Walentynkowe post scriptum

36

Ktoś mnie pokochał, świat nagle zawirował, bo ktoś mnie pokochał na dobre i na złe. Bezchmurne niebo znów mam nad głową, bo ktoś pokochał mnie…

Na otwarcie wybrałem jeden z najbardziej znanych tekstów, który wyszedł spod pióra mojego wielkiego imiennika, niestrudzonego piewcy współczesnego życia – Wojtka Młynarskiego. Ta wielka pochwała pokochania, zakochania i miłości, znakomicie została zaśpiewania lat temu dość wiele przez krakowskich Skaldów i stała się evergreenem – utworem, który przechodzi z pokolenia na pokolenie.

Temat najpiękniejszego z uczuć poruszam nieprzypadkowo, bo przecież dosłownie wczoraj przypadał dzień Świętego Walentego, który od kilku, a może już kilkunastu lat jest powszechnie obchodzony jako święto wszystkich zakochanych.

Pierwszy raz o Walentynkach usłyszałem w słynnym utworze „When I`m Sixty-Four” pochodzącym ze znakomitej płyty Beatlesów  „Sgt. Pepper`s Lonely Hearts Club Band”. Ta bardzo prosta, ale zarazem przepiękna piosenka zawiera proste pytanie: czy gdy starość zmieni kolor mych włosów i gdy liczyć będę już 64 wiosny, czy wtedy także prześlesz mi coś na walentynkową okazję? Tyle tylko, że w realiach, w których wtedy żyliśmy (lata sześćdziesiąte) nie obchodzono Dnia Zakochanych, a imię Walentyny (żeńska odmiana Walentego) kojarzyło się głównie z wielkim przebojem Karin Stanek i Filipinek. Ta bardzo zresztą zgrabna i sympatyczna twistowa piosenka zainspirowana została pierwszym kosmicznym lotem kobiety – Walentyny Tierieszkowej.

To było niemal 40 lat temu. Teraz walentynkowe szaleństwo stało się czymś powszechnym, chociaż nie przez wszystkich ocenianym pozytywnie. Przeciwnicy wskazują, że to kolejny przejaw amerykanizacji naszych obyczajów, przenoszenia do nas żywcem obcych wzorców kultury. Jest w tym nieco prawdy, bo nawet w PRL -u telewizja publiczna nie nadawała tylu filmów radzieckich, ile teraz pojawia się produkcji „made in USA”. Inną sprawą jest jakość, a właściwie bylejakość większości tych amerykańskich produkcji, które w dodatku spychają ambitne kino europejskie (w tym polskie) na późnonocne godziny emisji. Najzabawniejsze, a właściwie najtragiczniejsze jest, że mieści się to w tzw. misyjnej funkcji polskiej telewizji. Amerykańskie wzorce i pomysły są często dosłownie wtłaczane w nasze piękne tradycje:tak jest np. z Santa Clausem, który usiłuje wypierać św. Mikołaja, czy z dyniowatym Halloweenem, brutalnie zakłócającym refleksyjny charakter naszego dnia Zmarłych.

Ale ze św. Walentym jest zupełnie inaczej. To dzień, który „trafia w dziesiątkę”, wychodzi naprzeciw ponadczasowym, wiecznym potrzebom i pragnieniom każdego z ludzi. Bo przecież każdy chciałby kochać i być kochanym. Każdy chciałby żyć na świecie, w którym nie byłoby nienawiści i zła, w którym każdy mógłby o inny człowieku „powiedzieć po prostu – mój brat i rękę mu podać z uśmiechem, bo wspólnym nam domem jest świat”.

Święty Walenty żył w czasach bardzo odległych, bo w III wieku po Chrystusie w Cesarstwie Rzymskim. Panował wtedy Klaudiusz, który…zabronił młodym mężczyznom zawierać związków małżeńskich. Cesarz chciał w ten sposób wzmocnić siłę swej armii, bo uważał, że najlepszymi żołnierzami są legioniści nie mający rodzin. Ale Walenty, który był biskupem, nie podporządkował się cesarskiemu rozporządzeniu i potajemnie udzielał ślubów młodym parom. Gdy sprawa się wydała został wtrącony do więzienia i tu …zakochał się w niewidomej córce strażnika. Jego uczucie było tak wielkie, że pod jego wpływem dziewczyna odzyskała wzrok. Ale Klaudiusz nie docenił tego cudu miłości i skazał Walentego na śmierć. Ostatni list do ukochanej nasz bohater zakończył słowami: „Od Twojego Walentego”. Egzekucję wykonano 14 lutego 269 roku.

Stąd pochodzi zwyczaj powszechny szczególnie w krajach anglosaskich, by w tym dniu wysyłać listy z wyznaniami miłosnymi lub obdarowywać się drobnymi upominkami. Dzień to więc miły, sympatyczny i zasługujący na pewno na szerokie upowszechnianie. Był co prawda wczoraj, ale nic nie szkodzi, by trwał dłużej. Może nawet cały rok!

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here