Zmarł Wiesław Wodecki (1927-2010)

182

W dniu 31 grudnia półtorej godziny przed Nowym Rokiem odszedł od nas w swoim domu w Ligocie Pięknej Wiesław Wodecki reporter, felietonista i eseista, a także reżyser i pisarz. Legendarny wrocławski dziennikarz: pracował m.in. w „Gazecie Robotniczej” i Wrocławskim Ośrodku Telewizji, a przez ostatnie pół roku współpracował z NOWą gazetą trzebnicką.

Wiesław Wodecki urodził się w Pińczowie w dzisiejszym województwie świętokrzyskim. Gdy rozpoczęła się druga wojna światowa, nie miał jeszcze dwunastu lat, gdy się skończyła – był już żołnierzem Armii Krajowej. W roku 1945 przyjechał do Wrocławia by studiować. Jednak zaczął jako strażnik Kompanii Akademickiej, broniąc przed szabrownikami klinik Akademii Medycznej. Studiował polonistykę, historię, ekonomię, socjologię, a ukończył prawo.

Przez wiele lat pracował w „Gazecie Robotniczej”, stworzył jej „Magazyn Tygodniowy”, za którym przed kioskami ustawiały się długie kolejki. Po październiku 1956 roku zespół wybrał redaktorem naczelnym. W 1960 roku, gdy „odwilż” się skończyła, wyrzucono go ze stanowiska i z redakcji. Musiał opuścić Wrocław. Pracował jako pilot wycieczek zagranicznych.

Wrócił w 1969 roku i znalazł pracę w telewizji, gdzie dał się poznać jako wybitny reżyser.  Został trzykrotnie nagrodzony prestiżowym  „Złotym Ekranem”. W 1970 roku został zastępcą redaktora naczelnego wrocławskiego Ośrodka TVP.

W stanie wojennym był internowany. Gdy odzyskał wolność, musiał pójść na wcześniejszą emeryturę. Kupił ziemię i został ogrodnikiem-pszczelarzem.

Do dziennikarskiego zawodu wrócił wrócił w 1992 r. Pisał felietony na ostatnią stronę „Magazynu Tygodniowego Gazety Robotniczej”, a później – Wrocławskiej. Rozstał się z gazetą po 2005 roku, gdy dziennik stał się częścią ogólnokrajowego wydawnictwa „Polska”. Nie zrezygnował jednak z pisania. Swoje prace wydał w dwóch tomach: „Herbata na żyletce” i „Listy do Ity”.

Właśnie  podczas promocji tej ostatniej książki w Trzebnickim Ośrodku Kultury w marcu ub. roku spotkał swojego starego znajomego, a naszego redakcyjnego kolegę Władysława Ruszkiewicza. Podczas długiej rozmowy okazało się, że Wiesław już przed kilku laty próbował nawiązać współpracę z redakcją. Wtedy nie wyszło…

Niezrażony, tym razem przyjął propozycję i już w w czerwcu na łamach NOWej ukazał się pierwszy felieton, zapowiadający nowy – a jak się teraz okazało ostatni – etap w twórczości Wiesława Wodeckiego.

Pierwsze teksty opatrywał wspólnym nadtytułem „Na przyzbie”. Przyzba to wał usypany z ziemi dokoła podmurówki dawnej chaty wiejskiej. Na przyzbie można było usiąść i rozmyślać nad życiem, teraźniejszością, przeszłością i przyszłością… Takie przemyślenia otrzymywaliśmy do publikacji co tydzień. Później, gdy zdrowie Autorowi odmawiało posłuszeństwa, nadtytuł został zmodyfikowany: „Na przyzbie przyszpitalnej”.

Autor dzielił się z nami zarówno doświadczeniem własnym i swoich znajomych i przyjaciół, jak i ludzi, którzy przeszli na trwale do historii, a także naukami płynącymi z kart najlepszej literatury.

Od kilku tygodni felietony były opatrzone nadtytułem „Opowieści ludzi przedwczorajszych”. Ostatnią opowieść publikujemy dziś na stronie 14. Później zostaną tylko już tylko wspomnienia…

ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here