Opiekunka rzuciła dzieckiem o podłogę?

186

Podczas rozprawy nie był obecny oskarżyciel publiczny, bo – jak wyjaśnił sędzia Arkadiusz Rosicki – proces prowadzony jest w trybie uproszczonym, w którym obecność prokuratora nie jest konieczna. Status oskarżyciela posiłkowego na swój wniosek otrzymała matka pokrzywdzonego chłopczyka Ewa D.

Sąd nie uwzględnił wniosku obrony o umorzenie postępowania, bo zebrany materiał dowodowy „nie upoważnia sądu do podjęcia takiej decyzji, a argumentacja obrońcy nie jest przekonywająca”.

Oskarżona nie przyznała się do winy. Jak wyjaśniła, owego dnia rozpoczęła pracę o godz. 6 rano i przyjmowała do żłobka dzieci z wszystkich grup. O godz. 8 dzieci przekazała grupy poszczególnym opiekunkom i zajęła się maluchami ze swojej grupy. Poprowadziła je na śniadanie, a po nim przeprowadziła toaletę. Następnie dzieci poszły na zajęcia do swojej sali, gdzie oskarżona przeprowadziła próbę przedstawienia i rozdała dzieciom zabawki: chłopcom – drewniane klocki. Po jakimś czasie poleciła zebrać wszystkie zabawki. – W pewnym momencie Janek rzucił klockiem w koleżankę – powiedziała oskarżona i dodała, że dziecko było zdenerwowane kaszlem, który je męczył od samego rana. – Wyprowadziłam go wtedy za rękę do sali obok, gdzie była inna grupa. Powiedziałam koleżankom, żeby się wykaszlał – w  tej sali wg oskarżonej były dwie opiekunki. Wioletta S. wróciła do swojej sali, uciszyła dzieci i wróciła po Janka, z któremu, jak twierdzi, poszła do łazienki, by umyć mu buzię.

Do końca zmiany Wioletty S. nie dochodziło do incydentów. Gdy o godz. 14 wychodziła do domu, poprosiła koleżanki, by przekazały mamie, że dziecko kaszlało.

Następnego dnia poszła normalnie do pracy. Ok. godz. 9-10 została wezwana do dyrektorki. W gabinecie dyrektorki była też p. Iza, jedna z opiekunek grupy, do której poprzedniego dnia Wioletta S. przyprowadziła Janka „na wyciszenie”. Jak wyjaśniła oskarżona, głos zabrała pierwsza Izabela Z.: ” Bardzo mi przykro. Widziałam już wiele, ale pani zrobiła najgorszą rzecz z Jankiem. Pani go wręcz rzuciła”, miała wg oskarżonej powiedzieć opiekunka. – Zapytałam  dyrektor, czy nie chciałaby tego sprawdzić, ale nie odpowiedziała . Stwierdziła tylko, że że nie ma innego wyjścia i musi mnie zwolnić dyscyplinarnie. Gdy chciałam wyjaśnić sprawę, powiedziała, że chce mi pomóc, więc muszę sama napisać zwolnienie „za porozumieniem stron” – dodała oskarżona. Wyjaśniła, że po napisaniu bez słowa wyszła z gabinetu i budynku żłobka. Gdy wróciła do domu, zadzwoniła do dyrektorki. Wtedy miała usłyszeć od przełożonej” ” Ja musiałam tak zrobić, bo one wszystkie  mnie zaatakowały i chciały pójść do prokuratora. Ty się tu nie pokazuj, bo one cię zlinczują”.

Oskarżona twierdzi, że dyrektor później telefonowała do niej „z różnymi propozycjami”. Radziła się, nie pokazywać w żłobku, a dokumenty przesłała jej pocztą. Wioletta S. powiedziała, iż dyrektor powiedziała jej, że „tym wszystkim” kieruje jedna z koleżanek w pracy.

Oskarżona zaprzeczyła, jakoby –  wezwana do gabinetu dyrektora – przyznała się do rzucenia dzieckiem. Na pytanie sądu, powiedziała, że w dniu, kiedy napisała wniosek o zwolnienie, zadzwoniła również do matki chłopca. Jak wyjaśniła, ponieważ Janka nie było w żłobku, obawiała się, czy „dziecku nie stała się krzywda po jej wyjściu z pracy”. – Zadzwoniłam, żeby uspokoić siebie – powiedziała. Dodała, że od czasu zmiany władzy samorządowej, w przedszkolu sytuacja była napięta i „wszyscy na siebie najeżdżali”.

Oskarżona zaprzeczyła również, że jakoby miała dzieci szarpać lub popychać, albo zwracać się do dzieci słowami: urodzony w niedzielę, niemoto, cichociemny.

Obrońca Wioletty S. przedstawił sądowi dokumenty, świadczące, że oskarżona przeszła operację kręgosłupa i nie może podnosić ciężarów.

Zeznająca jako świadek matka chłopczyka Ewa D. powiedziała, że o całej sprawie dowiedziała się 35 marca ub. r. telefonicznie od oskarżonej, która rozmowę rozpoczęła od pytania, czy coś się stało, że Janek nie przyszedł do żłobka. Matka zdziwiła się, ponieważ nigdy wcześniej nikt z placówki do niej nie dzwonił, gdy dziecka nie było na zajęciach. – Spytałam, co się stało, powiedziałam, że nic nie wiem, żeby coś złego stało się Jasiowi. Wtedy opiekunka powiedziała, że są to sprawy personalne, i że oskarża się jąże coś zrobiła Jasiowi i że są insynuacje, że o mało nie dostał wylewu – powiedziała świadek opisując rozmowę z Wiolettą S.  Ewa D. powiedziała, że oskarżona przyznała wtedy, że wyrzuciła jej syna, ale ona odebrała to jako usunięcie z sali, a nie fizyczne rzucenie na podłogę. – Spytam, dlaczego myśli, że coś się stało. Odpowiedziała, że są wobec niej jakieś oskarżenia insynuacje. Zapytała mnie także, jak ją oceniam jako pedagoga. Odpowiedziałam, że zawsze była w porządku, i że przekażę tę opinię dyrektorce, ale najpierw muszę porozmawiać z Jasiem. Wtedy p. Wioletta, odpowiedziała, że i nie ma sensu rozmawiać z dzieckiem.

Jak wyjaśniła Ewa D., jej syn tego dnia nie poszedł do żłobka i pozostał pod opieką babci z powodu choroby.

Po rozmowie z opiekunką, Ewa D. odebrała telefon od męża, do którego z kolei zadzwoniła dyrektorka z wezwaniem „w bardzo ważnej sprawie”. Świadek powiedziała, że po tych telefonach zadzwoniła do domu i zapytała synka, czy poprzedniego dnia coś złego w przedszkolu się nie stało. Usłyszała, że „pani go tak mocno wyrzuciła, że aż go zabolało”. – Wtedy nabrałam podejrzeń, że to nie było tylko usunięcie z sali – stwierdziła matka przed sądem. – Zwolniłam się z pracy i pojechałam do żłobka, gdzie spotkałam już męża.

W gabinecie dyrektorki rodzice zastali także dwie wychowawczynie, prowadzące zajęcia w sali do której oskarżona przyprowadziła Jasia: Iza i Marzena. – Pani Iza była roztrzęsiona i opowiedziała, jak pani Wioletta przyniosła i rzuciła dzieckiem, demonstrując to, a p. Marzenia stwierdziła, że była nachylona nad dziećmi i nic nie zauważyła. Dopiero gdy usłyszała huk podniosła głowę i zobaczyła leżące dziecko – opowiedziała świadek. – Byłam zaskoczona tym, co usłyszałam, al p. dyrektor zapewniła mnie, że to był jednorazowy incydent, i że wcześniej sygnałów o biciu dzieci nie miał – powiedziała Ewa D.

Jednak niedługo potem skontaktowała się z  nią kolejna opiekunka, Urszula Ś. O niej oraz po ponownej rozmowie z  Izabelą Z. Świadek dowiedziała się, że że incydenty wyzywania i szturchania dzieci miały miejsce już wcześniej.

Odpowiadając na pytanie sądu stwierdziła, że nie ma pewności, czy w tym dniu syn miał dodatkowe siniaki czy jakieś inne ślady uderzenia. Natomiast syn potwierdzał, że „pani go wyrzuciła” i że „o mało się nie złamał”

Kolejnym świadkiem była Beata H., opiekunka która prowadziła grupę z oskarżoną. Świadek stwierdziła, że krytycznego dnia była na urlopie. Świadek stwierdziła, że nie widziała, żeby oskarżona dzieci biła lub szturchała dzieci. Potwierdziła jednak stosowanie przez oskarżoną ale i przez inne opiekunki środków dyscyplinujących: stawianie do kąta, sadzenie na krzesełko lub wyprowadzanie do innej sali.

W celu przesłuchania kolejnych świadków – dyrektorki oraz opiekunek w żłabku sąd odroczył rozprawę.

1 KOMENTARZ

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here