Widziadło

84

Był ciepły jesienny wieczór, kilka lub kilkanaście miesięcy po zakończeniu wojny. Helka z mężem załatwiali od rana jakieś sprawy urzędowe w mieście. Dużo czasu im to zajęło, a potem zasiedzieli się jeszcze u ciotki w Trzebnicy; zrobiło się późno i trzeba było w końcu do domu na wsi wracać. Samochodu to tam nikt przecież nie miał, dobrze, że dysponowali chociaż starą furmanką i koniem.

Koń, prawie obrażony, bo uważał, że o tej porze powinien dawno stać w stajni, człapał ociężale. Dojechali gdzieś w okolice starych glinianek. Przy skrzyżowaniu dróg zrobiło się bardzo zimno, Helka sięgnęła więc po stary koc do okrycia. Nagle bez widocznego powodu koń zarżał przeraźliwie i stanął dęba. Tadeusz zeskoczył i próbował uspokoić zwierzę. Wtedy na poprzecznej, dochodzącej do skrzyżowania drodze zobaczyli światło. Przerażony koń szarpał się dalej, próbując wycofać się lub zawrócić. Nie wiedzieli co mu się stało, bo zwykle był mocno niemrawy. Zdecydowali, że zaczekają aż „to coś” przejedzie, może koń się wtedy uspokoi.

Tymczasem świecący pojazd był już blisko. Helka i Tadeusz powoli uświadamiali sobie co widzą. Do skrzyżowania zbliżali się na motocyklach trzej ludzie w niemieckich mundurach. Za motorami jechały zaś samochody. Małżeństwo patrzyło na to dziwne widowisko z przerażeniem. Bo to nie dość, że niemieccy żołnierze, to jeszcze fakt, że widziadłu nie towarzyszył żaden dźwięk, ale świecące reflektory motocykli i samochodów niczego nie oświetlały. Widok był dziwny i przerażający.

Zszokowani Helka i Tadeusz patrzyli na niesamowity obraz przesuwający się przed ich oczyma w absolutnej ciszy, jak niemy film. Uwieszeni po obu bokach szalejącego, nie dającego się im utrzymać konia, widzieli woskowo nieruchome, patrzące w dal przed siebie, twarze przejeżdżających żandarmów. Nie wiedzieli, czego bardziej się bać: czy Niemców (którzy zdawali się ich jednak nie widzieć), czy przerażającego zjawiska.

Kawalkada pojazdów minęła skrzyżowanie. Zjawisku nie towarzyszył najmniejszy nawet dźwięk. W ogóle cała przyroda jakby zamarła. Tylko przejmujący chłód, szalejący koń i przesuwający się jak film w kinie obraz na drodze. I atmosfera ciężka, pełna grozy.

Kolumnę pojazdów zamykał motocykl. Minęli skrzyżowanie i jechali dalej w kierunku glinianek, a tam obraz zaczął jakby drgać i niesamowita armia powoli rozpłynęła się w powietrzu. Po chwili przejmujący chłód zaczął ustępować; koń się uspokoił. Tylko Helka i Tadeusz stali jak skamieniali. No bo co właściwie widzieli? Już sami niemieccy żołnierze tak niedługo po wojnie byliby dostatecznie przerażający, ale młode małżeństwo zdawało sobie sprawę z tego, że nie minęli ich ludzie z krwi i kości. Co więc to było? Czy armia Hitlera jadąca do piekła? Czy może zjawisko podobne do fatamorgany, odbicie w czasie i przestrzeni wydarzeń, które gdzieś i kiedyś miały miejsce? A może znużeni Helka i Tadeusz zasnęli i był to po prostu ich sen? Tylko jakim cudem oboje śnili to samo?

Nie rozmawiali potem ze sobą. W milczeniu poczekali kilka godzin, aż przejechał drogą pierwszy wóz. Ruszyli za nim. Nigdy się nie dowiedzieli, czego właściwie byli świadkami.

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here