentowały swe umiejętności społeczności szkolnej.

A gdy się dopełniły dni szkolnej edukacji i po zdaniu matury pożegnaliśmy naszą szkołę i Wychowawczynię, nasze losy i drogi życiowe ukształtowały się różnie. Ale ci z nas szczególnie, którzy pozostali w Trzebnicy mieli okazję spotykać się nadal z naszą Panią Profesor na ulicach miasta, czy przy okazjach imprez rocznicowych. Trzeba podkreślić, że nasza Wychowawczyni bardzo interesowała się losami swoich uczniów. Zawsze chętnie rozmawiała, pytała, ale także doradzała, gdy przedstawialiśmy jej swoje sprawy i problemy. Po prostu Ona nadal czuła się naszą Wychowawczynią, a my także traktowaliśmy to jako rzecz oczywistą. Niestety te spotkania były często krótkie, bo… każdy miał już wiele innych ważnych spraw, do których się spieszył.

Nasza Wychowawczyni była postacią o bardzo wyrazistej, chciałoby się powiedzieć barwnej osobowości. Miała swoje zdanie w każdej sprawie i tego zdania umiała mocno, bezkompromisowo bronić. Miała także dystans do spraw mniej ważnych i specyficzne, nieco przekorne poczucie humoru. Ale było w Niej także ciepło, życzliwość, uśmiech i chęć pomocy tym, którzy jej potrzebowali.

Myślę, że wielu z nas wiele zawdzięcza Jej nauczycielskiemu zaangażowaniu w kształtowanie naszych postaw i charakterów. Teraz, gdy zakończyliśmy tę ostatnią ziemską lekcję będziemy przechowywać we wdzięcznej pamięci tę Osobę, która prowadziła nas po szkolnych ścieżkach edukacji. I tylko odczuwać będziemy żal, że nie spotkamy Jej już więcej na ulicach naszego  miasta, by zapytać: „Co nowego Pani Profesor?”

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here