W klubie mówią do mnie tatuś

501

Miłość do gry w piłkę nożną u pana Józefa pojawiła się w czasie, gdy nie było jeszcze tak urozmaiconej  rozrywki, ani możliwości zabawy jak teraz. Józef Ulatowski twierdzi, że trzeba było sobie znaleźć jakiejś zajęcie w wolnym czasie, więc wspólnie z kolegami zaczęli spotykać się aby pograć.

 – Mieliśmy taką starą piłkę, jeszcze sznurowana była i graliśmy nią. Od początku grałem czynnie. Na początku w Ligocie Pięknej, później przeszedłem do Widawy Wrocław, gdzie grałem przez rok  i znów powróciłem do Ligoty. Była to już B klasa.  I tutaj z przerwami gram już 10 lat – wspomina pan Józef, który grał także w A klasie. Był piłkarzem w Kotowicach, ponieważ brat go tam ściągnął, a także grał „na wypożyczeniu” w Malince Malin. W tej chwili występuje już tylko w klubie z Będkowa.

Jak wspomina pan Józef, gdy był młodszy miał troszkę inne priorytety i wówczas lepiej grało mu się z A klasie, ponieważ liga była wyższa, organizowano dalsze wyjazdy, był lepszy poziom. Teraz jest troszkę inaczej. Dzisiaj woli grać w B klasie, gdzie można robić to bardziej rekreacyjnie. Gra sprawia mu do dzisiaj ogromną przyjemność.

– Młodzi chłopcy obecnie nie chcą biegać, wolą chodzić na różne imprezy, grać na komputerach, playstation i nie garną się do piłki,  ani do innych sportów. Często można u nich zauważyć, że na początku jest zapał, który niestety gdzieś szybko ucieka – powiedział pan Józef.

Józef Ulatowski choć jest najstarszym piłkarzem w będkowskim klubie, wcale nie zamierza przestawać grać. Chce dawać dobry przykład młodym ludziom. Aby nie wypaść z wprawy i utrzymywać dobrą kondycję, razem ze swoim kolegą trenuje w Ligocie i razem też jeżdżą na mecze.

Swoją pasją udało mu się zarazić swoich trzech synów. Na początku wraz z synami grali na podwórku. Było dwóch na dwóch. Zima, mróz, śnieg a oni wychodzili na podwórko i grali.

– Często graliśmy razem w piłkę. To jest sport rodzinny. Jeden z synów grał nawet w Śląsku Wrocław, gdzie był kapitanem. We wszystkich trzech zaszczepiłem miłość do piłki nożnej i wszyscy zaczynali swoją grę w Parasolu Wrocław. Jeździli na turnieje, mistrzostwa Polski. Najstarszy syn grał w IV lidzie w Trzebnicy, ale łękotka go wyeliminowała z dalszej kariery, średni w Śląsku. Najmłodszy syn też grał, ale skręcił kostkę – opowiada pan Józef.

Józef Ulatowski opowiada, że w klubie w Będkowie mówią na niego „tatuś”.

 – W klubie gra wielu młodych ludzi, a ja potrafię stworzyć fajną atmosferę, rozładować stresujące sytuacje, bo w takich klasach gra się dla przyjemności, a nie dla osiągnięcia jakiś pieniędzy czy innych sukcesów. Poza tym piłkarze często przychodzą do mnie po poradę, wielu się ode mnie uczy – dodaje pan Józef.

Treningi odbywają się raz w tygodniu na Orliku w Trzebnicy. Ale panu Józefowi to nie wystarcza.

 – Kolega trenuje C klasę i chodzę sobie jeszcze dwa razy w tygodniu z nim na trening. Mnie po prostu do piłki nożnej cały czas ciągnie. I cieszę się, że mam wspaniałą i tolerancyjną żonę. To dzięki niej mogłem i nadal mogę grać. Przecież jak dzieci były małe, ona zostawała z nimi w domu, a ja uciekałem grać w piłkę. I to w zasadzie co niedzielę. Ona to akceptowała – dodał na koniec Józef Ulatowski.

1 KOMENTARZ

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here