Tajemnice obornickiego żłobka

426

Proces zbyt relacjonowany zbyt szczegółowo…

Gdy tylko sędzia zakończył sprawdzanie obecności, obrońca oskarżonej wystąpił z wnioskiem o… wyłączenie jawności rozprawy.  Wniosek motywował obecnością na sali dziennikarza NOWej gazety i tym, że… szczegółowo zrelacjonował on przebieg pierwszej części rozprawy. – Świadkowie, którzy mają zeznawać w dalszej części rozprawy, wiedzą dokładnie co było w części poprzedniej – argumentował adwokat. Stwierdził także, że  podczas rozprawy poruszane są także…. kwestie personalne oskarżonej.

Drugim powodem, dla którego zdaniem obrony sąd powinien prowadzić rozprawę przy drzwiach zamkniętych, jest ochrona danych osobowych oskarżonej. Według adwokata, informacje z gazety były propagowane w całych Obornikach Śl., powodując, że oskarżoną spotykały szykany.

W tym miejscu swoje stanowisko przedstawiła oskarżycielka posiłkowa, informując, że jeszcze przed rozprawą i publikacjami prasowymi w Obornikach Śl. ktoś rozpropagował informacje, że to ona, czyli matka pokrzywdzonego dziecka „szaleje” i sieje ferment bezpodstawnymi oskarżeniami wobec opiekunki. Jednak zapytana o stanowisko w sprawie wyłączenia jawności rozprawy, pozostawiła to, podobnie jak prokurator, do decyzji sądu.

W tej sytuacji przewodniczący zarządził dziesięciominutową przerwę, po której odrzucił wniosek jako bezpodstawny, stwierdzając, że artykuł w gazecie nie spowodował zakłócenia spokoju publicznego,  nie obraził dobrych obyczajów, nie ujawnił okoliczności, które ze względu na ważny interes państwa powinny być zachowane w tajemnicy, ani nie naruszył ważnego interesu prywatnego.

 

Czego boją się opiekunki?

Jako pierwsza w drugim dniu procesu  zeznania składała Wioletta K., opiekunka, która akurat w czasie zdarzenia, które jest przedmiotem sprawy była na urlopie. Opowiedziała jednak, że od koleżanek, przede wszystkim od opiekunki Izy Z., która była bezpośrednim świadkiem zdarzenia, słyszała o przebiegu wydarzeń 24 marca, kiedy to miało dojść do zdarzenia. Świadek stwierdziła, że koleżanka mówiła też o szarpaniu dzieci w celu przywołania ich do porządku.

Świadek opowiedziała, że w pracy ona i inna opiekunka „miały sprawę” za zwrócenie uwagi na to, i że oskarżona źle traktuje dzieci podczas posiłków: zmusza dzieci do szybkiego jedzenia, nie dając im w spokoju dokończyć posiłku. Wówczas dyrektor miała zwołać zebranie, na którym zabroniła im  wtrącać się w te sprawy, „bo to ona jest osobą rządzącą”.

Świadek zeznała też, iż o złym traktowaniu  przez oskarżoną innego dziecka słyszała od kolejnej koleżanki Marzeny. Według świadka nie poskarżyła się ona dyrektorce, gdyż bała się, że straci pracę. Wioletta K. powiedziała też, że nic nie wie o tym, żeby rodzice źle mówili o pracy oskarżonej

Kolejnym świadkiem była Urszula Ś. Krytycznego dnia była w pracy, ale o zdarzeniu, które miało miejsce rano, dowiedziała się po południu, gdy kończyła pracę. Wtedy to podeszła do niej Iza Z. i po słowach: „Ja tego nie mogę przeżyć. Pani Wioletta rzuciła dzieckiem o podłogę” opowiedziała jej przebieg wypadków. Według tej relacji oskarżana miała otworzyć drzwi do sali, w której z grupą dzieci pracowała Iza Z. razem z Marzeną S. i rzucić niesionym na rękach dzieckiem o podłogę. Przez chwilę chłopczyk nie reagował, i wtedy Iza Z. miała się przestraszyć „i pomyślała, że coś się stało”. Następnie, jak zeznała Urszula Ś., Iza Z. poprosiła ją, by poszła z nią do gabinetu dyrektorki. Świadek jednak odmówiła, powołując się na swoje doświadczenia, „że lepiej nie skarżyć, bo można dostać pismo”. Iza Z. miała także zrezygnować tego dnia z powiadomienia dyrektorki. Jednak nazajutrz stwierdziwszy, że ma poparcie u rodziców, poszła do przełożonej. Na pytanie prokurator, wyjaśniła, że w 2008 roku, po skardze na Wiolettę S. dostała od dyrektorki pismo – które miało być włączone do jej akt personalnych –  „że szykanuje  p. Wiolę w pracy”. Od tej pory postanowiła się nie wtrącać. – Bałam się o pracę – wyjaśniła Urszula Ś. Świadek stwierdziła też, że po zwolnieniu oskarżonej „za porozumieniem stron” w żłobku „pękła bańka” i zaczęto mówić o tym, że do podobnych wydarzeń dochodziło wcześniej.

„Honor żłobka” ważniejszy od dzieci

Urszula Ś. stwierdziła, że osobiście nie widziała, żeby oskarżona rzucała lub szarpała dzieckiem, ale słyszała jak w jadalni krzyczy do podopiecznych: „żrecie jak świnie”. Na pytanie sądu stwierdziła, że jej relacje z oskarżoną były raczej chłodne, ale nie było kłótni. Dodała też, że po tej sprawie dyrektorka żłobka powiedziała, żeby o niej nie rozgłaszać, bo „chodzi o honor żłobka, a jak się wszyscy dowiedzą, to straci on prestiż”. – Pod groźbą zwolnienia z pracy zabroniła nam rozmawiać z rodzicami – zeznała Urszula Ś.

Jako trzecia składała zeznania Paulina J. Tego dnia była pomocą opiekunki i pracowała w pralni. Gdy prasowała, ok. godz. 10, przyszła do niej Izabela Z. i opowiedziała o rzuceniu chłopcem. Świadek stwierdziła, że Z. chciała z nią pójść do dyrektorki, ale była wtedy roztrzęsiona i umówiły się na następny dzień. Jednak wtedy świadek była zajęta i Izabela Z. poszła do dyrektorki sama.

Na pytanie sądu, czy widziała, jak oskarżona podnosiła dzieci na ręce, świadek stwierdziła, iż wie, że oskarżona ma chory kręgosłup, ale „zdarzały się przypadki, że podnosiła dziecko na 1/2 metra”, nawet 4-5-letnie.

Na pytanie prokurator Paulina J. powiedziała, że nie poszła z Izabelą Z. do dyrektorki nie dlatego, że się bała, tylko z powodu pilnych obowiązków. – To Iza stwierdziła, że nie będzie czekała – pokreśliła. – Owszem, ja obawiałam się o pracę, ale to było takie zdarzenie, że trzeba było to zgłosić – dodała. Na pytanie obrony świadek stwierdziła, że Izabela Z. nie wspomniała, że udzielała jakiejś pomocy medycznej dziecku.

Zeznająca jako kolejny świadek opiekunka Renata K. o  zdarzeniu z dzieckiem dowiedziała się dopiero następnego dnia z opowiadań pracowników żłobka. Nie widziała też nagannego zachowania oskarżonej wobec dzieci, ale słyszała o nim od koleżanek. Stwierdziła, że wiedziała o schorzeniu kręgosłupa oskarżonej, i że widziała jak ta podnosiła dzieci w wieku 1,5-2 lat. Renata K. potwierdziła, że wcześniej zdarzały się incydenty związane z osobą oskarżonej, ale gdy zgłaszano to dyrektorce, ta odpowiadała, że pracownice szykanują Wiolettę S.

Winna, bo się nie broniła

Ostatnim świadkiem zeznającym w drugim dniu rozprawy była dyrektorka żłobka Katarzyna K. Powiedziała ona, że dokładnej daty nie pamięta, ale był to piątek (dzień po zdarzeniu – przyp. red.), gdy rano podczas sprawdzania obecności trafiła do grupy prowadzonej przez  Izabelę Z. i Marzenę S., ta druga powiedziała jej, że pani Iza musi coś ważnego powiedzieć. Świadek zauważyła, że jej rozmówczyni jest bardzo zdenerwowana, więc zapytała, czy chodzi o dziecko. Gdy usłyszała potwierdzenie, kazała Izabeli Z. przyjść do biura. Tam pracownica opowiedziała jej przebieg zdarzenia, które miało miejsce dzień wcześniej: Gdy Izabela Z. i Marzena S. były z dziećmi w jadalni, Wioletta S. wniosła lub wprowadziła chłopczyka do sali i rzuciła go na podłogę.

Dyrektorka K. zeznała, iż spytała Izabelę Z. czy zgodzi się na konfrontację z Wiolettą S., a ta się zgodziła. Świadek opowiedziała, że doszło do konfrontacji, podczas której Izabela Z. powtórzyła to co jej wcześniej powiedziała, a Wioletta S. „specjalnie nie zaprzeczała.” Za to, gdy Wioletta S. miała się tłumaczyć, że chłopczyk jej po prostu wypadł, Izabela Z. gwałtownie zaprzeczyła. – Zastanawiałam się, co mam z tym zrobić, bo opis p. Izy mnie przestraszył. Zaproponowałam p. Wioletcie zwolnienie za porozumieniem stron, na co ona przystała – powiedziała Katarzyna K.

Świadek stwierdziła, że o przebieg wydarzeń spytała także Marzenę S., ale ta stwierdziła, że nie widziała momentu wprowadzenia dziecka, ale zobaczyła je, gdy już leżało na podłodze. Na pytanie dyrektorki dodała, że płakało. Świadek powiedziała też, że dopytywała się Marzeny S., czy wcześniej widziała podobne zdarzenia, ta miała potwierdzić, dodając, że jednak nie były aż tak drastyczne i dotyczyło innego dziecka.

Katarzyna K. powiedziała, że tego samego dnia rozmawiała z rodzicami chłopca dwukrotnie: po raz pierwszy telefonicznie – dowiedziała się wtedy o chorobie dziecka i po południu, gdy rodzice przyszli do żłobka. Zaproponowała udział w tej rozmowie oskarżonej, ale ta odmówiła. W spotkaniu z rodzicami uczestniczyła Izabela Z., która ponownie opowiedziała szczegóły zdarzenia.

Świadek dodała, że tydzień-dwa później odbyło się spotkanie z rodzicami dzieci uczęszczających do żłobka, w którym uczestniczył burmistrz. Wtedy poinformowano o decyzjach w sprawie opiekunki.

Na pytanie sądu dyrektorka potwierdziła, że były interwencje w sprawie posiłków – że są zbyt wcześnie wydawane, i że w tym czasie w sali jest zbyt duży hałas – ale nie dotyczyły one oskarżonej. Świadek potwierdziła też, że Wioletta S. prosiła ją – ze względu na stan zdrowia – o nieprzydzielanie grupy najmłodszych dzieci, jednak nie okazywała żadnych zaświadczeń. Dyrektorka o takie zaświadczenia nie pytała.

Katarzyna K. przyznała, że znała oskarżoną wcześniej ze szkoły medycznej, ale w momencie przyjmowania do pracy o tym nie wiedziała, ponieważ w dokumentach miała już nazwisko po mężu. Jednak w czasie wspólnej pracy w żłobku spotykały się także prywatnie.

Dyrektorka stwierdziła, że po tym wydarzeniu inne opiekunki dwukrotnie zgłaszały jej, że wcześniej dochodziło też do incydentów, ale nie były „tak drastyczne”. Dodała, że oskarżona była lubiana wśród rodziców.

W sprawie ogłoszeń i zbierania podpisów o przywrócenie opiekunki do pracy powiedziała, że o ogłoszeniu w tej sprawie dowiedziała się po południu i zaraz kazała je zdjąć. Jak długo wisiało, nie wie, bo umieszczone było w szatni, do której często nie zagląda.

Dyrektorka stwierdziła też, że między nią a pracownikami był konflikt, ale rok wcześniej i miał podłoże w podwyżkach płac.

Na pytanie prokurator stwierdziła, że po anonimowych telefonach  z pogróżkami powiedziała pracownikom, że lepiej, żeby nie rozmawiali o tym wydarzeniu i nie ujawniali tego na zewnątrz.

W sprawie pisma dyscyplinującego dla Urszuli Ś.  dyrektorka powiedziała, że pracownica takie pismo dostała, gdy publicznie, na zebraniu „wykrzyczała, że się zwolni”. Dyrektorka stwierdziła, że uznała, że takie zachowanie było nie na miejscu.

Sąd odroczył rozprawę w celu przesłuchania kolejnych świadków.

Oskarżona nie przyznaje się do winy. Grozi jej kara do 5 lat więzienia.

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here