Malarstwo to ich życie

890

– Rodzice wysłali mnie do przedszkola jak byłem mały, ale okazało się, że byłem bardzo nieznośnym dzieckiem, zresztą trudno mi było przyzwyczaić się do tej instytucji – opowiada Zdzisław Nitka. – Zostawałem w domu z babcią, która praktycznie mnie wychowywała. A babcia, jak to babcia, pokazała mi jak w prosty sposób narysować bociana: jedna kulka większa, jedna mniejsza i patyczki. Kiedy tak byłem w domu, zacząłem rysować kopie z gazet. Podobało mi się to bardzo i jeszcze mi wychodziło. Lubiłem sztukę, dlatego wybrałem liceum plastyczne.

– To się zwykle tak zaczyna, że już w szkole podstawowej zaczyna się coś rysować czy malować. Wtedy ktoś zauważa, że rysuje się dobrze. Tak było ze mną – mówi Jolanta Nitka. – Postanowiłam spróbować swoich sił i podjąć próbę; podeszłam do egzaminów do liceum plastycznego na Piotra Skargi. Ja miałam wtedy nazwisko na literę „M”, a Zdzisław na „N”. Posadzono nas w jednej ławce na egzaminach. Jak się okazało oboje zdaliśmy i przez 5 lat chodziliśmy do jednej klasy. Dopiero przed maturą zaczęliśmy zwracać na siebie uwagę. Zdzisław jest z natury małomówny, a tu zaczął do mnie zagadywać. Zaraz po maturze wzięliśmy ślub.

 Małżeństwo na studiach

Jak mówią państwo Nitkowie, kiedy zdawali egzaminy wstępne na Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu, wzbudzali swego rodzaju ciekawość, bo rzadko się zdarza, aby na studia zadawały pary małżeńskie. – Teraz na ASP sytuacja wygląda trochę inaczej. Są kierunki, jak na przykład rzeźba, na których jest więcej miejsc niż chętnych. Jola i ja próbowaliśmy się dostać na malarstwo, gdzie wtedy o 7 wolnych miejsc starało się ponad 200 osób. To była niewyobrażalna konkurencja. Obecnie, jeśli ktoś chce studiować, zawsze może wybrać studia płatne, które wcale nie są gorsze od stacjonarnych. Są pewne utrudnienia, wiadomo, że w systemie zaocznym jest mniej zajęć, a studenci czasem przyjeżdżają do Wrocławia z Białegostoku na przykład, co jest i kosztowne i męczące, ale wiedza przekazywana jest ta sama. Kiedy my zdawaliśmy egzaminy, staraliśmy się o przyjęcie do pracowni profesora Józefa Hałasa. Mnie udało się dostać za drugim razem, Joli za trzecim – mówi pan Zdzisław. – Tak, studia na ASP są dla wytrwałych – potwierdza Jolanta Nitka i dodaje, że również uczyła się w pracowni prof. Hałasa. – Studiowaliśmy razem, ale Zdzisław o rok wyżej. Mieszkaliśmy wtedy u mojej mamy we Wrocławiu, ale na trzecim roku padł pomysł, żeby wybudować dom. W Obornikach była działka i jeden kłopot już odpadał. Wybraliśmy najmniejszy domek, bez piwnic, żeby było taniej. Budowę zaczynaliśmy w stanie wojennym, kiedy niczego nie było, a zwłaszcza materiałów budowlanych. Wszystko było reglamentowane, na kartki i jeszcze wystane w ogromnych kolejkach. Co się dało, to robiliśmy sami, pomagaliśmy murarzom, nosiliśmy cement, cegły; budowa szła systemem gospodarczym. W tygodniu studiowaliśmy i mieszkaliśmy we Wrocławiu, a na weekendy przyjeżdżaliśmy do Obornik na budowę. Pomagali nam rodzice. I tak, kiedy tylko jeden malutki pokoik był już w miarę gotowy, dokładnie na dzień Wszystkich Świętych, 1 listopada 1988 roku wprowadziliśmy się do swojego, własnego domu – wspomina Jolanta Nitka.

Jak się okazuje, pełnia szczęścia nie trwała zbyt długo: – W moim życiu były dwa takie wydarzenia, kiedy zostałem wyrwany z ciepła domu rodzinnego: pierwszy raz kiedy zostałem internowany, a drugi kiedy otrzymałem wezwania do wojska – mówi Zdzisław Nitka. – Zaraz po zakończeniu studiów dostałem wezwanie. Wysłali mnie do Elbląga, kawał drogi. Byłem w oddziale wojsk inżynieryjnych lądowych, prowadzonych bardzo twardą ręką. Starałem się przyjeżdżać, ale to było strasznie daleko. Po pewnym czasie zostałem przeniesiony do Krotoszyna, zdecydowanie bliżej, jeździłem z chłopakami na budowy jako drużynowy. Wtedy było już lepiej – opowiada pan Zdzisław i dodaje, że jeszcze na studiach był „na oku” profesora Hałasa, który obiecał mu, że zostanie jego asystentem. – Już na studiach miałem okazję, żeby wziąć udział w kilku prestiżowych wystawach. Przez wojsko ominęło mnie kilka ciekawych propozycji, chociażby dlatego, że nie mogłem dostarczyć obrazów. W kilku wziąłem też udział całkiem nieświadomie. Dopiero po jakimś czasie dowiadywałem się, że moje obrazy pojechały do Berlina, Amsterdamu, Moskwy, czasem pojawiały się nawet na pierwszych stronach gazet. Po prostu malowałem tak, jak inni. W sztuce kolejny nurt jest zaprzeczeniem poprzedniego. W latach 80-tych, po konceptualizmie, artyści szukając nowych sposobów wyrazu doszli do wniosku, że w sztuce najważniejsze jest tylko malarstwo. Interesowałem się malarstwem Paula Klee, który był autorem obrazów ekspresyjnych, opowiadających pewne historie, jak chociażby maszyna do ćwierkania. Ja malowałem podobnie; moje obrazy pojechały na wystawę w Sopocie, na której pokazywano prace około 50 młodych artystów w wieku 26-30 lat. Po tej wystawie posypały się propozycje.

 To jak dotknąć nieba

Zaraz po przeprowadzce do Obornik Jolanta Nitka dostała propozycję pracy w szkole podstawowej, a potem w obornickim LO. Podobnie jak mąż, swoje prace wystawiała już na studiach: – Musiałam przyjąć jakiś pseudonim, bo jeden Nitka już był, i to w dodatku mój mąż, dlatego też moje obrazy podpisywałam Jolanta Nikt, taka gra słów, brzmi podobnie do Nitka, a poza tym, wtedy mało kto o mnie słyszał. Zaraz po studiach dostałam roczne stypendium z Ministerstwa Kultury. To działa tak, że otrzymuje się pieniążki w takiej kwocie, żeby wystarczyło na podstawowe potrzeby życiowe, płótna i farby, a to wszystko po to, żeby spokojnie móc malować. Wiadomo, że jak pracuje się zawodowo, to malować można wieczorami lub w nocy, kiedy człowiek jest już zmęczony, a tak, na stypendium mogłam malować wtedy, kiedy byłam wypoczęta i miałam najwięcej siły – tłumaczy malarka i dodaje, że najbardziej fascynują ją sztuka naiwna, prymitywna oraz  to co tworzyli: Matisse czy Nikifor z Krynicy.

Zdzisław Nitka już na studiach, od lat 80-tych był bardzo chętnie wystawiany. Po wyjściu z wojska, po roku izolacji od środowiska młodym malarzem zainteresowały się galerie, kuratorzy, a także historycy sztuki. – Byłem bardzo często wystawiany i zestawiany z dużo bardziej doświadczonymi artystami, czułem się jakbym dotknął nieba. Nawet o tym nie wiedziałem, zupełnie przez przypadek kolega pokazał mi okładkę „Le Monde”, na którym była moja reprodukcja. Moje prace jeździły po świecie, a ja zostałem na uczelni. Samo bycie na uczelni zmusza do dalszego kształcenia, do rozwijania się. Profesor Hałas bardzo restrykcyjnie podchodzili do zwyczajowych okresów, po jakich można było awansować. Obecnie 30-latkowie mają już doktoraty. Po 4 latach bycia asystentem zostałem starszym asystentem, potem doktorat, a w rok otrzymałem tytuł profesora. Teraz brakuje mi jeszcze tylko uścisku dłoni prezydenta – śmieje się malarz mówiąc o nadaniu tytułu profesora zwyczajnego, który przyznaje prezydent.

Sztuka jest kapryśna

– Wiadomo, że każdy kurator chce wnieść coś nowego, w latach 90. wchodzą nowi historycy, którzy mają nowe koncepcje, chcą aby mówić o rzeczach ważnych, takich jak płeć czy polityka, rodzi się sztuka krytyczna, wystawy malarstwa przestają być organizowane. Dopiero po roku 2000 pokazuje się, że jest miejsce dla malarstwa, dla konceptualistów, że można pokazywać różnorodność, że są różne rzeczy i po tym modernizmie jest postmodernizm – wyjaśnia malarz i przyznaje, że zarówno jego i jego żonę, jak innych malarzy dopadł wtedy pewien kryzys.

Mimo iż Jolanta Nikt nie pozostała na uczelni, była zapraszana na wiele wystaw, zdobywała liczne nagrody. Jej malarstwo było prezentowane między innymi w Muzeum Narodowym. – Postawiłam na wystawy indywidualne, których w roku mam zwykle dwie. Często swoimi różnymi myślami, dzieliłam się z prof. Hałasem. Na prawdziwe malarstwo potrzeba czasu, to nie jest tak, że rodzi się jakiś pomysł, siadam i maluję. Nie, obraz powstaje powoli; w Polsce jest tak, że trzeba mieć ubezpieczenie, raczej trzeba być zatrudnionym, co zmusza do konkretnego sposobu życia, kolidującym z malowaniem. W międzyczasie zajmowaliśmy się wychowaniem dziecka, pojawiło się życie rodzinne, pytania o religię, o samo życie . To wszystko ma wpływ na to, co siedzi w mojej głowie, a czym chce się podzielić i przenieść na płótno. Kiedyż Zdzisław zadzwonił do mnie i powiedział, żebym kupiła dobrego szampana, pokazał mi świeżo wydaną Wielką Encyklopedie Malarstwa Polskiego, okazało się, że oboje w niej jesteśmy. To dziwne, ale i bardzo przyjemne uczucie zobaczyć się między Kossakiem i Malczewskim.

 Teraz marzymy o zdrowiu i spokoju

Teraz, kiedy oboje artyści są uznani i często wystawiani, pan Zdzisław pracuje na ASP we Wrocławiu, natomiast pani Jolanta prowadzi obornicki Salonik Czterech Muz, do którego zaprasza wielu różnorodnych artystów; są to zarówno muzycy, jak i artyści plastycy. – Trzy lata temu zafascynowałam się wycinanką kurpiowską . Miałam już wystawę połączoną z tradycyjną wycinanką, do której sama dodaję kompozycję – mówi artystka. Na pytanie o to, co najbardziej ją cieszy w życiu odpowiada: – To co tworzę, maluję, gdy moja rodzina jest zdrowa, to że powoli możemy coś ulepszać w domu, w ogrodzie. Bardzo cieszy mnie to, że mamy tylu znajomych, w Polsce i poza nią, z którymi możemy porozmawiać, spotkać się. Ostatnio bardzo mnie cieszy podróżowanie – wylicza Jolanta Nitka.

– Ja najbardziej cenię sobie spokój, to że złe rzeczy nas omijają, a tym na co czekam z niecierpliwością są nowe płyty Boba Dylana, który również maluje.

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here