Sylwetka

    92

    Jan Żygadło, emerytowany leśnik, mieszkaniec Rościsławic, działacz społeczny w rodzinie Sybiraków. Osoba znana zarówno w gronie osób starszych, jaki  i młodzieży szkolnej. Na ziemi trzebnickiej znalazł się po długich poszukiwaniach życiowej drogi. Gdy zapachniało mu lasem, został leśnikiem, kończąc Technikum Leśne w Miliczu, a potem jeszcze Technikum Technologii Drewna.

    – Po wojnie osiedliśmy z rodziną w powiecie kłodzkim. Tam kończyłem podstawówkę. Po próbie zdobycia zawodu hutnika doszedłem do wniosku, że natura ciągnie mnie do lasu i zostałem leśnikiem. Po ukończeniu technikum podjąłem pracę w Międzygórzu, jako gajowy. Na tym stanowisku przepracowałem ponad dziesięć lat. Parę lat pracowałem także jako leśniczy w Nadleśnictwie Grochowo. Zasmakowałem też zajęcia zaopatrzeniowca w GS Łozina. W 1978 r podjąłem pracę w Nadleśnictwie Oborniki Śląskie i z tej pracy odszedłem po latach na rentę – tak powiedział o sobie i swej pracy. –  Mając więcej wolnego czasu poświęciłem się pracy na rzecz Stowarzyszenia Sybiraków. Pomagam im w załatwianiu różnych spraw: życiowych i urzędowych . Trwa to już kilka lat. Współpracuję ze Związkiem Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych.

    Jan należy do pokolenia „dzieci wojny”. – W czasie okupacji wraz z rodzicami zostaliśmy wywiezieni do Niemiec, do Saksonii. Osadzono nas w obozie. Stamtąd wydobył nas bauer, bo potrzebni mu byli robotnicy. W ten sposób, prawdopodobnie uratował nam życie.  W 1945 roku do Bawarii wkroczyli Amerykanie. Najpierw wyzwolili obóz, a potem cały teren. Po wojnie przez Czechy wróciliśmy do Polski. Osiedliśmy w okolicy Bystrzycy Kłodzkiej. Tak z robotnika przymusowego stałem się Dolnoślązakiem – wspomina.

    Jana można spotkać w niektóre dni, jak rowerkiem zdąża do Obornik Śląskich, by spotkać się z Sybirakami. Na co dzień też mu się nie nudzi. Zajęć w domu i rodzinie ma sporo. Jest, o kogo dbać, gdy ma się 11 wnuków i 4 prawnuków.

    ODPOWIEDŹ

    Please enter your comment!
    Please enter your name here