Pieski żywot bociana

610

Gdy pani Aleksandra, będąc tydzień temu w piątek wieczorem na spacerze  przechodziła  koło łąki świeżo skoszonej łąki, usłyszała dobiegający z pobliskich krzaków przeraźliwy klekot. Gdy podeszła, zobaczyła bociana z poszarpanym skrzydłem. – Prawdopodobnie, ptak żerując, szedł za kosiarką i skrzydło dostało się pod nóż maszyny. Widok był koszmarny, wisiało ono dosłownie na kawałku skóry, a ptak straszliwie cierpiał.

W poszukiwaniu weterynarza

Nasza Czytelniczka i jej mąż zabrali ptaka do domu i opatrzyli. Nie mieli jednak nadziei, że przeżyje.

W sobotę rano bocian, choć w bardzo złym stanie,  jednak żył. Jego nowi opiekunowie postanowili zapewnić mu bardziej fachową opiekę. – Nawet gołym okiem było widać, że skrzydła uratować się nie da, ale ranę trzeba było lepiej zaopatrzyć, podać jakiś antybiotyk i na pewno środki przeciwbólowe, bo ptak bardzo cierpiał. Zadzwonili do najbliższego weterynarza. Obiecał, że przyjedzie, ale nie przyszedł. Kolejny był na zwolnieniu lekarskim, jeszcze jeden wyjechał.

Prusiczanie nie dawali jednak za wygraną. – Przecież musi być jakaś instytucja zajmująca się z urzędu ratowaniem zwierząt… Podczas weekendów prusicka Straż Miejska nie pracuje, więc zadzwonili do Trzebnicy do Komendy Powiatowej Policji. Dyżurny wysłuchał ich i podał… numer telefonu do Ośrodka Leczenia Rehabilitacji dzikich zwierząt w Złotówku koło Zawoni. Tam jednak dowiedzieli się, że jako osoby prywatne nie mają szans na przekazanie boćka na leczenie.

– Doktor, z którym rozmawialiśmy, powiedział, że mają podpisaną umowę tylko z gminą Wrocław i tylko tam jeżdżą do chorych czy rannych dzikich zwierząt. Owszem, powiedział, że przyjmują  także zwierzaki z innych gmin, ale pod warunkiem, że wójt lub burmistrz podpiszą zobowiązanie, że pokryją koszty leczenia i rehabilitacji. Zdesperowani ratownicy bociana doszli do wniosku, że zawiozą bociana do wrocławskiego zoo. Gdzie jak gdzie, ale w ogrodzie zoologicznym pomocy nie odmówią… Gdy dodzwonili się do placówki, okazało się… że tam i tak pomocy nie udzielą, bo sami ranne ptaki wożą do Złotówka…

Kto chroni dzikie zwierzęta?

– To jest jakiś absurd, przecież dzikie zwierzęta nie mają żadnej przynależności administracyjnej. Przecież równie dobrze mógł zostać ranny we Wrocławiu. I wtedy nie byłoby żadnych problemów – stwierdziła Czytelniczka. – Ostatecznie po rozmowach, weterynarz z ośrodka, zgodził się przyjąć bociana, ale mąż musiał napisać oświadczenie, że to nie on zrobił ptakowi krzywdę. Jednak to nam nie daje spokoju. Zbliża się okres żniw i takie wypadki będą zdarzać się częściej. I co, wtedy najlepiej przejść koło rannego zwierzaka obojętnie. Wtedy nie będzie kłopotu…..

Pracujący w ośrodku lekarz potwierdził, że takie takie praktyki się stosuje. – Zwierzęta dzikie są  chronione przez państwo. Opiekę nad nimi na poziomie gminy powinien zapewnić samorząd. Niestety, do tej pory umowę o współpracy i finansowaniu leczenia podpisał tylko prezydent Wrocławia. Współpraca z innymi gminami jest żadna – powiedział dr Piotr Szymański, który w ośrodku opiekuje się zwierzętami w Złotówku.

Ośrodek prowadzi więc całodobowe pogotowie dla zwierząt, które ulegną wypadkowi na terenie gminy Wrocław.  – Dzisiaj rano zadzwoniła pani z samorządu Środy Śląskiej z informacją, że mają ranne bociany, które wypadły z gniazda. Niestety, nie mogłem ich przyjąć bez oświadczenia, że gmina pokryje koszty leczenia. Zabieg odjęcia kończyny nie jest taki prosty. Ja go robiłem dwie godziny. Zwierzę trzeba było znieczulić. Przeprowadzić odpowiednie procedury, a po leczeniu i tak ptak zostanie rezydentem do końca życia  – powiedział nam dr Szymański w ubiegły piątek. – Wyjeżdżam sam, za własne pieniądze, nie patrząc na czyjąkolwiek pomoc tylko w przypadku bardzo rzadkich zwierząt, jak sokół wędrowny orzeł bielik – dodał.

Ustawa nie przewidziała

Okazuje się jednak, że powiecie trzebnickim  los dzikich  zwierząt, które ulegną wypadkowi jest nie do pozazdroszczenia… Ustawa o ochronie zwierząt zobowiązuje samorządy gminne do troski o zwierzęta domowe i hodowlane, natomiast o żyjących wolno nie wypowiada się w ogóle. Ich istnienie zauważa inna ustawa – prawo łowieckie, które  zobowiązuje dzierżawców i zarządców obwodów łowieckich oraz właścicieli, posiadaczy i zarządców gruntów do zawiadomienia  Państwowej Inspekcji Weterynaryjnej, urzędu  gminy albo najbliższego zakład leczniczy dla zwierząt o dostrzeżonych objawach chorób zwierząt żyjących wolno. I to wszystko.

– Chorym lub rannym zwierzęciem towarzyszącym człowiekowi, które nie ma opiekuna ma obowiązek zaopiekować się gmina.  poinformowała nas inspektor ds. chorych zakaźnie zwierząt w Powiatowym  Inspektoracie Weterynaryjnym Agnieszka Słomka.

Ze zwierzętami dzikimi jest trudniej. Specjalne prawo do ochrony mają tylko gatunki zagrożone, bo finansuje ją budżet państwa.

W wydziałach ochrony środowiska gmin powiatu trzebnickiego ranne dzikie zwierzęta nie stanowią problemu. W Trzebnicy, Obornikach Śląskich i Żmigrodzie dowiedzieliśmy się, że „to są pojedyncze przypadki” i za każdym razem decyzja podejmowana jest indywidualnie.  Chore zwierzęta mają być wożone albo do Złotówka, albo do Kątnej koło Długołęki, albo do wrocławskiego zoo.

Prawo puszczy

W żmigrodzkim urzędzie gminy, sygnały o rannych zwierzętach przekazywane są do Nadleśnictwa, ale leśnicy też nie mają specjalnych środków na ich leczenie: – To są dzikie zwierzęta i człowiek w ogóle nie powinien interweniować – powiedział nam Łukasz Serniak. – Dlatego najlepiej jest rannego czy chorego zwierzęcia w ogóle nie ruszać. Zabrane prawdobnie nigdy nie wrócą do naturalnego środowiska.

Jednak nasze ludzkie odruchy nie pozwalają każdemu na odwrócenie się plecami od cierpiącego zwierzęcia; nie ważne, czy dzikiego, czy udomowionego, gada, ptaka czy ssaka. Jeśli nie umiemy sami go opatrzyć, nie mamy pojazdu odpowiedniego do przewozu zwierząt, lub nie stać nas na sfinansowanie leczenia, można jeszcze spróbować zadzwonić do straży pożarnej lub na policję. – Oczywiście funkcjonariusze przyjadą na wezwanie, ale jest to dla nas problem. Nie mamy umów z samorządami, nie ma też przepisów jak należy postępować w takich wypadkach – mówi Iwona Mazur z trzebnickiej KPP. – Gdy dostajemy informację o takim przypadku, funkcjonariusz analizuje sytuację i decyzję podejmuje na miejscu.

 Pięć tysięcy i po kłopocie

Koszt leczenia, rehabilitacji i utrzymania ptaka przez dwa miesiące to kwota rzędu tysiąca złotych.

Jedyną gminą w Polsce, i to jest przykład modelowy, która podpisała umowę o współpracy z ośrodkiem leczenia i rehabilitacji dzikich zwierząt  jest gmina Wrocław.  Prezydent Dutkiewicz przeznaczył na ten cel 120 tys. zł.

Jak się dowiadujemy, jest szansa na rozwiązanie tej sytuacji. W ubiegłym tygodniu Uniwersytet Przyrodniczy wysłał do samorządów gminnych pisma z prośbą o współpracę. Polegałaby ona na tym, że za abonament w wysokości 3-5 tys. zł rocznie, lekarze z ośrodka w Złotówku leczyliby dzikie zwierzęta.

Wygląda więc, że bociek znaleziony przez panią Aleksandrę miał niebywałe szczęście. Trafił na osobę, która potrafi zmierzyć się z przeciwnościami i łatwo się nie poddaje. Ptak został zoperowany, dr Szymański amputował mu skrzydło. Bocian już nigdy nie poleci i będzie musiał liczyć na pomoc ludzi, ale przeżył.

1 KOMENTARZ

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here