Antoni Szwarc – sercem oddany Polonii

172

– Tosiek był świetnym piłkarzem, to niewykorzystany talent. Nawet po zakończeniu czynnej gry nie zakończył kariery, grał w oldboyach, później pomagał organizacyjnie na stadionie. Piłka to było całe jego życie – wspominają Antoniego Szwarca byli piłkarze Polonii – Alfred Pawlaczek, Kazimierz Pancerz, Zdzisław Cyganik i Ryszard Bucki.

Tosiek, chłopak z dzikiej drużyny

Początek kariery piłkarskiej Antoniego Szwarca przypada na wczesne lata 60-te. Miał 14 lat, gdy zaczął grać w drużynie trzebnickiej Polonii. Podobnie jak nasi rozmówcy, swoją drogę jako piłkarz rozpoczął jako młody chłopak, w jednej z drużyn podwórkowych.

W czasach kiedy nie było jeszcze Orlików, wśród małych chłopaków nie brakowało sportowego zacięcia. Na każdej ulicy było boisko w podwórku, na którym można było spotkać grupę zapaleńców: – Codziennie po szkole zostawiało się w domu plecak i biegło na podwórko, gdzie przez kilka godzin grało się w piłkę. Często rozchodziliśmy się do domów dopiero wtedy, gdy przychodzili rodzice i dawali nam niezłą burę – wspomina Zdzisław Cyganik.

Regularne treningi przerodziły się w tzw. turnieje dzikich drużyn. Rywalizowali ze sobą wówczas chłopcy z ulic: Kościuszki, Samarytańskiej, Głowackiego, grali też na starej targowicy. Najlepsi przechodzili potem do trzebnickiej Polonii. Jednym z nich był wówczas 14-letni Antoni Szwarc.

Świetny piłkarz i organizator

Jak wspominają nasi rozmówcy, od początku swojej kariery piłkarskiej był bardzo zaangażowany: – Zawsze się wyróżniał, był szybki „konus”, potem nabrał doświadczenia, dzięki któremu miał szacunek w drużynie. Przez cały czas grał na skrzydle, później był stoperem. Jego majstersztykiem była tzw. łapanka na spalonego, wszyscy na tym wpadali. Był też świetnym strzelcem. Potem, kiedy zakończył czynnie swoją karierę w Polonii, razem ze mną założył oldboyów; pierwszy tego typu mecz zobaczył kiedy był nad morzem, spodobało mu się, przyjechał, namówił mnie zebraliśmy chętnych i zaczęliśmy grać towarzyskie mecze – wspomina Alfred Pawlaczek. Zawodnicy często na te spotkania jeździli swoimi samochodami, jednak zupełnie im to nie przeszkadzało, bo po meczu zawsze znalazł się czas na wspólne ognisko i wspomnienia.

– Był na wszystkich meczach i nieraz, chociaż zdrowie mu nie pozwalało, to widać w nim było chęć i wolę gry. Dwa lata temu oldboye rozegrali mecz na Orliku, Tosiek wychodził na boisko, uczestniczył w spotkaniu, ale już nie mógł grać. Sercem jednak był przy piłce – wspomina Ryszard Bucki. Prezes Polonii, także jej były wychowanek, przez osiem lat grał razem z Antonim Szwarcem w jednej drużynie. „Tosiek” jak nazywają go przyjaciele, już wtedy był kapitanem polonistów. Chociaż piłkarzy dzieliło kilkanaście lat różnicy, nie dawał tego odczuć. Był nie tylko dobrym zawodnikiem, ale też i przyjacielem: – Wzbudzał w nas młodych szacunek, potrafił w trudnych chwilach poderwać zespół, na obozach był dla nas kolegą – dodaje Ryszard Bucki.

Kazimierz Pancerz dobrze pamięta pierwsze obozy szkoleniowe w Sławie: panującą wtedy miłą atmosferę, biwaki na polach namiotowych, jeziora, kajaki, można było wtedy przejść się na grzyby: – Nie mieliśmy pieniędzy na wyjazd, więc ówczesny naczelnik zlecił nam zadanie. Wtedy Rynek był cały w kocich łbach i on nam kazał go dokładnie wyczyścić, potem dał nam pieniądze na obóz. Potem co roku gdzieś wyjeżdżaliśmy, chociaż ten pierwszy obóz dał nam nieźle w kość – wspomina Kazimierz Pancerz.

Antoni Szwarc cały czas żył piłką: najpierw był świetnym zawodnikiem, potem awansował na kapitana drużyny, wreszcie sprawdził się także jako dobry organizator. Przez ostatnie lata można go było spotkać przy wejściu na stadion, gdzie podczas rozgrywek sprzedawał bilety – najpierw sam, potem towarzyszył mu jeden z synów. Był na ostatnim meczu jesiennej rundy i miał się pojawić na tym inauguracyjnym rundy wiosennej. Już nie zdążył…

Sportsmen

Tosiek jeździł na rowerze, grał w hokeja, w siatkówkę, piłkę nożną i tenisa stołowego, był też zapalonym kibicem żużla. Można powiedzieć, że na początku graliśmy o przysłowiową oranżadę, często nawet nie mieliśmy odpowiedniego stroju, butów, ale spotykaliśmy się często na treningach, kilka razy w tygodniu – wspomina Kazimierz Pancerz.

Zdzisław Cyganik pamięta anegdotę, jaką Antoni Szwarc dawniej opowiadał, kiedy jako nastoletni chłopak przez pewien czas równolegle jeździł na rowerze i grał już w piłkę. Jednego dnia miał zawody kolarskie, a potem mecz. Kiedy wracał już na metę, która była na trzebnickim stadionie był tak zmęczony trasą, że pytał się ludzi o drogę. Na miejscu dostał burę od kapitana, że nie jest przebrany, więc wziął rower pod pachę i pojechał po trampki.

Na pewien czas pan Antoni pożegnał się z barwami Polonii. Wszystko przez wypadek, jaki miała drużyna na początku lat 60-tych. Jechali wówczas samochodem na mecz i wywrócili się na zakręcie. Zespół się rozpadł i Antoni Szwarc poszedł grać do Obornik Śląskich, potem poszedł odbyć służbę wojskową, a jak wrócił to wstąpił do Polonii, która reaktywowała się po przerwie. – Wtedy to były mecze, zaczęły się awanse Polonii z B- do A-Klasy. Na stadiony przychodziły całe tłumy kibiców, kibice szli niczym procesja. Na trybunach można było zobaczyć całe rodziny: mamy z dziećmi na rękach, z namalowanymi transparentami na prześcieradłach. Aż miło wtedy się grało – wspomina Kazimierz Pancerz. Antoni Szwarc razem z panem Kazimierzem grali także w międzyzakładowej drużynie „Metalowca”. Zawsze pierwsi byli w hali OSiR, żeby rozpocząć mecz. Nieważne, że akurat kończyli wtedy zmianę i byli zmęczeni. Szybko przebierali koszulki. Liczyła się tylko piłka.

Antoni Szwarc nie opuścił żadnego spotkania polonistów, chodził na wszystkie mecze ligowe. Spotykał się na trybunach razem ze swoimi kolegami z boiska i komentowali przebieg akcji. Potem obowiązkowo szli na piwko do „Krówki”, gdzie debatowali nad wynikiem i grą piłkarzy. – Moi synowie, gdy jeszcze byli małymi szkrabami, prosili mnie, żebym szedł z nimi na mecz. Jednak bardziej od piłki interesowały ich komentarze wygłaszane przez Tośka i Fredka Pawlaczka, którzy np. krzyczeli „Ej, sędzia – ruszasz się, jak dwie zapałki w g…” – mówi Zdzisław Cyganik.

Perełka

Antoni Szwarc przez kilka lat grał w Polonii razem ze Zdzisławem Cyganikiem, który wtedy stał na bramce. – Dzięki niemu uniknąłem wielu kontuzji, jako jedyny zawodnik potrafił mnie asekurować. Dzięki swoim umiejętnościom taktycznym i nabytemu doświadczeniu potrafił się zastawić. Jako stoper był świetny: potrafił ustawić nie tylko siebie w dogodnej pozycji, ale także i resztę drużyny. Najlepiej piłkę widzą właśnie stoper i bramkarz. Podpatrywałem jego taktykę i uczyłem się od niego, potem sam potrafiłem wydawać polecenia pozostałym piłkarzom. W latach 60-tych jako mały chłopczyk chodziłem na mecze i oglądałem jego popisy. Potem, kiedy razem pracowaliśmy, stanowiliśmy dwie indywidualności: on doświadczony z racji wieku, a ja młody i niepokorny. Był wspaniałym organizatorem, perełką, niewykorzystaną zupełnie – zauważa Zdzisław Cyganik.

Z inicjatywy dawnej gwardii polonistów, oldboye spotykali się od 10 lat w hali OSiR, zawsze w Nowy Rok: – Przychodziło się z szampanem, w tym roku Tosiek przyszedł z dwoma pokoleniami: synem i wnuczkiem – mówi Ryszard Bucki…

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here