Rajd był fantastyczny, a wysłużone auta dały radę

89

„Aquamarina” z Trzebnicy, która wyruszyła nyską oraz żmigrodzko-milicka „Zabugole i Pyrusy”, podróżująca czerwonym żukiem, to ekipy, które reprezentowały nasz powiat i brały udział w akcji charytatywnej, prowadzonej przez fundację Nasz Śląsk. Przypomnijmy, że jej celem jest zbiórka pieniędzy, z których całkowity dochód zostanie przeznaczony dla sfinansowanie dziecięcych marzeń. Zadaniem załóg, które włączyły się do prowadzonej akcji było znalezienie darczyńców oraz wyruszenie autem produkcji „komunistycznej” (nieprzekraczającej wartości 1000 zł), w rajdzie starych maszyn. Trasa każdego roku jest zmienna, a ustala ją organizator. Finał „Złombolu” już za nami, załogi wróciły z kilkudniowej podróży, szczęśliwie i bez szwanku dotarli do starożytnej, greckiej Olimpii.  Zabugoli i Aquamarinę pytamy o wrażenia z podróży.

Albania to droga przez mękę

Niesamowite wrażenie na trzebnickim teamie wywarło spotkanie wszystkich 206 załóg, wyruszających w podróż, którzy w umówionym dniu spotkali się na starcie w Katowicach. Aquamarina dotarła na miejsce po krótkiej pauzie spowodowanej drobną awarią auta. Już na miejscu na sygnał do startu czekali pozostali „złombolowicze”. Stare auta oblepione logo darczyńców dumnie prezentowały się i przyciągały wzrok. Niektóre wozy przeszły prawdziwą metamorfozę, w środku miały nową tapicerkę, fotele, lodówki, łóżka… Kilka minut przed startem na placu zrobił się niesamowity hałas – wszystko za sprawą kierowców, którzy przed wyruszeniem trąbili klaksonami swoich aut. Na sygnał kolumna wyruszyła w podróż. Za 2,5 tys. kilometrów upragniona meta.

Załogi zwykle podróżowały w kilkuosobowych grupach, trzebnicki skład część podróży pokonywał razem z dwoma ekipami, które jechały w „maluchach”. – Takich aut, jak nasze nie zobaczymy już na drogach, zatem zainteresowanie w każdym państwie, przez które przejeżdżaliśmy było ogromne. Nieważne czy było to duże miasto, miasteczko, czy wioska. Ludzie machali nam, uśmiechali się do nas, pozdrawiali. Kiedy mieliśmy w nocy przerwy na odpoczynek zwykle przystawali, by przyjrzeć się nysce z bliska. Podobne zainteresowanie wzbudzaliśmy wśród celników, kiedy przekraczaliśmy granicę – mówią członkowie Aquamariny.

Podczas przejazdu przez Węgry, w jednym z miast zatrzymał ich jeden z mieszkańców. Okazało się, że jest miłośnikiem starych aut i czasem przyjeżdża do Polski na zloty starych samochodów. Ten Węgier ubrany był nawet w koszulkę z logo tegorocznego „Złombolu”, rozmawiał z trzebniczanami przez ponad 20 minut, wypytując o szczegóły podróży i o możliwości samochodu. Z zaciekawieniem oglądał auto i poprosił o przysłanie na swoją skrzynkę e-mailową pamiątkowego zdjęcia. Uczestnicy swoją trasę określają mianem „rekreacyjnej”, ponieważ każdą noc spędzali w wynajętych apartamentach. Nie znaczy to wcale, że sama podróż należała do najprzyjemniejszych. Aby ominąć płatne autostrady, pokonywali często górzyste tereny: – To jazda maksymalnie na drugim biegu, z prędkością 20 km na godzinę, przez co znacznie wydłużała nam się trasa. Najgorzej było w Albanii, gdzie zwykle na drogach krajowych po porostu nie ma asfaltu. Drogi usypane są z kamieni czy szutru, jazda po nich to męka – mówią uczestnicy. Rzeczywiście, potwierdzeniem ich słów jest krótki filmik dostępny na youtube, autorstwa jednej z załóg, która próbuje pokonać taki odcinek drogi. Auto ledwo jedzie po wyboistej i nierównej drodze: – Były takie momenty, że nagle kończył się asfalt, beż żadnego ostrzeżenia, żadnego znaku i auto wpadało w kilkunastocentymetrowe wyrwy. Przejeżdżając przez most prawie „przestawialiśmy” naszą nyskę, nie wiedzieliśmy w jaki sposób omijać wielkie wyrwy na drodze. Kiedy przekroczyliśmy grecką granicę poczuliśmy niesamowitą radość – komentuje załoga.  – Już nigdy nie będę narzekał na polskie drogi – dodaje Marcin.

Kiedy udało im się dotrzeć na metę, zwiedzili stadion olimpijski, po czym udali się na kilkudniowe wakacje do Czarnogóry. Na jednej ze stacji benzynowych na Węgrzech zaliczyli mały sukces: – Podładowaliśmy akumulator nowego i ekskluzywnego volvo, które zwyczajnie nie chciało odpalić. Właściciel nawet nie wiedział jak przypiąć kable do akumulatora – śmieje się Jacek.

– Czy wybralibyście się raz jeszcze w podróż takim starym samochodem? – zapytaliśmy uczestników. Marcin od razu powiedział, że z miłą chęcią, nawet przegląda już ogłoszenia o sprzedaży odpowiednich aut. Pozostali jeszcze się zastanawiają…

Auta nie sprzedaliśmy

Druga ekipa wyruszyła w trasę z dwudniowym opóźnieniem . Wszystko przez to, że jeden z członków ekipy miał pilne sprawy do załatwienia: – Przez to, że byliśmy te dwa dni „w plecy”, to na metę jechaliśmy non stop, bez odpoczynku. Co kilka godzin zmienialiśmy się za kierownicą. Kiedy jeden z nas prowadził auto, drugi pilotował trasę, a pozostali odpoczywali na tylnych fotelach. Trasa chociaż była już ustalona, to w trakcie jazdy,  z mapą sprawdzaliśmy nasze położenie, by się nie zgubić. Wybraliśmy najkrótszą trasę, przez 8 państw, a  przejechaliśmy przez 11 państw, zwiedziliśmy 4 stolice. To podróż życia, w którą warto się wybrać. W Budapeszcie spotkaliśmy ekipę, która też jechała żukiem i resztę trasy pokonaliśmy wspólnie. Byliśmy bardzo pozytywnie odbierani przez mieszkańców, auto którym jechaliśmy robiło na nich wrażenie, w rejonach południowych jest przecież niespotykane – relacjonuje Jakub Maciejak z „Zabugoli i Pyrusów”.

Także teamowi żmigrodzko-milickiemu najbardziej zapadła w pamięć trasa pokonywana w Albanii, bo chociaż jest to niebezpieczny kraj, to warty obejrzenia: – W jednym miejscu policja łapała kierowców, którzy przekraczali dopuszczalną prędkość 30 km/h.  Nas nikt  nie zatrzymał, wręcz przeciwnie, policjanci odwracali głowy, jakby udając, że nas nie widzą lub machali nam.

Swoje spostrzeżenia i wrażenia z trasy na bieżąco komentowali na swoim oficjalnym fan pagu na facebooku. Wpis z 20 września brzmi tak: „dojechaliśmy wczoraj kolo godziny 19.. chociaż meta zaliczona:) przejechaliśmy 2700 km. Za moment wybieramy się w kierunku Chorwacji, przejeżdżając przez Albanię. Po relacjach innych złombowiczów którzy jadąc do Olimpii mieli ją po drodze… powinniśmy zawrócić i kategorycznie zmienić trasę. Jednak opowieści o dziurach na pół metra i kończącej się drodze jeszcze bardziej nas nakręcają. Pozdro”, a kilka dni później zamieścili takie informacje: Jesteśmy właśnie w Makarskiej, w Chorwacji. Wymoczyliśmy się, zjedliśmy pizzę i startujemy nad Jeziora Plitvickie. Po drodze zaliczamy jeszcze Split. Przez ostatnie dwa dni kilometry na naszym liczniku przybywają bardzo wolno – włączyliśmy tryb zwiedzania!”

Już na powrocie otrzymali intratną propozycje od jednego ze spotkanych Albańczyków: – Podszedł do nas i zapytał, za ile sprzedamy naszego żuka. Dla żartu podaliśmy mocno wygórowaną sumę, na co ten odpowiedział, że jest w stanie zapłacić tylko połowę. Oczywiście odmówiliśmy. Ostatni podjazd na metę był najbardziej wyczerpujący. Nasze auto jechało na pierwszym biegu, na maksa wciskaliśmy sprzęgło. Powiem szczerze, że ledwo co udało się podjechać pod tą stromą górę. Chociaż wyruszyliśmy później, to jednak na mecie nie byliśmy ostatni. Mamy same pozytywne wrażenia z tej podróży, namawiam znajomych by w przyszłym roku również pojechali na trasę złombolowego rajdu. Taka jazda razem z innymi załogami w szczytnym celu jest warta polecenia – dodaje Kuba.

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here