Śpiewam w programie, bo chcę żeby ktoś nas wreszcie zauważył

388

NOWa: Jesteś kojarzony jako wokalista zespołu Fama Blues Band, jednak twoja muzyczna przygoda rozpoczęła się dużo wcześniej

Tomasz Kowalski: – Wszystko zaczęło się przy moim ojcu: najpierw śpiewaniem w kapeli ludowej, potem graniem na bębnach, aż do związania się z FBB. Moja rodzina jest muzykalna, więc ciężko było nie pójść tym samym szlakiem.  Do tej pory gram z ojcem, nadal występuję z FBB, a od niedawna gram w zespole Hołd, w minioną sobotę mieliśmy nasz pierwszy koncert. Tam gramy kawałki dedykowane w hołdzie znanym rockmanom.

NOWa: Początki FBB zaczęły się na organizowanych jam session w trzebnickim klubie Fama. Tam się skrzyżowały wasze drogi

T.K.: – Tak, część chłopaków chodziła do Famy, tak po prostu żeby posiedzieć i pogadać. Bartek Szydłowski, jeden znajomy, w pewnym momencie rzucił hasło: czy nie chcielibyśmy zrobić małego zespołu, coś pograć. On nas związał ze sobą, mimo małych zmian w składzie od czterech lat trzymamy się w tej samej ekipie. Pierwsze próby mieliśmy tylko w Famie, właściciele klubu pomagali nam, nawet zasponsorowali sprzęt nagłośnieniowy – to właśnie w Famie dawaliśmy pierwsze koncerty. Potem poszliśmy do domu kultury, jednak mieliśmy zbyt małe miejsce do prób, zmieniliśmy lokal, teraz wynajmujemy salkę przy hali ZAPO.

NOWa: Gracie od kilku lat, jesteście rozpoznawalni. Udało wam się zdobyć kilka nagród podczas festiwali. W jakim miejscu waszej kariery się znajdujecie?

T.K. : – Dzięki naszej wygranej w Przeglądzie Zespołów Bluesowych w Bolesławcu, gdzie zagraliśmy piosenkę Tadeusza Nalepy, a ja zdobyłem nagrodę dla najlepszego wokalisty, mieliśmy opłaconą sesję nagrań w studio Tower. Nie jesteśmy jednak zadowoleni z efektów tej pracy, czasu było niewiele, trzeba było nagrać materiał. Chociaż cały czas gdzieś jeździmy, to nadal jesteśmy… w piwnicy. Niestety wszystko rozbija się o kasę, a jesteśmy na takim etapie, że chcemy nagrywać już własne kawałki.

 NOWa: Czy miałeś zadatki na frontmana?

T.K.: – W zespole nigdy się nie pchałem na pierwsze miejsce, co innego w wioskowych bandach… (śmiech) Nie mam większych problemów, gdy występuję przed publicznością: czasem coś powiem do ludzi, czasem poprowadzę koncert. Uważam, że jesteśmy w dobrym wieku, by tworzyć muzykę. Każdy z nas już nawywijał, ma swoje za uszami. Teraz możemy wejść i tworzyć.

NOWa: To teraz porozmawiajmy o najważniejszym…Twój udział w „Must Be The Music”. Dlaczego zdecydowałeś się na udział w tym programie?

T.K: Razem z zespołem planowaliśmy iść na przesłuchania do II edycji. Dlaczego zdecydowaliśmy się na udział w tym programie? Szczerze, to mieliśmy dość proszenia się różnych menadżerów: „pozwólcie nam zagrać”, nawet w Trzebnicy musieliśmy się prosić o granie. Potem pomyślałem dlaczego nie spróbować zagrać w programie. Najpierw decyzja była taka, że idziemy wszyscy, ale na próbie generalnej okazało się, że jednak nie wszyscy… Wkurzyłem się i razem z klawiszowcem pojechaliśmy na casting. Szybko przećwiczyliśmy jeden numer, a dosłownie przed wejściem do jury zrobiliśmy drugi numer „To jak to było” – rzuciłem Mateuszowi chwilę przed wejściem na scenę. Powodem, dla którego poszliśmy do tego programu było to, żeby ktoś nas zauważył. Wysyłaliśmy maile do różnych „dziadoskich” knajp, z własnym repertuarem, z prośbą o koncert. A w odpowiedzi nic, cisza. Jurorzy podczas castingu wypytywali mnie, czym się zajmuję, zainteresowała ich historia naszego muzeum ludowego, przyjechali do mnie, filmowali muzeum.

NOWa: Nie stresowałeś się występem przez znanymi jurorami i kamerami?

T.K.: – Nie stresowałem się tym występem. Chociaż, chwilę przed moim występek śpiewała kobieta, która miała świetny wokal, a jurorzy byli na nie. Co? Pomyślałem, taki głos i nie przechodzi? Wtedy trochę się zdenerwowałem, ale gość z ekipy nagłaśniającej rzucił mi „Idź Tomek, będzie dobrze”. Szczerze to byłem zmęczony, po 40 godzinach oczekiwania na występ, oczy miałem na „zapałkę”. To zmęczenie w porównaniu z emocjami utworu dało swoje. Nie widziałem widowni i jurorów, tak oślepiały mnie światła. Wiedziałem, że nie dam plamy. Zrobiłem swoje i musiałem liczyć się z ewentualną krytyką. Tego dnia pod moim adresem padło wiele ciepłych słów: Zapendowska mnie rozwaliła, przecież to jest taka kosa, że nawet jak komuś coś miłego powie, to zawsze wetknie szpilkę, a u mnie nie!

NOWa: Śledzisz program w telewizji, jesteś na bieżąco?

T.K.: – Tylko swój odcinek widziałem do połowy, potem rozdzwoniły się telefony. Nie wiem, jacy ludzie przeszli dalej, nie słucham tego typu muzyki. Żaden zespół nie wywołał u mnie większych emocji, a żeby coś mi się spodobało to na „dzień dobry” musi mnie zwalić z nóg. Nie stresuje się przyszłymi występami. Scena jak scena, wychodzę, śpiewam numer i wychodzę.

NOWa: Wiemy, że przeszedłeś do kolejnego etapu programu. Znalazłeś się w gronie półfinalistów. Gratulacje!

T.K. : – Cóż to wyglądało tak, że zaproszone osoby wchodziły do pokoju, w którym siedzieli jurorzy i się rozmawiało. Łozo zapytał co u mnie słychać, odpowiedziałem, że dobrze. Kora zapytała, czy pamiętam jakie wrażenie na nich zrobiłem. Odpowiedziałem, że tak, ponieważ do dzisiaj czuję te emocje. Łozo dopytał jeszcze, czy gdybym przeszedł dalej, to czy chciałbym zagrać solo czy z moim zespołem. Odpowiedziałem, że sam to rozpocząłem, więc chciałbym zakończyć. Rozmawiałem z nimi szczerze, powiedziałem, że jak przejdę dalej to będzie dobrze, a jak zadecydują o tym, że nie, to też nic się nie stanie. Nie będę płakać, bo mam co robić w życiu – tak im powiedziałem. Oni w odpowiedzi 4 x „tak”. Teraz przygotowujemy się do półfinałów, jutro wchodzimy do studia i nagrywamy podkład. Nie mogę zdradzić co zaśpiewam, ale to będzie kawałek po polsku. Mam występ 14 października. Czytam komentarze pod swoim występem, jest masa pozytywnych odzewów, ludzie są zachwyceni! Mam ponad 80 tysięcy odtworzeń.

NOWa: To może opowiesz coś o życiu rockmana?

T.K.: –  Ludziom wydaje się, że rockendrollowiec to bierze narkotyki, pije, ma afterparty na przyczepach. Moje chłopaki to inna para kaloszy, nie ma miejsca na inne używki: nie pijemy na koncertach, nieraz po, ale tylko dla relaksu. Piję bardzo mało alkoholu. Uprawiam dużo sportu, sztuki walki. Cieszy mnie, że wkraczam w świat muzyki z pewnymi zasadami, które spowodują, żebym marnie nie skończył. W ryzach trzymają mnie sztuki walki, mam zasady, których nie łamię.

NOWa: – Jak wyobrażasz siebie za 10 lat?

T.K.: – Marzy mi się, że koncertuję, nadal gram z chłopakami, że muzeum dobrze się rozwija, dzieci przyjeżdżają. Marzy mi się, że spełniam się w sporcie. Myślę, że jestem na dobrej drodze, by część marzeń spełnić.

NOWa:  – Dziękujemy za rozmowę. Życzymy dalszych postępów w realizacji życiowych i muzycznych celów! A naszych Czytelników namawiamy do śledzenia dalszych losów naszego półfinalisty i wsparcia go w walce o finał.

fot. Marcin Mazurkiewicz

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here