Upiór z lasu

101

Dojechać można z Trzebnicy szosą, po obu stronach której rozciągają się malownicze krajobrazy Wzgórz Trzebnickich. Przed wjazdem do Cerekwicy po prawej stronie szosy mijamy niewielki lasek, a nieco dalej po przeciwnej stronie stoi przydrożna biała kapliczka. To właśnie tam rozegrały się (czy też może nigdy się nie rozegrały) opisane poniżej wydarzenia.

 Józek siedział przy okienku na strychu starej willi i, zapatrzony w zachodzące słońce, wspominał. Wspomniał nie tyle życie, co raczej swoją śmierć i, co za tym idzie, życie po życiu. Bo Józek był duchem. Duchem Józefem.

 Wszystko zaczęło się, czy może raczej skończyło (dalej miał problem ze znalezieniem odpowiednich określeń do swojej, bądź co bądź nietypowej, sytuacji) dawno temu. Jakieś pół wieku, a może i więcej. Młody Józek, taki bardziej niebieski ptak, mieszkał sobie samotnie w swojej chałupie. Uczciwą pracą to on się rzadko kiedy kalał, no ale żyć z czegoś trzeba było, więc wymyślił, że rozkręci biznes. Przedsiębiorstwo miało dostarczać potrzebującym mięso upolowanych, dzikich i domowych zwierząt . Takie przedsiębiorstwo to się kłusownictwo nazywało i było raczej karalne, ale Józek nie zamierzał używać stereotypowych określeń. Przechodząc od słów do czynów spędził kilka wiosennych nocy na zastawianiu sideł, ale nie bardzo mu szło. Coś ta zwierzyna niespecjalnie pchała się w pułapki. Po miesiącu miał na swoim koncie dwie czy trzy kury sąsiadów i jednego mizernego zająca; zapotrzebowanie na jego usługi było natomiast znacznie większe. Czas więc było zastosować inne, doskonalsze metody. Postanowił również poszerzyć swoje terytorium łowieckie o lasek pod Cerekwicą, miejsce co prawda uczęszczane, ale nie w nadmiarze. Zabrał ze sobą jakieś żelastwo na sidła i łopatę, aby wykopać głęboki dół – a nuż złapie się coś większego. No i poszedł na polowanie.

 Kopał i kopał, bo cały czas zdawało mu się, że zwierzak z tego dołu wyjdzie. Świt był blisko i deszcz zaczął padać. W końcu uznał, że wystarczy. Wygrzebał się z dołu, ale że było ciemno i ślisko – źle stąpnął, noga mu się obsunęła, stracił równowagę i wleciał do wykopu na łeb, a na niego, z okropnym brzękiem, poleciało leżące obok żelastwo. Stracił przytomność.

 Ocknął się, kiedy słońce było już wysoko. Chciał wyjść z dołu, ale nie mógł. Nogi bolały go piekielnie, reszta ciała zresztą niewiele mniej. Najpierw spokojnie, potem coraz bardziej histerycznie próbował się wygramolić. Nie potrafił, dół był głęboki i miał brzegi strome i śliskie po nocnym deszczu, a Józek chyba miał połamane nogi, bo nie mógł na nich stanąć. Przerażony nie na żarty zaczął wzywać pomocy, nikt mu jednak nie odpowiadał. Wyglądało na to, że był w lesie sam.

 Leżał tak chyba z trzy dni, krzycząc i pohukując na zmianę, gdy w końcu usłyszał ludzkie głosy. Zaczął ochryple wzywać pomocy, a kiedy się ruszał, leżące na nim żelastwo dzwoniło nieprzyjemnie. W odpowiedzi dobiegły do niego przerażone wrzaski i tupot uciekających nóg. Leżał więc w dole dalej, coraz bardziej głodny i spragniony. Ludzie kręcili się blisko, ale kiedy wołał i dzwonił łańcuchami – uciekali krzycząc, że to duchy. W końcu zrobiło mu się wszystko jedno, otaczający go świat zbielał i czas przestał istnieć. A potem zobaczył światło. Bardzo jasne, oślepiające – przyzywało go do siebie i wabiło. Ale on się wystraszył i, kuląc się na dnie swego dołu, starał się nie patrzeć i odsunąć jak najdalej. I światło zniknęło.

 Kiedy otworzył oczy znowu widział i słyszał wyraźnie. Las wokół niego tętnił życiem, był intensywnie kolorowy, w powietrzu czuło się nadchodzącą jesień. Józek ponowił próbę opuszczenia swojej pułapki i, o dziwo, udało mu się za pierwszym razem. Był jakiś taki dziwnie lekki, nic go już nie bolało. Zadowolony popędził do domu. Trochę go zaskoczyło, że przechodzący sąsiedzi nie odpowiadają na jego pozdrowienia. Ale co tam, to ich problem. W chałupie miał całkiem spory zapas bimbru, to zaraz uczci szczęśliwy koniec durnej przygody. Wszedł do izby. A tu w jego domu jakaś zezowata baba i gromada dzieciaków w różnym wieku. Ki diabeł? Najpierw go zatkało, ale zaraz potem szlag go trafił. Oczywiście próbował się dowiedzieć co zacz. Tyle, że baba i jej potomstwo okazali się ślepi i głusi, bo go nie widzieli i nie słyszeli.

 Zrozpaczony Józek od kilku dni wojował z intruzami, którzy podczas jego nieobecności wrzepili się do domu. Baba miała męża, ale i on nic nie widział i nie słyszał. Co za rodzina jakaś kaleka? Oganiali się tylko od Józka jak od muchy. Co go zastanowiło, to fakt, że siebie widzieli, widzieli również sprzęty i zwierzęta. Tylko jego – Józka, nie. Do myślenia to on raczej nie był przyzwyczajony, ale zalęgło się w nim straszne podejrzenie, że on chyba nie przeżył tego polowania

 W ciągu następnych dni Józek utwierdził się w przekonaniu, że jest duchem. Poszedł nawet poszukać swojego ciała i to co zobaczył… No, w każdym razie uzyskał pewność że jest martwy. Musiał jednak gdzieś mieszkać, osiedlił się więc na strychu własnej chałupy. Nie był specjalnie uciążliwy (we własnym mniemaniu), ale nowi lokatorzy nie życzyli sobie ducha na strychu. Pewnego dnia wpadli do Józka z garem wody święconej, oblali całe pomieszczenie i Józka oczywiście też, nalali mu tej wody nawet do oka tak, że piekło go jeszcze długo. Wrzeszczeli coś o egzorcyzmach. Józek był rozżalony. Na niego z wodą święconą? A co on jest, demon jakiś? On duch spokojny, domowy. Siedzi cicho, czasem tylko coś mu spadnie przy próbie przeniesienia, albo przenikanie mu nie wyjdzie i zamiast przejść przez ścianę gruchnie w nią. No fakt, wtedy łomot jest potężny, cała chałupa się trzęsie, ale trzeba się nauczyć nowych umiejętności. Musi ćwiczyć. Nowi byli jednak nieprzyjemnie konsekwentni i pewnego dnia Józek, tak jak stał, opuścił swój strych, aby poszukać nowego bardziej przyjaznego lokalu.

 Błąkał się długo po całej Ziemi Trzebnickiej. Jako mieszkanie w grę wchodziły strychy i piwnice. Raz nawet znalazł odpowiedni loszek, ale okazał się zasiedlony. W pierwszej chwili piwniczka wyglądała dość zachęcająco i Józek już się rozgościł. Nagle znikąd rzuciła się na niego mroczna masa o rozjarzonych ślepiach, rozsiewająca wokół siebie atmosferę lęku i rozpaczy. Józek przeraził się nie do opisania. Spotykał wcześniej inne, mniej lub bardziej przyjazne duchy, ale z demonem miał do czynienia po raz pierwszy. I postanowił sobie, że ostatni. Nie wie do dzisiaj, jakim cudem udało mu się uciec. Roztrzęsiony, wrócił do swojego lasku. Trochę tam pomieszkał. Zawodził czasem i podzwaniał łańcuchami, jakoś sprawiało mu to satysfakcję. No, ale na dłuższą metę tak nie mogło zostać. Musiał znaleźć mieszkanie.

 Znalazł w końcu odpowiedni obszerny strych. Nauczony doświadczeniem, dość długo obserwował budynek z ukrycia. Wszystko było w porządku – na strychu było pusto. Rodzina zamieszkująca dom okazała się w miarę sympatyczna, na strych zaglądali wszystkiego może dwa razy w roku, a hałasy, które zaczęły dobiegać z góry sprawiły iż poczuli się dumni, że mają ducha. Żadnych egzorcyzmów.

 Józek zajął się urządzaniem swojego nowego domu. Ludzi bał się okropnie, a duchów jeszcze bardziej, nie szukał więc towarzystwa. Ale nudziło mu się samemu i wtedy odkrył świat książek. Zaczął czytać. W domu była ogromna biblioteka, mógł z niej bez przeszkód korzystać. Najbardziej interesowała go literatura jego przedmiotu, czyli książki o duchach. Wiele się z nich nauczył. Czytał zresztą na każdy temat: powieści, literaturę popularnonaukową i naukową, czasopisma. Wszystko, co było dostępne. Często zakradał się do salonu i z kąta za palmą oglądał telewizję. W ostatnich latach nauczył się nawet obsługiwać komputer i korzystał z Internetu.

 W pewnej chwili zrozumiał, że już nie jest prymitywnym Józkiem – nierobem. Myślał o sobie teraz jako o Józefie – myślącym, wykształconym, umiejącym rozwiązywać skomplikowane problemy. Często zastanawiał się, czy musiał umrzeć, aby tak bardzo rozwinąć się duchowo. Nie przeszkadzało mu to, uważał, że tak jak jest teraz- jest dobrze.

 Od jakiegoś czasu na strych zaglądała mała dziewczynka. Nie bała się Józka. Nie widziała go, ale czuła jego obecność. A on lubił opowiadać jej bajki i myślał, że taka byłaby jego wnuczka gdyby ją miał. Przyszło mu do głowy, że kiedyś, kiedy mała dziewczynka stanie się bardzo dużą dziewczynką, poprosi ją, aby pomogła mu pójść dalej. Ale to będzie kiedyś, bo teraz nie jest jeszcze gotowy. Jeszcze chce pożyć (?!). Bo teraz jest zadowolony. Przestał zaglądać nawet do swojego lasu, bo straszenie nie sprawiało mu już przyjemności.

 I tylko ludzie z wioski z daleka omijają las niedaleko kapliczki, bo ciągle pamiętają, że kiedyś tam straszyło.

 

 

 

 

 

 

 

 

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here