Chcę zaszczepić w tych chłopakach mentalność zwyciezców

140

NOWa: Po 27 latach wrócił Pan do swojego macierzystego klubu, do Piasta Żmigród. Jakie pierwsze odczucia Panu towarzyszyły?

Mirosław Drączkowski: Tak, dokładnie po 27 latach wróciłem do Piasta. W 1985 roku przeniosłem się do Śląska Wrocław. Moje odczucia są bardzo pozytywne, bo przecież Żmigród to moje rodzinne miasto. To właśnie z tego miejsca można powiedzieć, że wypłynąłem na „szersze wody”. Bardzo wiele się nauczyłem od trenerów: Mieczysława Bednarskiego i Jana Fedyny. To oni  wyszkolili mnie pod względem, przede wszystkim technicznym, co później zaowocowało w selekcji w klubie I-ligowym. Pomimo młodego wieku, byłem bardzo dobrze wyszkolony. Nie miałem żadnych rodzinnych genów piłkarskich i tylko dzięki ciężkiej pracy z tymi trenerami osiągnąłem coś w tej dziedzinie, otarłem się o jakieś szczyty. Dzisiaj moja przygoda zatoczyła koło, jestem w Piaście w roli trenera i mam nadzieje, że teraz spod mojej ręki wyjdzie na szersze wody jakiś wychowanek tego klubu.

NOWa: Jako piłkarza w wieku 15 lat pozyskał Pana Śląsk Wrocław. Piłkarska kariera rozwijała się znakomicie, aż do momentu pechowej kontuzji, która wykluczyła Pana z wyjazdu na Igrzyska Olimpijskie do Barcelony. Czy dzisiaj zadaje Pan sobie pytanie, co by było, gdyby pojechał Pan na te igrzyska?

MD: Takie pytania zadaje mi przede wszystkim mój 13-letni syn Kornel, który ogląda programy sportowe, czy mecze, które komentują moi koledzy z tamtej reprezentacji: Andrzej Juskowiak, Grzegorz Mielcarski, czy Jurek Brzęczek. Odpowiadam mu wówczas, że takie jest życie piłkarza, trzeba mieć też dużo szczęścia. Kontuzja, która uniemożliwiła mi wyjazd na igrzyska była poniekąd błędem lekarzy.  Uraz  został poprawnie zdiagnozowany, ale operacja w Warszawie była źle przeprowadzona. Przez to musiałem przejść drugi zabieg, już w Austrii, ale na Barcelonę zabrakło niestety czasu. Pamiętam jak oglądałem finałowy mecz Polski z Hiszpanią, jak chłopcy odbierali srebrne medale; nie ukrywam, że łezka w oku się zakręciła. Dziś mogę już tylko powspominać, że byłem kiedyś blisko czegoś wielkiego, zwiedziłem pół świata, ale niestety, nie osiągnąłem tego apogeum, co koledzy z kadry. Do piłki zawodowej oczywiście wróciłem, ale nie ukrywam, że to nie było już to samo. Dodatkowo trafiały się kolejne urazy, których przyczyną była ta pamiętna kontuzja sprzed igrzysk.

NOWa: Jakie wskazówki przekazałby Pan dzisiaj młodym zawodnikom, którzy są narażeni na podobne  kontuzje?

MD: Dziś jestem mądry o swoje doświadczenia z czasów tamtej kontuzji i rehabilitacji. To był dla mnie trudny czas, wówczas nie było tak sprawnie działającej rehabilitacji, co dzisiaj. Mimo wszystko przestrzegam młodych piłkarzy, aby nie zapędzali się swoimi ambicjami i nie ukrywali jakiś drobnych dolegliwości. Z małej dolegliwości, może powstać poważny uraz, co może zablokować dalszy rozwój piłkarskiej przygody.

NOWa: Wspomniał Pan o swoim 13-letnim synku Kornelu. Czy on też lubi futbol?

MD: Muszę przyznać, że Kornel chyba odziedziczył geny piłkarskie po tacie (śmiech). Właśnie dostał się do legnickiego gimnazjum piłkarskiego, gdzie jest bardzo dużo utalentowanych chłopaków. Zobaczymy, czy uda się mu osiągnąć coś wielkiego w tym sporcie, czy będzie się tym tylko bawił. Fajnie, że ma bakcyla, że lubi to. Mam tylko żal do siebie, że nie mogę, jako ojciec poświęcić dziecku tyle czasu, ile bym chciał. Moje treningi kolidują z jego zajęciami. Oczywiście bardzo często służę mu radą teoretyczną i uświadamiam, że piłka nożna nie jest wcale tak łatwym chlebem, jak niektórym się wydaje. Jeśli kiedyś uda mu się coś osiągnąć w futbolu, będę z tego dumny, a jeśli nie, to na pewno nie będę miał żalu. Sam się przekonałem, że życie piłkarskie nie jest czymś łatwym.

NOWa: Jak to się stało, że na stale zamieszkał Pan w Środzie Śląskiej?

MD: Będąc już w Śląsku Wrocław, poznałem w okolicach stadionu  śliczną dziewczynę, która jak się później okazało została moją żoną, z czego oczywiście do dzisiaj się cieszę. Żona pochodzi właśnie ze Środy Śląskiej, a we Wrocławiu się kształciła. Później, po powrocie z Austrii zamieszkaliśmy razem w Środzie, gdzie do dziś mamy dom i dwójkę dzieci. Chcieliśmy swoje szczęśliwe, rodzinne życie kontynuować w  miejscowości mniejszej niż Wrocław. W takiej mieścinie, podobnej zresztą do Żmigrodu, żyje się zdecydowanie łatwiej, przyjemniej, spokojniej i można się spotkać z ludzką życzliwością.

 

NOWa: Jako trener największe sukcesy odniósł Pan, jak na razie z Motobi Kąty Wrocławskie. Dlaczego więc po trzech latach opuścił Pan ten klub?

MD: Na tę chwilę można powiedzieć, że z Motobi odniosłem największe sukcesy. Awansowaliśmy do III ligi, wywalczyliśmy Puchar Polski okręgu wrocławskiego i wojewódzkiego. Zostałem zwolniony w połowie sezonu, kiedy zajmowaliśmy 8 miejsce w tabeli. Najwyraźniej klubowi włodarze uznali, że nie jestem już w stanie nic więcej z tą drużyną osiągnąć. Takie jest życie trenera, dziś jestem w Piaście i teraz chcę zrobić jakiś dobry wynik z tym zespołem.

 

NOWa: Co zadecydowało o tym, że zdecydował się Pan na prowadzenie Piasta Żmigród?

MD: Kiedy padła propozycja prowadzenia Piasta, to od razu byłem do tego optymistycznie nastawiony. Pomimo tych długich dojazdów, drzemie we mnie wielki sentyment do Piasta i do Żmigrodu, gdzie zawsze z przyjemnością przyjeżdżam. Ponadto wiedziałem, że są tutaj stworzone idealne warunki socjalno-bytowe dla zawodników, że jest dobre zaplecze treningowo-sprzętowe. Niektóre kluby II, czy nawet I-ligowe mogą pozazdrościć takich warunków do trenowania. To były jedne z decydujących czynników, bo przecież mnie też zależy na tym, aby moja praca z zespołem była wykonywana bez żadnych przeszkód. Użyję nawet stwierdzenia, że jeśli ktoś w tym klubie może coś spartolić, to tylko trener. Wiem, że mam duże poparcie wśród działaczy i kibiców Piasta, i zrobimy z chłopakami wszystko, aby dać tym ludziom pełną radość i satysfakcję.

NOWa: W poprzednim sezonie zawiodła ofensywa Piasta. Czy Pan będzie chciał ten mankament poprawić?

MD: Oczywiście analizowałem cały poprzedni sezon Piasta, a z trenerem Markiem Nowickim miałem kontakt na konferencjach szkoleniowych. Zgadzam się z tym, że Piast musi grać bardziej ofensywnie. Fajnie jest, gdy drużyna nie przegrywa, ale te remisy nic wielkiego nie dają, o czym mogli się przekonać żmigrodzianie. Do awansu zabrakło tylko 4 punktów, ale 14 remisów w całym sezonie, to zdecydowanie za dużo. Nie ulega wątpliwości, że musimy poprawić skuteczność. Na dzień dzisiejszy w ataku mamy trzech piłkarzy: młodego Pawła Abramowicza, który notabene „pokarał mnie” w finale Pucharu Polski (Piast wygrał z Polonią Środa Śląska 1:0, po golu Abramowicza w 89 minucie gry – przyp. red.) i doświadczonych – Adriana Bergiera i Roberta Kaźmierczaka. Mam nadzieję, że z tych dwóch ostatnich chłopaków uda mi się wydobyć jeszcze formę sportową, którą kiedyś prezentowali, grając w wyższych ligach. Oczywiście, to nie znaczy, że tylko oni będą odpowiadać za strzelanie goli.

NOWa: Na pierwszym spotkaniu z piłkarzami padło hasło, że u Pana nie ma dla zawodnika „drugiej szansy”. Czy już kiedyś rozstał się Pan z jakimś piłkarzem „przed czasem”?

MD: Niestety raz musiałem się rozstać z zawodnikiem, ale personalia jego zachowam w tajemnicy. Uważam, że jeśli ktoś nie chce się dostosować do zasad wprowadzonych wcześniej, to nasza dalsza współpraca nie ma sensu, bo nie będziemy „nadawać na tych samych falach” i nie będziemy „jechać na tym samym wózku”. Zawodnik, który nie chce dostosować się do regulaminu, będzie psuł atmosferę w drużynie, będzie zarażał tym innych, będzie tworzył tzw. obozy. Po prostu z takim zawodnikiem nie widzę współpracy. Ponadto szczególnie jestem uczulony na alkohol i tego nie toleruję. Cały czas tłumaczę chłopakom, że jeśli wybrali sobie takie hobby, nawet na takim szczeblu, to muszą starać się  wykonywać  je  profesjonalnie.

NOWa: Dyscyplina i praca, to podstawowe elementy, których wymaga Pan od podopiecznych. To oznacza, że przed żmigrodzkimi piłkarzami jest trudny sezon?

MD: Bardzo przykładam wagę do dyscypliny i pracy na treningach, jak i podczas meczów. Równie istotna jest kultura osobista na zajęciach i pełne zaangażowanie całego zespołu. Nie sztuką zrobić 3-godzinny trening, jeśli nam ten trening nic nie daje, jeśli nic z niego nie wyniesiemy. Każdy musi się przykładać do zajęć maksymalnie, abyśmy później mogli zrealizować nasze założenia w trakcie meczów, aby nasza gra była ładniejsza i przede wszystkim skuteczniejsza. Tylko ciężką i systematyczną pracą na treningach możemy zniwelować braki zespołu.

NOWa: Czy włodarze Piasta postawili Panu konkretny cel do zrealizowania w sezonie 2012/2013?

MD: Włodarze nie powiedzieli mi, że musimy awansować, ale ja wiem, że to jest potrzebne dla Żmigrodu. Musimy zrobić wszystko, aby w przerwie zimowej być jak najwyżej w tabeli. Moim mottem jest wygranie każdego następnego meczu i wyciąganie wniosków z porażki. Chcę zaszczepić  w  tych chłopakach mentalność zwycięzców i jeśli wszystko wypali, to będę spokojny o rundę jesienną. Myślę, że znajdziemy się w czołówce tabeli, oczywiście nie lekceważąc nikogo po drodze. Z pewnością jeszcze sześć klubów przed startem sezonu myśli podobnie jak my. Jednak nie wywieram na chłopców żadnej presji; musimy zrealizować swoje plany i powinno być dobrze.

NOWa: Na jaki futbol w wykonaniu Piasta, trenowanego przez Mirosława Drączkowskiego, mogą liczyć żmigrodzcy kibice?

MD: Na futbol radosny, obfitujący w akcje ofensywne. Będziemy chcieli grać tak, aby zwycięstwa zapewniać sobie dużo wcześniej, a nie czekać w nerwach do ostatniej minuty meczu. Ponadto chcę, aby mój zespół grał często pressingiem, by zmuszać rywali do błędów, które wykorzystamy. Moje wcześniejsze zespoły, które trenowałem słynęły z dużej ilości strzelonych goli, bo udało się wpoić piłkarzom ten ofensywny styl gry. W defensywie Piast jest bardzo poukładany, o co zadbał trener Nowicki. Teraz musimy więc popracować nad ofensywą i jeśli ją opanujemy, to osiągniemy pełną satysfakcje z naszej pracy i poświęcenia.

NOWa: Dziękuję za rozmowę – życzę udanej i owocnej pracy z nowym zespołem.

MD: Dziękuję również.

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here