Tokyo Marathon 2012

75

Wiele milionów lat temu dwaj bogowie zeszli na ziemię po „pływającym moście do nieba”, wbili włócznię, sprawiając, że krople wody morskiej zastygły i utworzyły pierwszą grupę wysp. Gdy jeden z bogów obmywał twarz w życiodajnym morzu, z jego lewego oka wyskoczyła bogini słońca, Amaterasu, opromieniając światłem Ziemię. Pierwszy cesarz Japonii, bo tej części świata ta opowieść tyczy, był potomkiem tej bogini. Nosił tytuł Tenno, Pan Niebios, i wszyscy cesarze do dziś są tak tytułowani… Wiele lat później, za panowania cesarza Akichito (wstąpił na tron w 1989 roku po śmierci swojego ojca cesarza Hirihito), który przyjął dla swojego okresu nazwę Heisei, co znaczy „budowanie pokoju”, a dokładniej pod koniec lutego 2012 roku, po blisko 10 godzinach lotu, wylądowałem na międzynarodowym lotnisku Narita w Tokio. Za dwa dni startuję w biegu maratońskim. Do centrum metropolii muszę przejechać 65 km. Przestawiam wskazówki zegarka 8 godzin do przodu, w biurze przewozowym kupuję bilet na autobus i idę na przystanek. 300 sekund przed planowanym odjazdem podjeżdża autobus. Wysiada kierowca w białych rękawiczkach, kłania się nisko i wita podróżnych (znam jedno słowo powitania po japońsku –ohayoo gozaimasu – dzień dobry, więc rozumiem, że wita).

Podbiega dwóch pracowników lotniska w brązowych uniformach, kłaniają się jeszcze niżej i pakują walizki do bagażnika). 200 sekund przed odjazdem wsiadamy do środka. Wchodzi inny pracownik, kłania się nisko, ponownie wita wszystkich (pojawia się to samo słowo + drugie słowo Tokio, więc życzy przyjemnej podróży do Tokio). Kłania się, wychodzi i przychodzi kolejny człowiek. Kłania się nisko i wyciąga tablicę, na której widać obrazek pasów bezpieczeństwa oraz informacja o konieczności zapięcia pasów: po japońsku i angielsku. Przechodzi obok każdego pasażera i pokazuje tablicę. Wraca, kłania się oczywiście nisko i wychodzi. 60 sekund przed odjazdem kierowca usadawia się na swoim fotelu, poprawia uniform i białe rękawiczki. Spogląda na swoich pomocników i dostaje gestem informację, że mówiąc po naszemu, wszystko OK. (po japońsku –ookee). 15 sekund przed odjazdem zapala silnik, 5 sekund przed włącza kierunkowskaz, punktualnie odjeżdża. Kątem oka widzę pracowników żegnających nas głębokim ukłonem… Jeszcze przez kilkadziesiąt sekund wpatruję się niemalże oniemiały we wskazówki zegarka…

Wczesny ranek 26 lutego 2012 roku wita mnie chłodem i lekkim wiatrem. Pogoda jak w Polsce – jeszcze nie koniec zimy, ale też do wiosny daleko. Hotel mam praktycznie przy starcie, więc wychodzę i od razu wolontariusze, po lekkim ukłonie kierują mnie właściwą drogą na start. Przebieralnia w podziemiach, potem kilkadziesiąt metrów dalej autobusy gdzie zostawiam ubranie. Wszystko perfekcyjnie oznaczone. Co kilka minut spoglądam na zegarek. Pamiętam, że o 8.30 koniec zdawania bagażu, o 8:45 koniec wpuszczania maratończyków do stref startowych, o 9:10 start maratonu. Nie mogę się spóźnić nawet minuty. Na wszelki wypadek już o godzinie 8:00 jestem w swojej strefie. Powoli gęstnieje tłum, większość to Japończycy. Niezależnie od miejsca gdzie startowałem na świecie w oczach uczestników podobne emocje: niepokój, obawa przed niewiadomym, podniecenie, radość. Wreszcie słyszę odgłos startera, widzę baloniki i konfetti. Jestem pewien, że wybiła dokładnie 9:10 i rozpoczęła się moja kolejna przygoda z biegiem maratońskim.

Start maratonu tokijskiego usytuowano obok budynku ratusza – bliźniaczych wież

Tokyo Metropolitan Government Office

skąd rozpościera się piękny widok na Tokio i okolice. Przy dobrej pogodzie można zobaczyć górę

Fuji

. Tokio składa się z wielu dzielnic, skupionych przede wszystkim wokół dworców. Pierwsze kilometry maratonu przypadają na dzielnicę

Shinjuku

. Kiedyś to było przedmieście

Edo

(dawna nazwa Tokio). Dziś to wielce zatłoczone miejsce, pełne sklepów zarówno pod jak i nad ziemią, domów towarowych i dziesiątki tysięcy ludzi. Ku mojemu zdziwieniu po obu stronach trasy mnóstwo ludzi. Okazuje się, że kibice na całym świecie są podobni. Krzyki, wiwaty, transparenty z hasłami zagrzewającymi do większego wysiłku swoich znajomych. Co kilka kilometrów grupy taneczne w różnym wieku. Są pokazy akrobatyczne kilkuletnich dzieci, dalej występy artystyczne ich rodziców, a także tańce ludowe ich dziadków. I wszędzie tłumy, krzyki, radość na ulicach. W takiej atmosferze szybko mija czas i nawet nie wiedzieć kiedy mijają kolejne kilometry. Po przebiegnięciu ich kilkunastu mijamy jedną z bram wiodących do

Parku Chiyoda-ku

, gdzie znajduje się pałac cesarski,

Kokyo

, rezydencja rodziny cesarskiej. Większość jego terenów, w tym sam pałac, otoczony potężnymi murami, starymi drzewami i fosami z okresu Edo jest niedostępna dla zwiedzających. Po kilku kolejnych kilometrach pierwsza połowa maratonu za nami. Elektroniczną matę mierzącą czas pokonania 21,095 km położono na skrzyżowaniu

Chuo-dori

i

Harumi-dori

(

dori

– ulica). To znak, że jesteśmy w

Ginzie

– kolejnej dzielnicy Tokio. Biegnąc wzdłuż

Chuo-dori

mijamy wielkie sklepy z modą, galerie i ogromne domy towarowe oraz charakterystyczny bardzo lubiany przez Tokijczyków

Sony Building

, gdzie można zaopatrzyć się w najnowsze osiągnięcia techniki. Krok za krokiem, kilometr za kilometrem. Po drodze punkty odżywcze oczywiście perfekcyjnie zaopatrzone. Woda, płyny izotoniczne, banany, pomarańcze i wolontariusze, a ci od kilkunastu do chyba co najmniej 70 lat. Każdego uczestnika biegu zauważą i każdy dostanie do ręki kubek z wodą. Są i służby medyczne i po minięciu tabliczki z napisem 30 km potrzebujących pomocy jest coraz więcej. Po trzech godzinach przebiegłem blisko 30 km (tak wiem, za dużo ważę, za dużo słodyczy i słabo trenowałem…) jestem w dzielnicy

Asakusa

. W XIX wieku była dzielnicą teatru i literatury, kuchni i zmysłowych uciech. Później tylko tutaj mogły działać teatry, zwłaszcza

kabuki

. Mieszkańcy Asakusy odznaczali się

iki

, poczuciem stylu i miejską ogładą, a także

inase

, galanterią. Z daleka widzę serce Asakusy

Sensji-ji

, najstarszą buddyjską świątynię w regionie. Mijam południową bramę wiodącą do świątyni zwaną

Kaminari-mon

. Tu zaczyna się

Nakamise-dori

(ulica między sklepami). Po maratonie zaplanowałem tu drobne zakupy. Pozostało już kilka kilometrów do mety. Przed wbiegnięciem na tereny portowe trasa wiedzie dzielnicą

Tsukiji

. Szukam kremowego budynku

Kabuki-za

(Teatr Kabuki). Wiem, że gdzieś niedaleko znajduje się też znany targ rybny (

chuo oroshiuri ichiba

), ale bardziej już myślę o mecie… Przeprawa przez rzekę

Sumida-gawa

, 2-3 kilometry wzdłuż zabudowań portowych i przede mną ogromna brama z napisem 42 km, oraz „ostatnie 195 m”… Medal… i może bardziej wartościowy od medalu delikatny ukłon każdego wolontariusza, będący oddaniem szacunku drugiemu człowiekowi…

arigatoo…

Nie wyjechałbym z Japonii, gdybym nie znalazł się w jeszcze jednym miejscu – w dzielnicy

Shibuya

. To dzielnica młodych, zamożnych Japończyków, którzy chcą się pokazać. Ale nie to chciałem zobaczyć. Wysiadam z metra i kieruję się do wyjścia północno-zachodniego, najbardziej popularnego. Wyjście to nosi nazwę od rasy psa Akita o nazwie Hachiko. A historia psa Hachiko jest następująca.

Opowieść sięga lat 20 XX wieku. Pies o imieniu Hachiko należał do Hidesamuro Ueno, profesora z wydziału rolnictwa Uniwersytety Tokijskiego. Pies codziennie rano odprowadzał swojego pana, gdy ten wychodził do pracy, a wieczorami witał go ponownie na pobliskiej stacji kolejowej. W 1925 r. Ueno niespodziewanie zmarł, a nieświadomy niczego Hachiko wciąż czekał na swego pana. Czekał dzień, dwa, tydzień, miesiąc. Tak minęło dziesięć lat. Pracownicy stacji dokarmiali go i nie wyganiali, gdy gdzieś pod schodami szukał sobie miejsca do spania. Jego historię nagłośnił w Japonii jeden z byłych studentów Ueno, który często odwiedzał psa i napisał kilka artykułów, w których opisał historię niezwykłej psiej wierności i oddania. Jeszcze nim odszedł do psiego nieba Tokijczycy w geście szacunku wybudowali na wspomnianym dworcu pomnik. Jest on znany jako

„chuken Hachiko”

(czyli wierny pies Hachiko). Od tego czasu jego sąsiedztwo stało się popularnym miejscem spotkań, a znajdujące się w pobliżu niego wyjście ze stacji metra otrzymało nawet nazwę

„Hachiko-guchi”

(czyli „wyjście im. Hachiko”).

rok wcześniej, 250 km na północny wschód od Tokio –

Prefektura Fukushima

Starsza kobieta chodziła w tym miejscu kilka godzin. Chodziła z taką pewnością, jakby była we własnej kuchni, ale wyraźnie niczego nie poznawała. Bo przecież tu powinna być jej kuchnia. Zawsze tu była. Przez trzydzieści lat. Kobieta nie płakała, nic nie mówiła, po prostu szukała. Szukała jakiegoś śladu. Ktoś podszedł i czule ją objął.

– Nic nie znajdziesz. Wiem, bo mojego domu też już nie ma. Nic nie ma.

– Ale przecież musi tu gdzieś być. To był duży dom. Może go tylko zasypało.

– Nie ma go. Naszych domów już nie ma. Chodź ze mną.

– Ale nie może tak być, że nie ma nic. To był duży dom.

– Wiem. To był bardzo ładny dom. Widziałem go zawsze z okna mojej sypialni, ale tego okna też nie ma. Chodźmy…*

 

* fragment opowiadania „Ten dom musi gdzieś być” Piotra Kraśki

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here